sobota, 28 stycznia 2017

idealny falafel - kotleciki z ciecierzycy


W czasach studenckich wybrałam się na miesiąc do mojej przyjaciółki, do Sztokholmu. Biedna, emigrancka studenteria szwedzka mieszka tak, jak na to zasługuje (ale lepiej niż polska), więc trafiłam na osiedle Fittja, tygiel kulturowy i barwny, że się tak korektnie wyrażę. Było fajnie, z przygodami, ale bezpiecznie i przyjaźnie. Raz stałam sobie sama (bo czasem nawet przyjaciółki mają coś do załatwienia osobno) czekając na metro. Podeszła do mnie jakaś karmelowa dziewczyna w bardzo bogatej stylizacji. A trzeba wam wiedzieć, że to były czasy mody na grunge, więc mój outfit stał w opozycji do Karmelowej (przepraszam, ale nie zapamiętałam jej arabskiego imienia). Zaczęłyśmy gawędzić, pamiętam, że zafascynowały mnie jej oczy, bo tęczówki były zupełnie nieprzezroczyste, jakieś takie w brązowo-żółte plamki, nawet zapytałam, czy to soczewki jakieś specjalne, ale zarzekała się, że to jej naturalne. Od słowa do słowa dowiedziałam się, że jak się jest tak piękną dziewczyną (jak ja, gdyby ktoś miał wątpliwości, o kogo chodzi), to nie można się tak ubierać. Co to za podarte dżinsy? Co to za koszula w kratkę? Zatkało mnie. Normalnie, to bym jej kazała spierdalać, ale dbałość o moje interesy rozrzewniła mnie przeokrutnie. Bo w tym nie było złości, tylko zmartwienie, czy znajdę męża. W każdym razie zaprosiła mnie na herbatkę. Podczas herbatki otworzyła swoją szafę i się zaczęło... "W tym byłoby ci tak pięknie!", wykrzykiwała, wyjmując bluzki z źółtymi falbanami i różowymi cekinami. "To cudnie podkreśli głęboką czerń twoich oczu!", planowała rzucając we mnie turkusową sukienką w sraczkowate kwiatki (też z cekinami). Po trwającej dobre 10 minut "chwili" chyba zobaczyła wreszcie moją minę. Zreflektowała się, stwierdziła, że no tak, faktycznie nie bardzo do mnie pasują, a poza tym, co już całkiem niezaprzeczalne, nie są w moim rozmiarze (ja miałam 34, a Karmelowa co najmniej ze 40). Następnie zjadłyśmy falafel, pożegnałyśmy się i już nigdy więcej nie dane nam było się spotkać. Ten falafel, jakże idealny, zawsze przypomina mi tamto arabskie mieszkanie, Karmelową, jej dobre serce i szałową garderobę.
Weźmy:

opakowanie (miałam 400 g) suchej ciecierzycy
małą cebulę pokrojoną w drobniutką kosteczkę
ząbek czosnku
łyżeczkę sody
łyżeczkę soli (lub ilość do smaku)
dozwolone, ulubione przyprawy*
olej do smażenia

Ciecierzycę opłukać, zalać lekko ciepłą wodą, dodać sodę, wymieszać i odstawić na noc (u mnie się moczyło prawie 20 godzin). Odcedzić i zmielić dwukrotnie, drugi raz z czosnkiem i cebulą, a następnie doprawić do smaku. Rozgrzać olej na małej, nieprzywierającej patelni. Olej nie musi być "do pływania", ale powinna być minimum 5 mm warstwa. Mocno rozgrzać, wrzucić falafel, zmniejszyć ogień i smażyć z obu stron, po 3-5 minut (w zależności od wielkości kotletów) z każdej. Odsączać na ręczniku - choć nie jest to konieczne, bo falafel nieszczególnie chłonie tłuszcz. Podawać jako przekąskę z ulubionym dipem lub z pitą, warzywami i sosem jako danie obiadowe.

*tradycyjnie falafel doprawiony jest kuminem, zieloną i sproszkowaną kolendrą, cynamonem czy miętą; ja doprawiłam garam masalą, ale przy reakcjach na przyprawy wystarczy dodać sól i np. pieprz oraz posiekaną natkę

2 komentarze:

Smakołyki uwielbiają Twoje komentarze i bardzo za nie dziękują!