środa, 31 maja 2017

medaliony cielęce w aksamitnym sosie


Ponoć jak się jest alergikiem na jaja i mleko, to należy unikać mięsa drobiowego oraz wołowiny i cielęciny. Być może, ale u nas nigdy ta zasada nie miała zastosowania. Zastosowanie znalazła natomiast chmeli-suneli, bo troszkę o niej zapomniałam, a jak znalazłam podczas wiosennych porządków, to zaczęło się używanie. Wpadłam w taki sunelowy szał, że ostatnio upiekłam wyjątkowo pyszną perlicę, a tak się zapędziłam w sztuce doprawiania, że zapomniałam zapisać, co dałam. No trudno, może mnie jeszcze raz taki szał spotka, a wtedy postaram się zanotować i pokazać danie na blogu.
Przygotujmy:

medaliony - 4 sztuki
szalotkę
mały ząbek czosnku
1/2 łyżeczki musztardy sarepskiej (można pominąć lub zastąpić naturalnym octem, by zadbać o kruchość mięsa)
sól i pieprz - do smaku
po maleńkiej szczypcie na medalion: chmeli-suneli, szałwii i rozmarynu
2 łyżki tłuszczu (najlepiej masła klarowanego)
50 ml śmietany roślinnej* (można pominąć)

Medaliony posmarować musztardą oraz roztartym czosnkiem i posypać przyprawami - przyprawy do cielęciny powinno się stosować bardzo oszczędnie, jedynie pieprzu należy dać więcej. Podsmażyć je z obu stron, dorzucić drobno pokrojoną szalotkę, jeszcze chwilę przesmażać, a następnie podlać wodą i dusić powoli pod przykryciem przez ok. 1,5 godziny, ewentualnie zredukować sos. Dodać śmietanę, zagotować. Jeśli stosujemy zwykłą śmietankę, należy dodać ją na pół godziny przed końcem duszenia i zredukować sos.

*nasze medaliony są na śmietance zwykłej 30%, bo my już możemy trochę tego i owego

niedziela, 28 maja 2017

krokiety ziemniaczane dla NieAlergika


Co zrobić z wczorajszymi ziemniakami? Można zrobić kopytka, można pyzy, można kluski leniwe, zapiekankę, a można też krokieciki. Dobre, kremowe w środku, bardzo chrupiące na zewnątrz. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego moje dzieci nie są ich fanami. To znaczy Kajzer zje, ale Kajzerka nie bardzo. No trudno, ja zjem. Zawsze robię je na oko, ale podliczyłam gramy i łyżki na użytek wpisu blogowego. To jednak świadczy o tym, że takie krokiety nie wymagają ścisłych proporcji składników, więc się szczególnie nie przejmujcie.
Trzeba mieć (na ok. 15 krokiecików):

360 g ugotowanych ziemniaków
jajko (osobno żółtko i białko)
łyżkę mąki
łyżkę masła
1/2 małej cebulki
20 g żółego sera
do smaku - sól, pieprz, gałka muszkatołowa, papryka słodka i wędzona

Cebulę drobno pokroić i podsmażyć na maśle. Zimne ziemniaki przepuścić przez praskę lub dokładnie rozgnieść widelcem. Dodać żółtko, mąkę, starty ser, cebulę wraz z tłuszczem oraz przyprawy. Dobrze wyrobić, najlepiej dłonią. Zwilżyć ręce i formować nieduże krokiety. Białko spienić trzepaczką, obtaczać w nim krokiety, a następnie w bułce tartej. Smażyć na oleju z obu stron, aż krokiety ładnie się zarumienią.

środa, 24 maja 2017

wegatarianskie curry z topinamburem


Bardzo lubię smak curry, zwłaszcza w połączeniu z mlekiem kokosowym. Niestety, wygląda na to, że mleko kokosowe średnio lubi mnie. Zwłaszcza, gdy się dłuższy czas nie spotykamy... Wtedy robi mi jakieś minisensacje żołądkowe. Też tak macie? Nie są szczególnie dotkliwe i znikają, gdy regularnie jadam coś z dodatkiem tego mleka. Ciekawe, dlaczego tak jest. W każdym razie nie poniecham mleka kokosowego, bo bardzo lubię. Curry, które jest bohaterem niniejszego wpisu to świetny sposób na utylizację jakichś warzywnych resztek. Fajnie smakuje jako gęsta zupa, ale można też, dla tych, co się nie odchudzają, podać je z ryżem jaśminowym czy naanami. Danie typu fast food - wystarczy pokroić warzywa, podsmażyć, poddusić i gotowe.
Weźmy:

200 g topinambura
paprykę
pomidora
garść zielonej fasolki
garść jarmużu
niedużą cebulę
2 pełne łyżki masła klarowanego lub kokosowego
ok. 1/2 szklanki mleka kokosowego
1/2 łyżeczki czerwonego curry (pasty)
łyżeczkę żółtego curry
do smaku - sól i pieprz

Warzywa pokroić na kawałki. Na patelni rozgrzać tłuszcz, dodać oba rodzaje curry, krótko przesmażyć i wrzucić warzywa. Smażyć 2-3 minuty, często mieszając, a następnie podlać wodą, dodać mleko kokosowe, doprawić i dusić pod przykryciem, aż warzywa nieco zmiękną.

sobota, 20 maja 2017

najlepsze pieczone ziemniaki - magiczny składnik


Niby zwyczajna sprawa - pieczone ziemniaki - obierasz, kroisz, wrzucasz na blachę, pieczesz i masz. Ale gdy je upieczesz z jednym takim magicznym składnikiem, sprawy nabierają rumieńców. U nas często piecze się kartofle. To dlatego, że latorośle uwielbiają frytki, a frytki, jak wszem i wobec wiadomo, są bardzo niezdrowe, więc próbuję ratować sytuację również bardzo lubianymi, a mniej niezdrowymi pieczonymi "frytkam". A raczej "frytami". Zajmijmy się jednak tym magicznym składnikiem, który tak naprawdę z magią nie ma wiele wspólnego. Jest to po prostu smalec z tradycyjnie wędzonego, surowego boczku. Plus fajna, przywieziona z Gruzji przyprawa. Smalec robię oczywiście sama. No bo widział kto w sklepie smalec z wędzonego boczku? Jeśli macie zwykły smalec, a chcecie mieć namiastkę boczkowych kartofelków, to do przyprawienia użyjcie wędzonej papryki, też jest spoko.
Miejmy:

1-1,5 kg kartofli
100 g bardzo tłustego, tradycyjnie wędzonego surowego boczku*
do smaku: sól, czosnek suszony, papryka słodka, chmeli suneli
opcjonalnie: łyżkę klarowanego masła

Boczek pokroić w drobną kosteczkę i przesmażyć na smalczyk. Ziemniaki oczyścić, obrać i pokroić na ćwiartki. Rozgrzać piekarnik z blachą do 170 stopni (termoobieg z dolnym dogrzewaniem), na której są 2-3 pełne łyżki smalcu. Wyjąć, wrzucić kartofle, posypać przyprawami, przemieszać (najlepiej dłońmi, wówczas ładnie się ziemniaki oblepiają tłuszczem i przyprawami) i wstawić z powrotem do piekarnika na 15-20 minut. Po tym czasie przemieszać (już nie rękami, ha ha!) i piec dalsze 15-20 minut, aż kartofle będą miękkie w środku, a pięknie chrupiące i złote na zewnątrz.

*nie wiem, czy to jest aby na pewno 100 g - po prostu całkiem gruby, na minimum centymetr, plaster

wtorek, 16 maja 2017

błyskawiczne risotto


Zasoby archikukbukowe powoli się wyczerpują. Coś tam jeszcze zostało, ale już niezbyt dużo. To mi dobitnie uświadamia, jak bardzo ograniczona była dieta Jeremiego. Z jednej strony robi mi się przykro, ale z drugiej jestem szczęśliwa, że dziś ilość produktów, których nie możemy jeść jest równa ilości dozwolonych produktów dziesięć lat temu. Jakieś zawiłe to zdanie... W skrócie chodzi mi o to, że dawno temu musiałam komponować menu z pięciu dozwolonych rzeczy, a dziś pięć rzeczy jest niedozwolonych. W każdym razie w niniejszym wpisie przypominam risotto, które robi się szybko, szybko się zjada, łatwo zabiera do przedszkolnej wałówki, a robi z tego, co kto może.
Trzeba mieć:

szklankę ugotowanego ryżu
kawałek ugotowanego, dozwolonego mięsa (nieduży, ok. 50 g)
2 pieczarki
kilka ugotowanych główek szparagów i kawałków serc karczocha
1/2 małej cebuli
1/4 papryki
sól i pieprz - do smaku
przyprawy - do smaku (ja dawałam tymianek, bazylię i estragon)
1-2 łyżki oliwy (lub innego tłuszczu, ja robiłam na maśle klarowanym)

Pieczarki i paprykę pokroić w nieduże kawałki, cebulę w kostkę i powoli podsmażyć na tłuszczu, by odparowały i zmiękły. Dodać resztę składników, doprawić, wymieszać i chwilę razem podsmażać. Podawać z surówką.

sobota, 13 maja 2017

szkolne śniadania część 9


Co Nina pakowała sobie ostatnio do lunchboxa? Jak zwykle same smakołyki, ha ha. Szału nie ma, ale będzie, jak się zacznie sezon owocowy i warzywny, niom niom... Dziś zestawieni bez zawartości termosa, mam nadzieję, że wybaczycie.

Poniedziałek
owsianka z liofilizowanymi owocami, jabłko

Wtorek
kanapka z pieczonym dzikiem i cykorią, banan 

Środa

Czwartek
kanapka z szynką i ogórkiem kiszonym, deserek ryżowy (kupny)

Piątek
naleśnik z kremem daktylowym, mus owocowy (kupny)

środa, 10 maja 2017

jak pielęgnować skórę atopową


Myśląc o pielęgnacji skóry atopowej zazwyczaj przed oczyma wyobraźni przesuwają nam się obrazy słojów z tłustymi maściami i nadkażonych ran, na które należy nakładać antybiotyk. I słusznie, bo najczęściej tak to wygląda. Najczęściej, ale nie zawsze.
Jeremi miał wyjątkowo ostre azs. Właściwie na całej powierzchni ciała, także na tzw. wyprostnych, co bardzo źle wróżyło. Żeby to jeszcze były jakieś suche placki... Nie, to były sączące rany i szorstkie wzgórza. Nawet się bałam, że po takim czymś będzie miał ślady, jakieś blizny. Krzyczał przy kąpielach, krzyczał przy smarowaniu. No ale jak skóra sucha, to przecież trzeba smarować. Smarowałam więc, smarowałam i było coraz gorzej, więc przyszło mi do głowy, że coś jednak robię źle, choć według wskazań lekarzy...
Nasza alergolog mówi, że mądry lekarz uważnie słucha matki, bo matka wie najlepiej. Wysłuchała więc moich spostrzeżeń i okazało się, że owszem, że jak najbardziej, że często bywa, że... atopowa skóra nie znosi smarowania ciężkimi maściami. Że niektóre atopowe skóry duszą się pod takimi specyfikami. Że czasem lepiej zostawić nieposmarowane, niż zasmarować, zadusić i spowodować nadkażenie. I moje dziecię właśnie miało taki typ atopowej skóry. Do licha.
Zaczęły się więc poszukiwania idealnego specyfiku. Lekkiego na przykład. Po przygodzie z octem, o której już tu wielokrotnie wspominałam, marzył mi się balsam z dobrymi bakteriami. To wszystko jednak działo się 14 lat temu, więc wybór tego typu kosmetyków nie był tak szeroki jak dziś. Sączących ran nie smarowałam w ogóle, a szorstkie, czerwone placki traktowałam częściej, ale leciutkim, nawilżającym balsamem (aptecznym, oczywiście). Gdy jakieś miejsce zaczęło przypominać gadzią skórę, wiedziałam, że to stołówka gronkowca, więc bez większych oporów serwowałam bakteriom antybiotyki. Niesamowite było obserwowanie, jak po leczeniu i nawilżaniu gadzia skóra zamienia się w ludzką. I tak powolutku, powolutku, koło trzeciego roku życia sytuacja się na tyle unormowała, że zmiany postanowiły pozostać tylko w tradycyjnie zajmowanych miejscach, czyli pod kolanami, na zgięciach łokci etc. Niestety, syn mój do dziś ma trochę suchą skórę. I do dziś zmiany atopowe od czasu do czasu się pojawiają. Czyli można porzucić nadzieję, bo wsie dochtory zgodnym chórem mówią, że jeśli atopia wciąż jest, to już zostanie. No trudno, w końcu jest właściwie niezauważalna, a latem to nawet jakby w ogóle znikała, a poza tym młody się w ogóle nie smaruje i jakoś nic się przez to nie dzieje.
Nasz przykład jest typowym i wiarygodnym dowodem na to, że nie należy przywiązywać się do tradycyjnych metod pielęgnacji atopowej skóry. Nam (i kilku innym znanym mi przypadkom) nie służyło silne natłuszczanie. Myliśmy się zwykłym szarym mydłem bio, a zmiany nawilżaliśmy balsamem. Rezultaty były wręcz zachwycające, więc jeśli macie podejrzenia, że tłuste maści nieszczególnie służą naszym maluchom - przerzućcie się na coś lżejszego. Bez obaw.

niedziela, 7 maja 2017

cynamonowy wieniec drożdżowy na Dzień Zwycięstwa dla NieAlergika


Jutro Dzień Zwycięstwa. To zawsze przypomina mi opowieść mojej mamy o jakiejś przyszywanej babci czy cioci, która postradała zmysły. Postradała je całkiem po tym, jak zaginął jej ulubiony piesek, ale już wcześniej zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością, a stało się to za sprawą niemożności posiadania dzieci. Jednak nie była ciocia chyba tak całkiem pozbawiona swego rodzaju inteligencji i dowcipu, bowiem żerując na swej bezkarności spowodowanej chorobą umysłową, w ustalony przez PRL dzień zwycięstwa, czyli 9 maja (na cześć oswobodzenia nas przez radzieckich żołnierzy, kurwa mać), otwierała szeroko okno i ku uciesze należycie zorientowanej politycznie gawiedzi śpiewała pieśń, zaczynającą się słowami "Uha, uha, na cześć wyzwolenia tańczy mucha!". Moja mama mówi, że ta ciocia uciekła w szaleństwo związane z brakiem dzieci, ale tak poza tym, to mogłaby przysiąc, że ciocia z premedytacją i szelmowską miną śpiewała na złość władzy wywrotową piosenkę. Fakt ten osładza nieco tę smutną historię utraty zmysłów, ale że jakoś tak wydaje mi się niewystarczająco, to dorzucam majestatyczne ciasto, które jak znalazł przyda nam się na celebrowanie jutrzejszego święta. Szkoda, że nie będzie to dzień ustawowo wolny od pracy... No, ale na tę okoliczność nie poradzę, najwyżej mogę doradzić nałożenie lukru.
Przygotujmy:

rozczyn:
100 ml ciepłego mleka
70 g świeżych drożdży
po łyżeczce mąki i cukru
ciasto:
600 g  mąki
200 g cukru
ok. 100 ml mleka
90 g masła
3 żółtka + całe jajko
miąższ z laski wanilii
szczyptę soli
nadzienie:
70 g masła
3-4 łyżki cukru trzcinowego
3 łyżki rodzynków
2 łyżki posiekanej skórki pomarańczowej
1-2 łyżki rumu

Rodzynki i skórkę skropić rumem i odstawić. Rozczyn: wymieszać mleko z pokruszonymi drożdżami, mąką i cukrem, odstawić, by "ruszył". W tym czasie zmiksować żółtka i jajko z cukrem na jasną, puszystą masę, dodać ziarna z laski wanilii, jeszcze chwilę miksować. Dodać rozczyn, mleko i mąkę z solą. Wyrabiać mikserem z hakami do ciasta przez kilka minut, następnie dodać roztopione masło i wyrabiać kolejne kilka minut - do momentu, w którym ciasto nie będzie się przyklejać do rąk. Gdyby ciasto wydawało się zbyt twarde - dodać odrobinę mleka i miksować, jeśli zbyt płynne - dodać nieco mąki i wyrabiać mikserem. Przykryć misę z ciastem i odstawić w ciepłe miejsce. Gdy podwoi objętość przełożyć na oprószony mąką blat i rozwałkować na prostokąt o grubości ok. 0,5-1 cm. Masło na nadzienie stopić i odstawić, by wystygło i ponownie zaczęło lekko tężeć. Posmarować nim rozwałkowane ciasto, równomiernie posypać cukrem i cynamonem, a następnie mieszanką rodzynków i skórki. Zwinąć ciasną roladę wzdłuż dłuższego boku i przekroić ją wzdłuż na pół, zostawiając jeden koniec nierozcięty (o długości ok. 5 cm.). Zawinąć rozcięte części wokół siebie, jak sznurek. Skleić końce, uformować wieniec i przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Odstawić w ciepłe miejsce, by ciasto podwoiło objętość. Rozgrzać piekarnik do 150 stopni (termoobieg) i piec wieniec przez ok. 25-30 minut.

czwartek, 4 maja 2017

semiya kesari - indyjski deser z makaronu


Bardzo lubimy indyjskie smaki, choć nie dla nas one, oj nie... No chyba, że nie ma w nich wszechobecnych w kuchni Indii orzechów nerkowca. Semiya kesari to deser, w którym nerkowce są, wiadomo, ale w mojej jego wersji - właściwie nic nie ma. Bezglutenowy, opcjonalnie bez cukru (jeśli zamiast niego użyjemy jakiegoś syropu, np. melasy) i oczywiście bezmleczny, i bez orzechów. Przepis znalazłam tu, ale tak naprawdę, to trudno mówić o przepisie na to danie, bo raczej należy je robić pod swoje kulinarne upodobania. Możliwości są duże - możemy ten deser sobie różnie doprawić, zrobić mniej lub bardziej słodki, a nawet zarządzić jego kolorem. Makaron z fasoli, ten cieniutki, przezroczysty, jest tak absolutnie bezsmakowy, że nadaje się na deser, uwierzcie mi na słowo.
Weźmy (mniej/więcej):

małe opakowanie makaronu z fasoli mung
3-4 łyżki trzcinowego cukru (lub innego słodzidełka, np. melasy lub syropu klonowego*)
2 płaskie łyżki masła klarowanego lub oleju kokosowego
opcjonalnie do wyboru: przyprawy (wanilia, kardamon etc.)
opcjonalnie dla koloru - do wyboru: odrobina szafranu lub soku z buraków etc.

Makaron przygotować według przepisu na opakowaniu - ja zalewam go wrzątkiem, przykrywam, odstawiam na 3 minuty, a następnie zagotowuję i odcedzam. Po odcedzeniu, makaron wyłożyć na deskę i pokroić, żeby nitki były nieco krótsze. Na patelni rozgrzać tłuszcz z cukrem/syropem i gdy się zagotuje, dodać makaron. Smażyć, mieszając, aż całość zacznie nieco odchodzić od brzegów patelni. Wówczas dodać przyprawy i/lub "barwniki", i wymieszać. Przełożyć do miski i podawać, gdy ostygnie.

*syropu należy wziąć nieco więcej, niż cukru