wtorek, 31 stycznia 2017

granola kawowa


Często robię różnego rodzaju granole, ale bazę mam zawsze taką samą, tylko zmieniam dodatki, smaki. Na przykład kawa. Jeśli chodzi o kawę, to wprost uwielbiam. Szkoda, że nadciśnienie, wypłukiwanie magnezu i tak dalej, bo mogłabym się raczyć non stop. Ale z drugiej strony cieszę się, że w ogóle ją mogę, bo słyszałam o alergii na kawę i strach blady na mnie padł. Ale niezwykle szczęśliwie nie mam alergii na ten boski napar, więc zrobiłam granolę kawową, zawsze to dodatkowy punkt dnia. Pyszna, jednak kawowy aromat i smak jest wyczuwalny tylko jako dalekie echo i to dopiero po zalaniu mlekiem lub "mlekiem". Może dodałam za mało tej kawy, a może tak ma być, bo przecież podczas dłuższej obróbki termicznej kawowy aromat bierze i sobie najzwyczajniej w świecie ulata. W każdym razie i tak kawoszom polecam. Z owoców do tej granoli najbardziej pasujący wydał mi się daktyl, ale może inne owoce też fajnie pasują. Podsumowując: trudno się domyślić, że granola jest kawowa, ale ma ciekawy, nieco dymny smak.
Należy mieć:

400 g płatków owsianych
100 g pestek słonecznika
100 ml syropu klonowego
50 ml wody
po 2 pełne łyżki nasion lnu i niełuskanego sezamu
kilka suszonych daktyli
po łyżce kawy mielonej i rozpuszczalnej
łyżeczkę cukru z pieczoną wanilią

Wymieszać lekko podgrzany syrop z wodą, kawami i cukrem waniliowym, a następnie z suchymi składnikami. Mieszankę wyłożyć na blachę, wstawić na nagrzanego do 170 stopni piekarnika (termoobieg) i piec, od czasu do czasu mieszając, aż granola się lekko zrumieni - ok. 15 minut. Po ostudzeniu dodać pokrojone daktyle i przesypać do szklanego słoja.

sobota, 28 stycznia 2017

idealny falafel - kotleciki z ciecierzycy


W czasach studenckich wybrałam się na miesiąc do mojej przyjaciółki, do Sztokholmu. Biedna, emigrancka studenteria szwedzka mieszka tak, jak na to zasługuje (ale lepiej niż polska), więc trafiłam na osiedle Fittja, tygiel kulturowy i barwny, że się tak korektnie wyrażę. Było fajnie, z przygodami, ale bezpiecznie i przyjaźnie. Raz stałam sobie sama (bo czasem nawet przyjaciółki mają coś do załatwienia osobno) czekając na metro. Podeszła do mnie jakaś karmelowa dziewczyna w bardzo bogatej stylizacji. A trzeba wam wiedzieć, że to były czasy mody na grunge, więc mój outfit stał w opozycji do Karmelowej (przepraszam, ale nie zapamiętałam jej arabskiego imienia). Zaczęłyśmy gawędzić, pamiętam, że zafascynowały mnie jej oczy, bo tęczówki były zupełnie nieprzezroczyste, jakieś takie w brązowo-żółte plamki, nawet zapytałam, czy to soczewki jakieś specjalne, ale zarzekała się, że to jej naturalne. Od słowa do słowa dowiedziałam się, że jak się jest tak piękną dziewczyną (jak ja, gdyby ktoś miał wątpliwości, o kogo chodzi), to nie można się tak ubierać. Co to za podarte dżinsy? Co to za koszula w kratkę? Zatkało mnie. Normalnie, to bym jej kazała spierdalać, ale dbałość o moje interesy rozrzewniła mnie przeokrutnie. Bo w tym nie było złości, tylko zmartwienie, czy znajdę męża. W każdym razie zaprosiła mnie na herbatkę. Podczas herbatki otworzyła swoją szafę i się zaczęło... "W tym byłoby ci tak pięknie!", wykrzykiwała, wyjmując bluzki z źółtymi falbanami i różowymi cekinami. "To cudnie podkreśli głęboką czerń twoich oczu!", planowała rzucając we mnie turkusową sukienką w sraczkowate kwiatki (też z cekinami). Po trwającej dobre 10 minut "chwili" chyba zobaczyła wreszcie moją minę. Zreflektowała się, stwierdziła, że no tak, faktycznie nie bardzo do mnie pasują, a poza tym, co już całkiem niezaprzeczalne, nie są w moim rozmiarze (ja miałam 34, a Karmelowa co najmniej ze 40). Następnie zjadłyśmy falafel, pożegnałyśmy się i już nigdy więcej nie dane nam było się spotkać. Ten falafel, jakże idealny, zawsze przypomina mi tamto arabskie mieszkanie, Karmelową, jej dobre serce i szałową garderobę.
Weźmy:

opakowanie (miałam 400 g) suchej ciecierzycy
małą cebulę pokrojoną w drobniutką kosteczkę
ząbek czosnku
łyżeczkę sody
łyżeczkę soli (lub ilość do smaku)
dozwolone, ulubione przyprawy*
olej do smażenia

Ciecierzycę opłukać, zalać lekko ciepłą wodą, dodać sodę, wymieszać i odstawić na noc (u mnie się moczyło prawie 20 godzin). Odcedzić i zmielić dwukrotnie, drugi raz z czosnkiem i cebulą, a następnie doprawić do smaku. Rozgrzać olej na małej, nieprzywierającej patelni. Olej nie musi być "do pływania", ale powinna być minimum 5 mm warstwa. Mocno rozgrzać, wrzucić falafel, zmniejszyć ogień i smażyć z obu stron, po 3-5 minut (w zależności od wielkości kotletów) z każdej. Odsączać na ręczniku - choć nie jest to konieczne, bo falafel nieszczególnie chłonie tłuszcz. Podawać jako przekąskę z ulubionym dipem lub z pitą, warzywami i sosem jako danie obiadowe.

*tradycyjnie falafel doprawiony jest kuminem, zieloną i sproszkowaną kolendrą, cynamonem czy miętą; ja doprawiłam garam masalą, ale przy reakcjach na przyprawy wystarczy dodać sól i np. pieprz oraz posiekaną natkę

środa, 25 stycznia 2017

placki z kukurydzy dla NieAlergika


Robiący się na przysłowiową przyczynę śmierci chłopa w szpitalu przysmak z czasów studenckiej biedy. Bardzo smaczny. Dawno temu nikt się nie zastanawiał, czy wszystkie ziarna kukurydzy są GMO, czy też nie są, bo o samym GMO nie słyszał. Wtedy zresztą były inne priorytety, imprezka, sesja, no wiecie, jak to wśród studenterii. Placki te należą do dań błyskawicznych i tanich. Z surówką czy jarzynką i fajnym sosem mogą być szybkim obiadem albo sycącą kolacją. Warto je wykładać z patelni na papier, by osączyć tłuszcz. Jeśli dbamy o linię, bo jak nie, to szkoda fatygi.
Wystarczy posiadać:

ok. 500 g ziaren kukurydzy (ugotowanych) lub osączone ziarna z 2 puszek
80 g żółtego sera
2 jajka
4-5 pełnych łyżke mąki
sól, pieprz, papryka słodka i chili - do smaku
olej do smażenia

Ser zetrzeć. Jajka roztrzepać, dodawać stopniowo mąkę, nadal roztrzepując, do uzyskania ciasta o konsystencji gęstej śmietany. Dodać przyprawy, kukurydzę oraz starty ser i dokładnie wymieszać. Masa powinna składać się głównie z ziaren i sera, ciasta nie powinno być zbyt dużo, tyle tylko, by oblepiło kukurydzę. Na rozgrzanym oleju, na niezbyt dużym ogniu, smażyć z obu stron nieduże placuszki i podawać z ulubionym sosem i surówką.

niedziela, 22 stycznia 2017

domowy sos do pizzy


U nas żółty ser już dozwolony, a pizza, wiadomo - danie ulubione zaraz po frytkach, fuj. Fuj, bo na oleju się je smaży. Ostatnio przekazano mi poufne informacje, że jednym z najbardziej trujących produktów (obok chińskich ryb i kapusty pekińskiej) może być olej rzepakowy. Dlaczego? Bo ponoć na dwa dni przed zbiorami bywa polewany jakąś potworną chemią, żeby równo dojrzał do zbioru. Nie wiem, ile w tym prawdy, więc jeśli ktoś coś wie - niechaj da znać.
A tymczasem porozmawiajmy o tym, co dobre. Domowy sos do pizzy. Można go zrobić na dwa sposoby - albo w sezonie pomidorowym, używając świeżych pomidorów pozbawionych skóry (i oczywiście pasteryzując), albo w dowolnie wybranym momencie roku, posiłkując się bio passatą. Ten drugi sposób najczęściej właśnie praktykuję, bo niestety nie zawsze dysponuję odpowiednią do długich manewrów kuchennych ilością wolnego czasu. Sos z passaty robi się błyskawicznie i naprawdę nie jest zauważalnie gorszy w smaku, o ile się zatroszczymy o dobrej jakości butlę przetartych pomidorów. Sosu mi zazwyczaj zostaje, więc mrożę i mam na wszelki wypadek, gdy pociechy najdzie chęć na pizzę.
Trzeba mieć:

butelkę passaty bio (ok. 800 ml) lub kg świeżych pomidorów podłużnych
małą cebulę
ząbek czosnku
łyżkę oliwy
płaską łyżkę cukru (daję nierafinowany trzcinowy)
po 1/2 łyżeczki oregano i bazylii
po szczypcie tymianku, rozmarynu i szałwii (opcjonalnie, daję jak nie zapomnę)
sól i pieprz - do smaku

Na oliwie zeszklić posiekaną cebulę, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, zamieszać i wlać passatę (lub dodać pokrojone, sparzone i obrane ze skórki pomidory). Doprawić i smażyć ok. 15 minut (ze świeżymi pomidorami dłużej oczywiście, aż się rozpadną i odparują), aż sos zgęstnieje, a następnie zmiksować na gładko (nie jest to konieczne). Rozprowadzać go na pizzy dopiero gdy wystygnie, żeby nie zaparzyć ciasta.

piątek, 20 stycznia 2017

makaron z wegańskim, kremowym sosem szpinakowym


Czy to, że jesteśmy na bezmlecznej diecie oznacza, że nie mamy prawa do kluchów z kremową, szpinakową czapeczką? No właśnie. Ale od razu zaznaczam, że przepis jest dla tych, co lubią awokado. My lubimy. A kto nie lubi, niech sobie owoc podmieni na śmietankę roślinną, choć wtedy kremowość nie jest już gwarantowana.
Należy mieć:

dozwolony w diecie makaron
na sos:
paczkę mrożonego szpinaku
nieduże, dojrzałego awokado
łyżkę masła klarowanego lub oliwy
1-2 ząbki czosnku
szczyptę gałki muszkatołowej
sól i pieprz do smaku
oraz:
opcjonalnie: kilka suszonych pomidorów

Na patelni rozgrzać tłuszcz. Czosnek obrać i przecisnąć przez praskę, wrzucić na patelnię, chwilę przesmażać i dodać szpinak. Odparować, mieszając i doprawić do smaku. Awokado zmiksować na mus, wymieszać ze szpinakiem. Sos podawać na ugotowanym makaronie, posypany posiekanymi suszonymi pomidorami.

wtorek, 17 stycznia 2017

bezglutenowe naleśniki z karmelizowanymi jabłkami - bez cukru


Dziś archikukbukowe, słodkie (choć bez cukru) i niezwykle smaczne danie. Te naleśniki były prawdziwym hitem. Bez glutenu i bez cukru, za to z coraz częściej uczulającymi jabłkami. Nas nie uczulały, zwłaszcza obrobione termicznie, więc robiłam Kajzerowi dość często. Prawdziwa uczta, mówię wam, zwłaszcza gdy na pierwsze danie szła zupa ogórkowa. W ogóle to się zastanawiam, jak przy tak ograniczonej diecie organizm dziecka sobie radzi - młode przybiera, normalnie się rozwija, nie ma niedoborów. Doprawdy, nasze ciała wiele potrafią. Przecież tyle się mówi o niedożywieniu rozwiniętych, zamożnych społeczeństw, spowodowanym coraz mniejszą wartością odżywczą produktów... No właśnie, może tu jest odpowiedź: Jeremiego pasłam przecież produktami "własnymi", czyli albo eko, albo z własnego ogródka, albo z upraw ludzi dobrej woli, którym to ludziom jestem niewypowiedzianie wdzięczna. Zawsze będę.
Należy mieć:

wegańskie naleśniki bez glutenu
2 słodkie jabłka bio
łyżeczkę dozwolonego tłuszczu (robiłam na maśle klarowanym)
syrop do polania (ja polewałam klonowym)

Jabłka obrać i pokroić w ósemki. Rozgrzać tłuszcz i powoli karmelizować na nim kawałki owoców. Gotowe układać na jednej połowie naleśnika, polewać syropem i składać placek na pół. Naleśniki dobrze smakują także na zimno.

piątek, 13 stycznia 2017

domowe płatki śniadaniowe


Płatki śniadaniowe. Symfonia na syrop glukozowy, kakao, miód... Zatem albo syf, albo alergen. Trochę nam się nasze najlepsze płatki śniadaniowe znudziły, zatem postanowiłam poszukać jakiejś alternatywy i znalazłam to. Też nie ideał, no ale w porównaniu z kupowanymi zdecydowanie wolę. Następnym razem spróbuję dodatku mąki razowej, może będzie ciut zdrowiej. To raczej maciupeńkie ciasteczka, niż płatki, ale całkiem wporzo. Nie tak wporzo jak nasze kultowe płatki śniadaniowe, ale od czasu do czasu można upiec. Z podanych proporcji wychodzą ze trzy blachy - no, dwie ciaśniej upchnięte. Wbrew pozorom to wcale ilościowo nie przekłada się na torbę płatków sklepowych. Owszem, dla malucha starczy na dłużej, ale większe chłopię kłapnie 2-3 razy i znowu trzeba odpalać piekarnik. A teraz o wyzwaniu w postaci nacięcia setek mini-ciasteczek o średnicy 5 mm - wbrew pozorom nie jest to wcale takie straszne. Czynność ta ma, powiedziałabym nawet, właściwości kojące bańkę. I całkiem szybko idzie, jeśli od czasu do czasu oczyści się nożyk z przyklejonego ciasta.
Weźmy więc:

szklankę mąki (dałam orkiszową jasną)
1/3 szklanki brązowego cukru trzcinowego
łyżeczkę oleju
ok. 1/2 szklanki mleka roślinnego lub wody
po 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia i sody
do smaku: miąższ z laski wanilii i łyżeczkę cynamonu

Wymieszać suche składniki i dolewać mleko do uzyskania ciasta o jednolitej, niezbyt wolnej konsystencji - to powinna być masa, która "się trzyma", jest dość zwarta. Wmieszać olej i przełożyć masę do rękawa cukierniczego lub wyciskarki do ciastek. Trzy blachy wyłożyć papierem do pieczenia. Na papier wyciskać po odrobinie ciasta (u mnie średnica tylki 0,5 cm), odcinając porcje cienki, niedużym i ostrym nożykiem. Wstawić blachy do piekarnika nagrzanego do 175 stopni i piec ok. 8 minut. Wystudzić przed zdjęciem z blachy i przechowywać w szczelnym pojemniku.

wtorek, 10 stycznia 2017

szkolne śniadania część 5


Kolejna część lunchboxowych inspiracji. Jest coraz trudniej, bo wybór zimowy nie należy do rozpieszczających swą obfitością. No ale coś tam się zawsze znajdzie...

Poniedziałek

Wtorek
donuty z ciasta cukiniowego, gruszka 

Środa
kanapka z szynką i papryką, mus owocowy (kupny)

Czwartek
krakersy żytnie z awokado, cykorią i pomidorem, suszone daktyle

Piątek

sobota, 7 stycznia 2017

angel food cake czyli anielskie ciasto dla NieAlergika


Jak kto ma nadmiar białek, a bezy, dakłazy i inne makaroniki się ponudziły, to może zużyć białka na takie właśnie ciasto. Samo w sobie nie jest szczególnie grzeszne, bo bez tłuszczu. No, ale z cukrem. Samo w sobie ma jeszcze coś - jest po prostu ok. Taka lekka, nieco płaska w smaku spondżka. Ale gdy je podać z bitą śmietaną i owocami, albo tak jak na focie - ze śmietaną i musem malinowym - nabiera charakteru, i to wybornego. Przepis stąd, prawie niczego nie zmieniałam, tylko cukru wanilinowego (żeby czarne kropeczki nie psuły efektu bieli) dodałam, bo od razu wyczułam że to będzie gniot bez smaku, nie dałam też kamienia winnego. Wszystko poszło, że tak powiem, książkowo, tylko że to ciasto wcale nie jest takie białe jak mówią. Ani takie pyszne...
Trzeba mieć:

szklankę białek
szklankę cukru
3/4 szklanki mąki
opakowanie cukru wanilinowego
łyżkę soku z cytryny

Białka wlać do misy i zostawić na blacie, aż nabiorą temperatury pokojowej. Mąkę przesiać i wymieszać z 1/3 ilości cukru, odstawić. Białka spienić, dolać sok z cytryny i ubić na sztywno (ale nie na bardzo sztywno), dodać resztę cukru oraz cukier wanilinowy i ubić na masę sztywną, ale też bez przesady. Stopniowo, po 2 łyżki, dodawać mąkę z cukrem, delikatnie mieszając szpatułą. Ciasto przełożyć do dużej keksówki (niczym nie posmarowanej), wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piec ok. 40 minut. Ciasto najpierw urośnie, a ok 10 minut przed końcem pieczenia opadnie nieco. Sprawdzić patyczkiem, czy jest suche w środku. Jeśli tak, odwrócić formę z ciastem do góry nogami i studzić na kratce - ciasto na kratce, w formie, musi leżec do całkowitego wystygnięcia. Następnie nożykiem oddzielić je od boków formy i wyjąć, lekko postukując w jej spód (jeśli się opiera, lekko podważać z każdej strony aż wyjdzie). Podawać z dodatkami.

środa, 4 stycznia 2017

co jeść zimą


Zima ziębi oraz gnębi. Pokarmowo zwłaszcza. Najbardziej brak mi obfitości świeżych warzyw i owoców. No wiem, są mrożonki i importowane dobra, ale jakoś tak za bardzo do mnie nie przemawiają, zwłaszcza te drugie. No to co jeść, jak nie ma co jeść? Oooo, tę kwestię to akurat mam opanowaną, ha ha! Gotowanie z niczego swego czasu praktykowałam przecież. Nie ma zimą zbyt dużego wyboru, ale od czego kreatywność w kuchni. Wystarczy trochę pokombinować i zaraz coś się wymyśli - pamiętacie post o kreatywnym gotowaniu?
A jak my się odżywiamy zimą? Lokalnie, na ciepło, czasem z własnych mrożonek. Jemy dużo rozgrzewających, gęstych zup i więcej potraw mięsnych. Słabo z surówkami, bo do dyspozycji zostało niewiele warzyw. Najważniejsze jest porządne śniadanie, najlepiej na ciepło, jakaś sympatyczna owsianka, jaglanka, grzaneczki czy coś. Częściej wypiekam, bo chłody jakoś tak nas na ciasta nastrajają. No i zima to zdecydowanie sezon na pizzę.

I tak w naszej zimowej spiżarni natknąć się można na:
szeroki wybór kasz oraz soczewicę i różnego rodzaju fasolę
z warzyw: buraki, brukselka, cebula, cykoria, dynia (jeśli się uchowała), jarmuż, kapusta, kartofle, marchew, pasternak (ciężko dostać, oj ciężko...), pietruszka, por, rzepa
kiszonki - ogórki i kapustę
owoce - głównie suszone (niesiarkowane bio lub z własnej suszarki), banany, pomarańcze (tak! możemy!), jabłka, gruszki
pestki - dyni, słonecznika, dodaję do pieczywa więcej ziaren
kiełki i rzeżucha

Oczywiście oprócz powyższych mam zapasy mrożonek - truskawki, jagody, maliny, bób, fasolkę, kukurydzę, groszek etc. i z nich korzystam, bo na samych nadatnych w styczniu lokalsach trochę nuda. Jednak zdecydowanie wybieram nudę, bo importowanych owoców typu truskawki, czy warzyw typu pomidory jakoś nie mam sumienia podać rodzinie. Ale sama zjem, czemu nie...

poniedziałek, 2 stycznia 2017

2x top 10 roku 2016

Na początku nowego roku szanujący się bloger powinien przygotować jakieś podsumowanie, top 10, czy tym podobne. Idea top 10 bardzo mi się podoba, więc przygotowałam podwójnie. Mam dwie listy - jedna to lista ulubionych wpisów użytkowników, druga to lista naszych hitów 2016.
Zacznijmy od wpisów najpopularniejszych pod względem odwiedzin:












Trochę mnie zdumiewa pozycja nr 10... No, ale w każdym razie to najpopularniejsze wpisy 2016 według czytelników bloga.

A nam, czyli Smakołykom, w 2016 najbardziej smakowało (kolejność przypadkowa):











A wam co najbardziej przypadło do gustu?