sobota, 24 czerwca 2017

marsz alergiczny


Alergia to taka zołza, że idzie z nami przez całe życie. Różnie się przy tym zachowuje, czasem zupełnie znika, czasem robi chujowe niespodzianki. To się fachowo nazywa marsz alergiczny. Jak już raz dochtory stwierdzą u nas alergię, to nie ma co liczyć, że nam minie. To nie katar. To znaczy katar też zazwyczaj, no ale wiecie, o co mi chodzi. Wszystko, co możemy zrobić, to tak postępować, by nasz marsz skończył się na katarze siennymi, a nie na przykład na astmie. Czasem się to udaje, czasem nie.
Dziecięciem byłam rumianym, co nawet dziwiło moich rodziców, że niemowlę po sepsie, a rozwija się jak, par excellence, malowane. Potem trochę zbladłam i zaczęłam chorować non stop. I non stop brać antybiotyki. Takie to były czasy, głębokie lata 70., kto tam wtedy się czymś takim jak alergia zajmował. Kaszel=antybiotyk. Jaka reakcja alergiczna? Infekcja przecież! Moja mamusia zrozumiała co się działo dopiero jak urodził się mój sporo młodszy brat. 10 lat w medycynie robi różnicę, oj robi. No, ale dla mnie i tak już było za późno. Wszystko mi się niby wyciszyło, ale na harcerskim rajdzie, podczas nocowania u chłopa na sianie ciężko się rozchorowałam, dusiłam się katarem i tak dalej. Nie muszę mówić, że jak tylko opuściłam gościnną stodołę, to natychmiast wyzdrowiałam? Potem znów było parę lat spokoju, do momentu, gdy w 17 wiośnie życia nażarłam się czereśni. I od tej pory już sobie czereśni, wisienek, jabłuszek, gruszeczek i innych brzoskwinek nie mogę pojeść, podobnie jak orzechów laskowych. Ale za to wokół 20 roku życia troszkę odpuściły mi pyłki - za to weszło uczulenie na psa. Dzięki ci za to, moja alergio! Choć wiem, że to nie koniec, bo jak pokazują ostatnie badania, wszystko jeszcze może się zdarzyć. Na przykład moja mam w 60. wiośnie życia uczuliła się na kota...
Syn mój był tak potwornie uczulony, że aby zapobiec astmie, latami ładowałam w niego antyhistaminy. Udało się, astma nie wystąpiła, skończyło się na katarze, a zmiany skórne wycofały się niemal do zera. I co? I okazało się ni w pięć, ni w dziewięć, że młody może się obżerać jajami i czekoladą, popijać to mlekiem i zagryzać orzeszkami ziemnymi, siedząc w nawet niezłym komforcie pod kwitnącą brzozą, ale mały orzeszek nerkowca może go zabić. A jabłka, marchew, seler i zielony groszek (surowe, oczywiście) powodują OAS. Ciekawe, co jeszcze okaże się alergenem. Ostatnio, jak był z klasą na zielonej szkole, zwiedzali hutę szkła. Jeremi stwierdził, że tak źle, jak w tej hucie to nie czuł się chyba nigdy. No dobra, za wyjątkiem pożarcia nerkowca. Co go tam uczulić mogło - nie wiem. Ale jak wypytam naszą alergolog, to zupdatuję niniejszy wpis.
Tyle wesołych historyjek. O tym, jak walczyć z marszem alergicznym musi ponformować was alergolog. Czasem, by marsz spowolnić wystarczy usunąć alergeny. Częściej nie jest to wystarczające i musimy się wspomagać farmakologią. Naprawdę uważam, że warto. Leki, które trzeba brać przy astmie to nic w porównaniu z łagodnymi antyhistaminkami. Do tego dieta, brud, częste podróże, trochę infekcji i będzie dobrze.
Mam też nadzieję, że te przysłowiowe już chyba 10 lat w medycynie do czegoś nas doprowadzi. Jak nie w przyszłej dziesięciolatce, to w następnych. Ja wiem, że różne są teorie spiskowe dotyczące koncernów farmaceutycznych, może nawet prawdziwe. Jednak póki co nie mamy wyboru, więc warto robić wszystko, co możemy, by nasz marsz posuwał się w żółwim tempie.

niedziela, 18 czerwca 2017

confitowany, orientalny kurczak z bok choyem


To było tak. Przyszedł do nas (w sensie że do firmy) catering z pokazem swoich możliwości. Udając osobę decyzyjną poszłam na degustację. Nakarmili przyzwoicie, ale szał nas ogarnął na punkcie jednego tylko dania. Były to czarne kawałki mięsa z pak choyem i jaśminowym ryżem. Ożesz, orgazm kulinarny. Sprytnie wzięłam kucharza na spytki i wypaplał. To znaczy z pewnością nie wypaplał wszystkiego, bo co to za kucharz, co zdradza wszystkie sekrety. Myślę, że zapomniał wspomnieć o szczypcie imbiru, na przykład. Ale co powiedział, to powiedział. A ja zrobiłam. Też poezja... Od razu wszystkich uczulonych na soję za niniejszy wpis bardzo przepraszam. To straszne, że nie możecie sobie takiego kurczaka zjeść, straszne...
Wzięłam więc, jak kucharz kazał:

500 g filetów z kurczaka
1/2 szklanki tłuszczu gęsiego i/lub kaczego*
niedużą czerwoną cebulę (nie miałam, to wzięłam zwykłą)
2-3 bok choye - małe
do duszenia kapustek - łyżkę masła klarowanego lub oleju
na marynatę:
1/3 szklanki ciemnego sos sojowego
1/2 łyżeczki ziaren pieprzu
2-3 całe ząbki czosnku
2 liście laurowe
2 ziela angielskie, cały czosnek - na 24 godziny
łyżeczkę cukru trzcinowego

Mięso umyć i pokroić na niezbyt małe kawałki. Składniki marynaty wymieszać, zalać nią mięso, przykryć i odstawić do lodówki na 24 godziny. Po tym czasie rozgrzać tłuszcz i wrzucić mięso wraz z marynatą. Gdy się obsmaży, zmniejszyć ogień i albo dusić po przykryciem na maleńkim ogniu, albo przełożyć do formy do zapiekania, przykryć i konfitować w 120 stopniach, aż mięso będzie miękkie. Pod koniec konfitowania dodać pokrojoną w pióra cebulę, natomiast wyjąć przyprawy. Pak choye umyć i pokroić na ćwiartki. Rozgrzać łyżkę masła klarowanego. Na rozgrzanym tłuszczu, na małym ogniu, blanszować kapustki, aż nieco zmiękną, a następnie posolić. Mięso podawać z pak choyem i ryżem jaśminowym posypane prażonym, pełnoziarnistym sezamem.

*od biedy można dać pół na pół olej i masło klarowane

środa, 14 czerwca 2017

zupa fasolowa z ciecierzycą


Zupa to bardzo wygodne w robocie danie. Wrzucasz co lubisz, przyprawiasz jak lubisz, łatwo odgrzać i tak dalej. Jak jest zimno to rozgrzeje, a jak ciepło, to zjesz chłodniejszą, a wciąż smaczną. Dziś zupa fasolowa z dedykacją dla uczulonych na ziemniaki, bo zamiast tych naszych bulw, dodałam topinambur. Przyprawiłam eklektycznie, trochę w stylu meksykańskim, a trochę, dzięki dodatkowi wędzonej papryki - węgiersko-portugalsko. Chyba...
Należy mieć:

pełną garść zielonej fasolki i topinambura
garść suchej ciecierzycy
2-3 łyżki pokrojonego jarmużu
2-3 łyżki oliwy
2 pomidory
2 ząbki czosnku
małą cebulę
bulion warzywny
do smaku: sól, pieprz, kumin, przyprawa do taco, papryka wędzona, chili

Soczewicę zalać wodą i moczyć przez całą noc. Zmienić wodę i ugotować ciecierzycę do miękkości. Fasolkę pokroić, topinambur oskrobać i pokroić w kawałki, pomidory obrać ze skórki i także pokroić. Cebulę posiekać, czosnek przepuścić przez praskę. Rozgrzać oliwę i zeszklić na niej cebulę, dodać czosnek i pokrojone warzywa oraz przyprawy. Przesmażać chwilę, mieszając, a następnie zalać bulionem, przykryć i gotować ok. 15 minut. Dodać odcedzoną ciecierzycę i jeszcze raz zagotować. Zupa smakuje najlepiej, gdy chwilę postoi, by smaki się "przegryzły".

sobota, 10 czerwca 2017

kremowe lody daimowe dla NieAlergika


Jako że moje latorośle mogą już nabiał, choć nie za dużo i nie za często, to robię im domowe, prawdziwe lody. Trochę mnie dziwi fakt, że daimy jako cukierki nie są u nich na topie, natomiast cukierki pokruszone, występujące jako składnik lodów uwielbiają. Te lody są bardzo kremowe, nawet gdy mrożę je w foremkach. Ale coś za coś, bo za to do fit nie należą. Pyszne, naprawdę przepyszne są, gorąco polecam.
Należy posiadać:

duże opakowanie śmietanki 30%*
200 ml tłustego mleka (użyłam bio 3,5%)
5 łyżek cukru demerrara
4 żółtka z dobrze umytych i sparzonych jaj L
laskę wanili
podwójny batonik typu daim

Laskę wanilii rozciąć wzdłuż, wrzucić do garnuszka, zalać śmietanką i mlekiem, wymieszać i podgrzewać powoli niemal do zagotowania. W tym czasie zmiksować cukier z żółtkami na jak najbardziej jednolitą masę. Wyjąć wanilię i cienkim strumieniem wlewać gorące mleko ze śmietanką do masy żółtkowej, mieszając łyżką. Postawić masę na małym ogniu i podgrzewać, wciąż mieszając, aż zacznie gęstenieć - mnie się zdarzyło kilka razy nie dopilnować momentu lekkiego zagotowania, a masa się nie zwarzyła, więc bez obaw. Zdjąć z ognia i odstawić do wystudzenia - w tym czasie często mieszać, a następnie schłodzić w lodówce od czasu do czasu mieszając. Daima w opakowaniu pokruszyć tłuczkiem, wsypać do masy, wymieszać i rozlać lody do foremek pamiętając, że drobinki batonika osiadają na spodzie naczynie, więc trzeba je "uczciwie" rozłożyć. Formę wstawić do zamrażarki na kilka godzin.

*nie zwracam na to uwagi, ale te opakowania mają pewnie po ok. 400 ml jak nie więcej - może 500?

wtorek, 6 czerwca 2017

wegańskie bezglutenowe racuchy drożdżowe


Eksploruję archikukbuka i wyraźnie widzę, że dochodzę do jego końca. Zatem seria wpisów "Z czeluści archikukbuka" też będzie musiała się skończyć. No trudno. Dziś racuchy bezglutenowe, ale na drożdżach, więc nie dla każdego. Dlaczego nie dla każdego? Bo spotkałam się kilka razy z opinią, że wypieki na drożdżach nie pasowały w jakiś sposób niektórym alergikom. Na szczęście u nas nie było tego problemu. Można te placki zaaranżować na słodko lub wytrawnie, jak kto woli. U nas były, z tego co pamiętam, chyba w sumie tylko na słodko. I o ile mnie pamięć nie myli, za często ich nie robiłam, bo trochę są czasochłonne - głównie chodzi o powolne smażenie. Jest jeszcze problem z ilością dodanego płynu - nie zapisałam, więc musimy sobie sami jakoś z tym poradzić, dolewając stopniowo to i owo, ha ha.
Mieć trzeba:

500 g miksu bezglutenowego*
ok. szklankę mleka roślinnego lub wody
paczkę suchych drożdży (lub 30 g świeżych)
2 łyżki cukru trzcinowego
łyżkę oleju
łyżeczkę cukru z wanilią
1/2 łyżeczki soli
olej do smażenia

Jeśli używamy świeżych drożdży: należy zrobić rozczyn, następnie dodać go do reszty składników. Używając suchych drożdży: wszystkie składniki zmiksować mikserem z hakami do ciasta, dolewając ewentualnie nieco więcej "mleka" - tyle, by uzyskać bardzo luźne, ale nie lejące się ciasto. Przykryć ściereczką i odstawić, by podwoiło objętość. Rozgrzać cienką warstwę oleju na patelni. Nałożyć łyżką ciasto, zmniejszyć ogień i smażyć powoli - racuchy na patelni powinny rosnąć. Gdy ciasto nie będzie już surowe, przełożyć i smażyć z drugiej strony. Podczas smażenia jednej partii racuchów, surowe ciasto trzymać w cieple przykryte ściereczką. Po usmażeniu posypać cukrem pudrem i podawać, gdy nieco przestygną.

*używałam węgierskiego miksu przywożonego przez ciocię Noemi, ale każdy inny miks powinien się nadać, także zrobiony domowym sposobem, o ile dodamy do niego skrobię (patrz zakładka "Dieta")

piątek, 2 czerwca 2017

szkolne śniadania część 10


Już niedługo wakacje, zatem na dwa miesiące spokój z wymyślaniem dziennego menu szkolnego. Ufff... Dziś wpis z termosami, czyli premium ha ha!

Poniedziałek
kanapka z szynką, ogórek zielony, do termosa: śmietniczek

Wtorek
domowa granola z deserkem waniliowym i owocami, do termosa: zupa-krem ze szparagów

Środa
kanapka z kokosellą, do termosa: makaron bolognese 

Czwartek
wrap z warzywami, do termosa: zupa owocowa z makaronem

Piątek
kanapka z masłem, paróweczka*, do termosa: jaglanka z owocami

Oczywiście przepisy na przysmaki z powyższego menu są do odnalezienia na Smakołykach.

*daję zwykłe parówki dla dzieci o składzie nawet do przyjęcia, o ile rzadko dawane 

środa, 31 maja 2017

medaliony cielęce w aksamitnym sosie


Ponoć jak się jest alergikiem na jaja i mleko, to należy unikać mięsa drobiowego oraz wołowiny i cielęciny. Być może, ale u nas nigdy ta zasada nie miała zastosowania. Zastosowanie znalazła natomiast chmeli-suneli, bo troszkę o niej zapomniałam, a jak znalazłam podczas wiosennych porządków, to zaczęło się używanie. Wpadłam w taki sunelowy szał, że ostatnio upiekłam wyjątkowo pyszną perlicę, a tak się zapędziłam w sztuce doprawiania, że zapomniałam zapisać, co dałam. No trudno, może mnie jeszcze raz taki szał spotka, a wtedy postaram się zanotować i pokazać danie na blogu.
Przygotujmy:

medaliony - 4 sztuki
szalotkę
mały ząbek czosnku
1/2 łyżeczki musztardy sarepskiej (można pominąć lub zastąpić naturalnym octem, by zadbać o kruchość mięsa)
sól i pieprz - do smaku
po maleńkiej szczypcie na medalion: chmeli-suneli, szałwii i rozmarynu
2 łyżki tłuszczu (najlepiej masła klarowanego)
50 ml śmietany roślinnej* (można pominąć)

Medaliony posmarować musztardą oraz roztartym czosnkiem i posypać przyprawami - przyprawy do cielęciny powinno się stosować bardzo oszczędnie, jedynie pieprzu należy dać więcej. Podsmażyć je z obu stron, dorzucić drobno pokrojoną szalotkę, jeszcze chwilę przesmażać, a następnie podlać wodą i dusić powoli pod przykryciem przez ok. 1,5 godziny, ewentualnie zredukować sos. Dodać śmietanę, zagotować. Jeśli stosujemy zwykłą śmietankę, należy dodać ją na pół godziny przed końcem duszenia i zredukować sos.

*nasze medaliony są na śmietance zwykłej 30%, bo my już możemy trochę tego i owego

niedziela, 28 maja 2017

krokiety ziemniaczane dla NieAlergika


Co zrobić z wczorajszymi ziemniakami? Można zrobić kopytka, można pyzy, można kluski leniwe, zapiekankę, a można też krokieciki. Dobre, kremowe w środku, bardzo chrupiące na zewnątrz. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego moje dzieci nie są ich fanami. To znaczy Kajzer zje, ale Kajzerka nie bardzo. No trudno, ja zjem. Zawsze robię je na oko, ale podliczyłam gramy i łyżki na użytek wpisu blogowego. To jednak świadczy o tym, że takie krokiety nie wymagają ścisłych proporcji składników, więc się szczególnie nie przejmujcie.
Trzeba mieć (na ok. 15 krokiecików):

360 g ugotowanych ziemniaków
jajko (osobno żółtko i białko)
łyżkę mąki
łyżkę masła
1/2 małej cebulki
20 g żółego sera
do smaku - sól, pieprz, gałka muszkatołowa, papryka słodka i wędzona

Cebulę drobno pokroić i podsmażyć na maśle. Zimne ziemniaki przepuścić przez praskę lub dokładnie rozgnieść widelcem. Dodać żółtko, mąkę, starty ser, cebulę wraz z tłuszczem oraz przyprawy. Dobrze wyrobić, najlepiej dłonią. Zwilżyć ręce i formować nieduże krokiety. Białko spienić trzepaczką, obtaczać w nim krokiety, a następnie w bułce tartej. Smażyć na oleju z obu stron, aż krokiety ładnie się zarumienią.

środa, 24 maja 2017

wegatarianskie curry z topinamburem


Bardzo lubię smak curry, zwłaszcza w połączeniu z mlekiem kokosowym. Niestety, wygląda na to, że mleko kokosowe średnio lubi mnie. Zwłaszcza, gdy się dłuższy czas nie spotykamy... Wtedy robi mi jakieś minisensacje żołądkowe. Też tak macie? Nie są szczególnie dotkliwe i znikają, gdy regularnie jadam coś z dodatkiem tego mleka. Ciekawe, dlaczego tak jest. W każdym razie nie poniecham mleka kokosowego, bo bardzo lubię. Curry, które jest bohaterem niniejszego wpisu to świetny sposób na utylizację jakichś warzywnych resztek. Fajnie smakuje jako gęsta zupa, ale można też, dla tych, co się nie odchudzają, podać je z ryżem jaśminowym czy naanami. Danie typu fast food - wystarczy pokroić warzywa, podsmażyć, poddusić i gotowe.
Weźmy:

200 g topinambura
paprykę
pomidora
garść zielonej fasolki
garść jarmużu
niedużą cebulę
2 pełne łyżki masła klarowanego lub kokosowego
ok. 1/2 szklanki mleka kokosowego
1/2 łyżeczki czerwonego curry (pasty)
łyżeczkę żółtego curry
do smaku - sól i pieprz

Warzywa pokroić na kawałki. Na patelni rozgrzać tłuszcz, dodać oba rodzaje curry, krótko przesmażyć i wrzucić warzywa. Smażyć 2-3 minuty, często mieszając, a następnie podlać wodą, dodać mleko kokosowe, doprawić i dusić pod przykryciem, aż warzywa nieco zmiękną.

sobota, 20 maja 2017

najlepsze pieczone ziemniaki - magiczny składnik


Niby zwyczajna sprawa - pieczone ziemniaki - obierasz, kroisz, wrzucasz na blachę, pieczesz i masz. Ale gdy je upieczesz z jednym takim magicznym składnikiem, sprawy nabierają rumieńców. U nas często piecze się kartofle. To dlatego, że latorośle uwielbiają frytki, a frytki, jak wszem i wobec wiadomo, są bardzo niezdrowe, więc próbuję ratować sytuację również bardzo lubianymi, a mniej niezdrowymi pieczonymi "frytkam". A raczej "frytami". Zajmijmy się jednak tym magicznym składnikiem, który tak naprawdę z magią nie ma wiele wspólnego. Jest to po prostu smalec z tradycyjnie wędzonego, surowego boczku. Plus fajna, przywieziona z Gruzji przyprawa. Smalec robię oczywiście sama. No bo widział kto w sklepie smalec z wędzonego boczku? Jeśli macie zwykły smalec, a chcecie mieć namiastkę boczkowych kartofelków, to do przyprawienia użyjcie wędzonej papryki, też jest spoko.
Miejmy:

1-1,5 kg kartofli
100 g bardzo tłustego, tradycyjnie wędzonego surowego boczku*
do smaku: sól, czosnek suszony, papryka słodka, chmeli suneli
opcjonalnie: łyżkę klarowanego masła

Boczek pokroić w drobną kosteczkę i przesmażyć na smalczyk. Ziemniaki oczyścić, obrać i pokroić na ćwiartki. Rozgrzać piekarnik z blachą do 170 stopni (termoobieg z dolnym dogrzewaniem), na której są 2-3 pełne łyżki smalcu. Wyjąć, wrzucić kartofle, posypać przyprawami, przemieszać (najlepiej dłońmi, wówczas ładnie się ziemniaki oblepiają tłuszczem i przyprawami) i wstawić z powrotem do piekarnika na 15-20 minut. Po tym czasie przemieszać (już nie rękami, ha ha!) i piec dalsze 15-20 minut, aż kartofle będą miękkie w środku, a pięknie chrupiące i złote na zewnątrz.

*nie wiem, czy to jest aby na pewno 100 g - po prostu całkiem gruby, na minimum centymetr, plaster

wtorek, 16 maja 2017

błyskawiczne risotto


Zasoby archikukbukowe powoli się wyczerpują. Coś tam jeszcze zostało, ale już niezbyt dużo. To mi dobitnie uświadamia, jak bardzo ograniczona była dieta Jeremiego. Z jednej strony robi mi się przykro, ale z drugiej jestem szczęśliwa, że dziś ilość produktów, których nie możemy jeść jest równa ilości dozwolonych produktów dziesięć lat temu. Jakieś zawiłe to zdanie... W skrócie chodzi mi o to, że dawno temu musiałam komponować menu z pięciu dozwolonych rzeczy, a dziś pięć rzeczy jest niedozwolonych. W każdym razie w niniejszym wpisie przypominam risotto, które robi się szybko, szybko się zjada, łatwo zabiera do przedszkolnej wałówki, a robi z tego, co kto może.
Trzeba mieć:

szklankę ugotowanego ryżu
kawałek ugotowanego, dozwolonego mięsa (nieduży, ok. 50 g)
2 pieczarki
kilka ugotowanych główek szparagów i kawałków serc karczocha
1/2 małej cebuli
1/4 papryki
sól i pieprz - do smaku
przyprawy - do smaku (ja dawałam tymianek, bazylię i estragon)
1-2 łyżki oliwy (lub innego tłuszczu, ja robiłam na maśle klarowanym)

Pieczarki i paprykę pokroić w nieduże kawałki, cebulę w kostkę i powoli podsmażyć na tłuszczu, by odparowały i zmiękły. Dodać resztę składników, doprawić, wymieszać i chwilę razem podsmażać. Podawać z surówką.

sobota, 13 maja 2017

szkolne śniadania część 9


Co Nina pakowała sobie ostatnio do lunchboxa? Jak zwykle same smakołyki, ha ha. Szału nie ma, ale będzie, jak się zacznie sezon owocowy i warzywny, niom niom... Dziś zestawieni bez zawartości termosa, mam nadzieję, że wybaczycie.

Poniedziałek
owsianka z liofilizowanymi owocami, jabłko

Wtorek
kanapka z pieczonym dzikiem i cykorią, banan 

Środa

Czwartek
kanapka z szynką i ogórkiem kiszonym, deserek ryżowy (kupny)

Piątek
naleśnik z kremem daktylowym, mus owocowy (kupny)

środa, 10 maja 2017

jak pielęgnować skórę atopową


Myśląc o pielęgnacji skóry atopowej zazwyczaj przed oczyma wyobraźni przesuwają nam się obrazy słojów z tłustymi maściami i nadkażonych ran, na które należy nakładać antybiotyk. I słusznie, bo najczęściej tak to wygląda. Najczęściej, ale nie zawsze.
Jeremi miał wyjątkowo ostre azs. Właściwie na całej powierzchni ciała, także na tzw. wyprostnych, co bardzo źle wróżyło. Żeby to jeszcze były jakieś suche placki... Nie, to były sączące rany i szorstkie wzgórza. Nawet się bałam, że po takim czymś będzie miał ślady, jakieś blizny. Krzyczał przy kąpielach, krzyczał przy smarowaniu. No ale jak skóra sucha, to przecież trzeba smarować. Smarowałam więc, smarowałam i było coraz gorzej, więc przyszło mi do głowy, że coś jednak robię źle, choć według wskazań lekarzy...
Nasza alergolog mówi, że mądry lekarz uważnie słucha matki, bo matka wie najlepiej. Wysłuchała więc moich spostrzeżeń i okazało się, że owszem, że jak najbardziej, że często bywa, że... atopowa skóra nie znosi smarowania ciężkimi maściami. Że niektóre atopowe skóry duszą się pod takimi specyfikami. Że czasem lepiej zostawić nieposmarowane, niż zasmarować, zadusić i spowodować nadkażenie. I moje dziecię właśnie miało taki typ atopowej skóry. Do licha.
Zaczęły się więc poszukiwania idealnego specyfiku. Lekkiego na przykład. Po przygodzie z octem, o której już tu wielokrotnie wspominałam, marzył mi się balsam z dobrymi bakteriami. To wszystko jednak działo się 14 lat temu, więc wybór tego typu kosmetyków nie był tak szeroki jak dziś. Sączących ran nie smarowałam w ogóle, a szorstkie, czerwone placki traktowałam częściej, ale leciutkim, nawilżającym balsamem (aptecznym, oczywiście). Gdy jakieś miejsce zaczęło przypominać gadzią skórę, wiedziałam, że to stołówka gronkowca, więc bez większych oporów serwowałam bakteriom antybiotyki. Niesamowite było obserwowanie, jak po leczeniu i nawilżaniu gadzia skóra zamienia się w ludzką. I tak powolutku, powolutku, koło trzeciego roku życia sytuacja się na tyle unormowała, że zmiany postanowiły pozostać tylko w tradycyjnie zajmowanych miejscach, czyli pod kolanami, na zgięciach łokci etc. Niestety, syn mój do dziś ma trochę suchą skórę. I do dziś zmiany atopowe od czasu do czasu się pojawiają. Czyli można porzucić nadzieję, bo wsie dochtory zgodnym chórem mówią, że jeśli atopia wciąż jest, to już zostanie. No trudno, w końcu jest właściwie niezauważalna, a latem to nawet jakby w ogóle znikała, a poza tym młody się w ogóle nie smaruje i jakoś nic się przez to nie dzieje.
Nasz przykład jest typowym i wiarygodnym dowodem na to, że nie należy przywiązywać się do tradycyjnych metod pielęgnacji atopowej skóry. Nam (i kilku innym znanym mi przypadkom) nie służyło silne natłuszczanie. Myliśmy się zwykłym szarym mydłem bio, a zmiany nawilżaliśmy balsamem. Rezultaty były wręcz zachwycające, więc jeśli macie podejrzenia, że tłuste maści nieszczególnie służą naszym maluchom - przerzućcie się na coś lżejszego. Bez obaw.

niedziela, 7 maja 2017

cynamonowy wieniec drożdżowy na Dzień Zwycięstwa dla NieAlergika


Jutro Dzień Zwycięstwa. To zawsze przypomina mi opowieść mojej mamy o jakiejś przyszywanej babci czy cioci, która postradała zmysły. Postradała je całkiem po tym, jak zaginął jej ulubiony piesek, ale już wcześniej zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością, a stało się to za sprawą niemożności posiadania dzieci. Jednak nie była ciocia chyba tak całkiem pozbawiona swego rodzaju inteligencji i dowcipu, bowiem żerując na swej bezkarności spowodowanej chorobą umysłową, w ustalony przez PRL dzień zwycięstwa, czyli 9 maja (na cześć oswobodzenia nas przez radzieckich żołnierzy, kurwa mać), otwierała szeroko okno i ku uciesze należycie zorientowanej politycznie gawiedzi śpiewała pieśń, zaczynającą się słowami "Uha, uha, na cześć wyzwolenia tańczy mucha!". Moja mama mówi, że ta ciocia uciekła w szaleństwo związane z brakiem dzieci, ale tak poza tym, to mogłaby przysiąc, że ciocia z premedytacją i szelmowską miną śpiewała na złość władzy wywrotową piosenkę. Fakt ten osładza nieco tę smutną historię utraty zmysłów, ale że jakoś tak wydaje mi się niewystarczająco, to dorzucam majestatyczne ciasto, które jak znalazł przyda nam się na celebrowanie jutrzejszego święta. Szkoda, że nie będzie to dzień ustawowo wolny od pracy... No, ale na tę okoliczność nie poradzę, najwyżej mogę doradzić nałożenie lukru.
Przygotujmy:

rozczyn:
100 ml ciepłego mleka
70 g świeżych drożdży
po łyżeczce mąki i cukru
ciasto:
600 g  mąki
200 g cukru
ok. 100 ml mleka
90 g masła
3 żółtka + całe jajko
miąższ z laski wanilii
szczyptę soli
nadzienie:
70 g masła
3-4 łyżki cukru trzcinowego
3 łyżki rodzynków
2 łyżki posiekanej skórki pomarańczowej
1-2 łyżki rumu

Rodzynki i skórkę skropić rumem i odstawić. Rozczyn: wymieszać mleko z pokruszonymi drożdżami, mąką i cukrem, odstawić, by "ruszył". W tym czasie zmiksować żółtka i jajko z cukrem na jasną, puszystą masę, dodać ziarna z laski wanilii, jeszcze chwilę miksować. Dodać rozczyn, mleko i mąkę z solą. Wyrabiać mikserem z hakami do ciasta przez kilka minut, następnie dodać roztopione masło i wyrabiać kolejne kilka minut - do momentu, w którym ciasto nie będzie się przyklejać do rąk. Gdyby ciasto wydawało się zbyt twarde - dodać odrobinę mleka i miksować, jeśli zbyt płynne - dodać nieco mąki i wyrabiać mikserem. Przykryć misę z ciastem i odstawić w ciepłe miejsce. Gdy podwoi objętość przełożyć na oprószony mąką blat i rozwałkować na prostokąt o grubości ok. 0,5-1 cm. Masło na nadzienie stopić i odstawić, by wystygło i ponownie zaczęło lekko tężeć. Posmarować nim rozwałkowane ciasto, równomiernie posypać cukrem i cynamonem, a następnie mieszanką rodzynków i skórki. Zwinąć ciasną roladę wzdłuż dłuższego boku i przekroić ją wzdłuż na pół, zostawiając jeden koniec nierozcięty (o długości ok. 5 cm.). Zawinąć rozcięte części wokół siebie, jak sznurek. Skleić końce, uformować wieniec i przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Odstawić w ciepłe miejsce, by ciasto podwoiło objętość. Rozgrzać piekarnik do 150 stopni (termoobieg) i piec wieniec przez ok. 25-30 minut.

czwartek, 4 maja 2017

semiya kesari - indyjski deser z makaronu


Bardzo lubimy indyjskie smaki, choć nie dla nas one, oj nie... No chyba, że nie ma w nich wszechobecnych w kuchni Indii orzechów nerkowca. Semiya kesari to deser, w którym nerkowce są, wiadomo, ale w mojej jego wersji - właściwie nic nie ma. Bezglutenowy, opcjonalnie bez cukru (jeśli zamiast niego użyjemy jakiegoś syropu, np. melasy) i oczywiście bezmleczny, i bez orzechów. Przepis znalazłam tu, ale tak naprawdę, to trudno mówić o przepisie na to danie, bo raczej należy je robić pod swoje kulinarne upodobania. Możliwości są duże - możemy ten deser sobie różnie doprawić, zrobić mniej lub bardziej słodki, a nawet zarządzić jego kolorem. Makaron z fasoli, ten cieniutki, przezroczysty, jest tak absolutnie bezsmakowy, że nadaje się na deser, uwierzcie mi na słowo.
Weźmy (mniej/więcej):

małe opakowanie makaronu z fasoli mung
3-4 łyżki trzcinowego cukru (lub innego słodzidełka, np. melasy lub syropu klonowego*)
2 płaskie łyżki masła klarowanego lub oleju kokosowego
opcjonalnie do wyboru: przyprawy (wanilia, kardamon etc.)
opcjonalnie dla koloru - do wyboru: odrobina szafranu lub soku z buraków etc.

Makaron przygotować według przepisu na opakowaniu - ja zalewam go wrzątkiem, przykrywam, odstawiam na 3 minuty, a następnie zagotowuję i odcedzam. Po odcedzeniu, makaron wyłożyć na deskę i pokroić, żeby nitki były nieco krótsze. Na patelni rozgrzać tłuszcz z cukrem/syropem i gdy się zagotuje, dodać makaron. Smażyć, mieszając, aż całość zacznie nieco odchodzić od brzegów patelni. Wówczas dodać przyprawy i/lub "barwniki", i wymieszać. Przełożyć do miski i podawać, gdy ostygnie.

*syropu należy wziąć nieco więcej, niż cukru

piątek, 28 kwietnia 2017

alergik na szkolnej wycieczce


Zbliża się czas szkolnych wycieczek... I w życiu każdego alergika nadchodzi dzień, w którym musi wybrać się na szkolną wycieczkę. To znaczy - nie musi. Ale na pewno bardzo chce. Jeśli to jednodniowa wycieczka - żaden problem, pakujemy wałówę z czymś ciepłym w termosie i jazda. A gdy to wycieczka kilkudniowa? Co robić? Nie puścić? Puścić, choć ciężko to ogarnąć. I wziąć poprawkę na to, że dziecko wróci z jakimś objawem, bo niełatwo mu będzie się upilnować. Nauczycielki też pewnie nie powalczą jakoś szczególnie mocno. Nie liczyłabym również na zrozumienie ze strony kuchennej załogi ośrodka, w którym bawić będzie nasza pociecha. Zazwyczaj wygląda to tak, że kaszy na mleku nie podadzą, ale zupa ze śmietaną nie wyda im się problemem.
O ile dziecina nie reaguje za ostro (a tak właśnie najczęściej reagują podstawówkowicze), to trudno, odpuśćmy, tylko porozmawiajmy z opiekunami, niech się nieco potrudzą i popilnują młodzieży. Jednak jeśli nasze dziecko ma bardzo silne reakcje, nie ryzykujmy i przygotujmy mu pełne wyżywienie w domu. Jakoś udźwignie. A jak nie - zawieźmy mu, albo poprośmy opiekunów o pomoc.
Co przygotować naszemu alergikowi na kilkudniową wycieczkę? Najpierw przyjrzyjmy się jej programowi. Gdzie będą jeździć, co wtedy będą jeść - czy wezmą suchy prowiant, czy gdzieś się zatrzymają? Czy po drodze będzie postój w makdonaldsie (założę się, że będzie, ha ha)? Mając program coś możemy zaradzić. Jeśli jedzą w ośrodku, musimy przygotować tyle weków z domowym obiadkiem, ile tychże obiadków ośrodkowych jest zaplanowane. Poza tym coś na śniadania i kolacje - domowy chleb, pieczywo bezglutenowe pakowane, dodatki typu smarowidła, kartoniki mleka roślinnego i dozwolonych płatków. Można zadzwonić do ośrodka i powiedzieć, jaki jest problem, prosząc o udostępnienie miejsca w lodówce na prowiant dziecka i wydawanie mu tego prowiantu. Wtedy trzeba do megawałówy dołączyć menu - co mają mu dać na śniadanie/obiad/kolację i kiedy. I okleić produkty - imię, nazwisko etc. Do tego przekąski, coś na głodek, coś w ramach suchego prowiantu na dojazd/powrót oraz podczas wyjazdów w ramach wycieczki. A właśnie. W razie wycieczki całodniowej, podczas której będą jeść w jakiejś knajpie musi wkroczyć do akcji opiekun i wybrać w porozumieniu z kucharzem (nie kelnerem!) coś naprawdę bezpiecznego. Pamiętajcie, że tylko gadka z kucharzem ma sens!
No i last but not least - najważniejsza jest rozmowa z dzieckiem, przekazująca mu odpowiedzialność za samego siebie na te kilka dni. Żeby nie łapał snikersów czy tam innych alergenów. Taka "dorosłość" z pewnością będzie dla pisklęcia powodem do dumy - zaufajmy mu.
Powodzenia!

Miniściąga - co zapakować alergikowi na szkolną wycieczkę:
domowe pieczywo - chleb na zakwasie wytrzyma spokojnie 3 dni; dla bezglutków - pakowane pieczywo bezglutenowe
pasteryzowane dodatki do pieczywa, np. domowa mielonka
smarowidełka do pieczywa
odpowiednia ilość małych (200-250 ml) kartoników z mlekiem roślinnym
domowe płatki śniadaniowe/granolę
dania gotowe pasteryzowane na obiad - najlepiej przygotować dania w dużych weckach
odpowiednia ilość przekąsek - dozwolonych, np. suszone owoce, dozwolone chrupki, musy owocowe, żelki/batony bio etc.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

6 urodziny bloga i konkurs


No i szóste urodziny Smakołyków mamy... Jak zaczynałam, to nawet mi do głowy nie przyszło, że tyle lat będę blogować. My już wyrośliśmy z typowych dziecięcych alergenów, ale doszły nam inne - niektóre surowe owoce, orzechy... Jednak ten blog jest dla mam małych alergików i matek karmiących, więc nadal będą tu przepisy bezmleczne, bezjajeczne, czasem bezglutenowe, bez cytrusów, bez orzechów i tak dalej. Pewnie zauważyliście, że Smakołyki dziś, a te z 2011 roku to trochę jakby dwa inne blogi. Kiedyś publikowałam tylko megaokrojone z alergenów przepisy, głównie na słodkości. Teraz mamy tu kompletny bajzel, coraz więcej przepisów z kuchni roślinnej, na którą się intensywnie przerzucam, porady, a nawet dania dla NieAlergików i wpisy sponsorowane. Się porobiło, co? Jednak jedno jest niezmienne - jak są urodziny, to jest konkurs! W konkursie można wygrać moją książkę "100 smakołyków dla alergików" z dedykacją. Serdecznie zapraszam!

Zadanie konkursowe
Jak zwykle bardzo łatwe - wystarczy napisać w komentarzu pod postem konkursowym odpowiedź na pytanie:


O jakim deserze dla marzysz?


 Puśćcie wodze fantazji! Wyobraźcie sobie coś, czego absolutnie Wam nie wolno, 

a macie na to wielką ochotę. Pomysł, który najbardziej będzie Smakołykom w smak zostanie nagrodzony książką "100 smakołyków dla alergików" z dedykacją. Będzie to więc wybór bardzo subiektywny, ale na pewno nie niesprawiedliwy.
Na odpowiedzi czekam od dziś do 28.04.2017 do północy.

Wyniki zostaną opublikowane w poście na fan page'u bloga, najpóźniej 2 maja.
Życzę powodzenia i jeszcze raz serdecznie zapraszam do wzięcia udziału 

w konkursie!


Nagroda zostanie wysłana tylko na adres na terenie Polski.

sobota, 22 kwietnia 2017

wegańskie bezglutenowe babeczki bananowe


Dziś archikukbukowe babeczki, które Jeremi bardzo lubił. Z bananami, ale myślę, że przy alergii na banany można je podmienić na puree z dyni lub batatów. Z tego co pamiętam te ciacha były nieco ciężkawe, niezbyt słodkie, ale dobrze syciły i świetnie się sprawdzały na wynos. Ponieważ mają w składzie coś, co możecie podmienić na wodę z łyżką skrobi, czyli żółtka przepiórcze, dają możliwość przeprowadzenia prowokacji alergenem. Wdzięczne i łatwe, gorąco polecam. I z żółtkami, i bez.
Przyda się:

175 g miksu bezglutenowego
85 g mąki kukurydzianej lub ryżowej
6 żółtek przepiórczych (lub 2-3 łyżki wody + łyżka skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej)
75 g oliwy
80 g brązowego cukru
szklanka kwaśnego soku (dawałam z białej porzeczki)
1 duży zblenderowany banan
szczypta soli
czubata łyżeczka kamienia winnego

Sposób wykonania bez żółtek: banana obrać i zblenderować z sokiem, oliwą, cukrem oraz 2-3 łyżkami wody. Dodać suche składniki i zmiksować na gładką masę, w razie potrzeby dodając odrobinę wody. Ciasto nakładać mokrą łyżką do papierowych foremek na muffiny (czubata łyżka na foremkę) i piec 30-40 minut w piekarniku z termoobiegiem nagrzanym do 150 stopni. 
Sposób wykonania z żółtkami: żółtka ubić z łyżką wrzątku, następnie z cukrem, a potem z oliwą. Banana obrać i zblenderować z sokiem. Masę żółtkową zmiksować z suchymi składnikami, następie bananem, w razie potrzeby dodać odrobinę wody. Ciasto nakładać mokrą łyżką do papierowych foremek na muffiny (czubata łyżka na foremkę) i piec 30-40 minut w piekarniku z termoobiegiem nagrzanym do 150 stopni. 

środa, 19 kwietnia 2017

pieczony topinambur


Topinambur jest wporzo. Ponoć zdrowy i tak dalej, a smak - jak to smak, jednemu wchodzi, drugiemu nie. Dla mnie jest troszeczkę mdły, więc go sobie mocniej przyprawiam. Dzieci za to zazwyczaj lubią, pewnie na tej samej zasadzie, co i batata. Prawdziwym koszmarem jest jego skrobanie, więc to zawsze spada na mego małżonka, bo ja muszę dbać o mój korpoblogerski manicure. Z topinambura można przyrządzać wiele rzeczy - może być składnikiem zup, gulaszy, kociołków, a nawet sałatek, może stać się chipsem, zupą-kremem, czy po prostu pieczonką-dodatkiem do obiadu. Jest od jakiegoś czasu niezwykle modny, ale jeśli to wszystko prawda, co piszą o nim dobrego, to się nawet taka moda świetnie składa, że się tak elegancko wyrażę. Dobry zamiennik dla uczulonych na ziemnaki!
Należy posiadać:

pudełeczko topinamburów (500 g)
łyżkę tłuszczu - masła klarowanego, kokosowego, oleju etc. (używam masła)
do smaku - sól i pieprz
ewentualnie zioła - estragon, szałwia

Topinambury umyć, oskrobać i pokroić na mniejsze kawałki. Przełożyć do naczynia do zapiekania i wstawić dopiekarnika nagrzanego do 180 stopni (termoobieg). Po 5 minutach przykryć (np. alufolią) i piec przez 20-30 minut. Podawać jako dodatek do obiadu, np. zamiast pieczonych kartofli.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wesołych Świąt!


Drodzy Smakołykowicze! 

Życzymy Wam wspaniałej Wielkanocy i mokrego Dyngusa. Cudownych prezentów od zajączka, szczęścia, zdrowia i miłości. 

I by za rok jajka nie uczulały! 😊

piątek, 14 kwietnia 2017

tradycyjny mazurek kajmakowy dla NieAlergika


Bardzo kruche ciasto, rozpływająca się w ustach masa kajmakowa i delikatny, mleczoczekoladowy ganache. Słodkość dziesięć. No, dziewięć. Zawsze go robię i pierwszy znika, choć to przecież klasyka i prościzna. A najzabawniejsze jest to, że każdy zabrania ulepszeń i próbowania nawet minimalnych modyfikacji. Mazurek kajmakowy musi być u nas na Wielkanoc i basta. Jeśli mam być szczera, to poniższe składniki od razu radzę podwoić. Dla alergików też mam mazurek kajmakowy, a przepis na niego znajdziecie w mojej książce. Nie jest tak boski jak tradycyjny, wiadomo. Ale też niczego sobie.
Przygotować należy (na dwa niemałe mazurki):

na ciasto:
500 g mąki
300 g masła
100 g cukru pudru
żółtko
na masę kajmakową:
2 puszki skondensowanego mleka (słodzonego)
2 pełne łyżki masła
na polewę:
2 mleczne czekolady
po łyżce śmietanki 30% i mleka

Mleko w puszce wstawić do garnka, zalać wodą i gotować na wolnym ogniu ok. 3 godziny. Składniki na ciasto wyrobić na gładką masę, rozwałkować dość cienko, na ok. 0,5 cm i wylepić formę, tworząc rant. Ponakłuwać widelcem i odstawić w bardzo chłodne miejsce na minimum pół godziny. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni (termoobieg), wstawić ciasto i piec, aż nabierze preferowanego koloru (my lubimy raczej przypieczone, więc piekę ok. 20 minut). Masę kajmakową krótko i delikatnie zmiksować z masłem i jeszcze ciepłą wyłożyć na również jeszcze ciepłe ciasto. Czekoladę ostrożnie i powoli rozpuścić z mlekiem i śmietanką, a następnie rozprowadzić na masie. Mazurek udekorować.

wtorek, 11 kwietnia 2017

pieczona biała kiełbasa w piwie


Biała kiełbasa, czarne piwo i całkiem fajny efekt. Biała kiełbasa to pozycja obowiązkowa na wielkanocnym stole. Ta, na której gotuję żurek idzie do żurku, ale że przyjemnie jest przekąsić ją sobie także z chlebem i chrzanem, to piekę też. Fajnie się wyciąga kiełbaski z cebulką, w której się piekły... Robota z pieczeniem kiełbasy praktycznie żadna, a efekt smakowity, więc gorąco zachęcam, wystarczy 5 minut przygotowania i góra pół godzinki pieczenia.
PS. Zdjęcie kiełbasy dodam jak tylko ją upiekę, bo niestety nie zrobiłam w zeszłym roku.
Trzeba mieć:

8-10 białych kiełbas parzonych
2 duże cebule
ok. 1/2 szklanki ciemnego piwa
łyżeczkę musztardy gruboziarnistej
łyżeczkę smalcu lub oleju
sól i pieprz

Cebulę pokroić w piórka i krótko przesamażyć na tłuszczu, by się zrumieniła. Doprawić i odstawić. Kiełbasy ponacinać od góry, ułożyć w naczyniu do zapiekania i wstawić na kilka minut do piekarnika nagrzanego do 200 stopni (najlepiej z termoobiegiem i włączonym górnym grillem), do momentu, aż skórka się zrumieni. Następnie zmniejszyć temperaturę do 160 stopni, kiełbasę obłożyć cebulą i zalać 1/3 szklanki piwa wymieszanego z musztardą. Piec kiełbasę przez ok. 20-30 minut, w razie potrzeby podlewając piwem. Podawać z chrzanem i domowym pieczywem.

sobota, 8 kwietnia 2017

sernik królewski dla NieAlergika


Paręnaście lat temu, gdy wiłam mego pierworodnego, była akuracik Wielka Sobota. Bardzo mi się wówczas elegancko udało poleżeć w szpitalu zamiast pichcić, piec, szorować armaturę, myć okna i tak dalej, ha! Jak wiadomo porodówka wypełniona jest wygłodniałymi niczym zombie matkami, ja nie byłam wyjątkiem, więc jak rodzina przyjechała podziwiać dziecię i gratulować matce, to nie będę ukrywać, że najbardziej interesowała mnie zawartość przywiezionej przez nich wałówki. Łomatko, nic mi tak wtedy nie smakowało, jak mamusiny sernik z pierzynką czekoladowo-bakaliową. Gdybym wiedziała, że już wkrótce zostanę się na ryżu z pasternakiem i 43 kilogramach, to bym sobie wtedy więcej go zjadła... No, ale skąd miałam wiedzieć. A do czego zmierzam? Do tego, że mamusiny sernik z pierzynką kiedyś upichcę i wam pokażę, a tymczasem mam tu dla was sernik królewski, który zdetronizował mój ulubiony sernik wiedeński. Wspaniały, a przy tym bardzo łatwy i wbrew pozorom szybki. Czekoladowe kruche ciasto jest wdzięczne, a pachnąca pomarańczami masa serowa onomnomnomnom...
Należy mieć:

na ciasto:
400 g mąki
250 g masła
80 g kakao
4 żółtka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
na masę serową:
kilogram trzykrotnie zmielonego twarogu (może być z wiaderka, jeśli dobrej jakości)
300 g cukru pudru
100 g masła
5 jajek
2 budynie waniliowe (bez cukru)
skórka otarta z umytej pomarańczy bio
skórka otarta z umytej cytryny bio
miąższ z laski wanilii

Suche składniki na ciasto dobrze wymieszać, dodać masło oraz żółtka i wyrobić gładkie ciasto. Podzielić na porcje ok. 2/3 i 1/3. Mniejszą część ciasta zamrozić. Formę (większą) wyłożyć papierem do pieczenia (spód i boki). Większą część ciasta cienko rozwałkować - na ok. 5 mm - i wyłożyć nim spód i boki formy. Sernik urośnie, więc należy się upewnić, że boki będą wystawać ponad poziom masy serowej jakieś 2 cm. Odstawić w zimne miejsce, najlepiej do lodówki. Przygotować masę serową: zmiksować jajka z cukrem i miękkim masłem na puszysty, jasny krem. Dodać skórki starte z owoców, budynie w proszku oraz wanilię. Zmiksować. Na koniec dodać ser i zmiksować, aż masa będzie jednolita. Masę wylać do formy (ok. ZxZ cm) wylepionej ciastem i posypać startym zamrożonym ciastem. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 140-150 stopni (termoobieg) i piec przez godzinę. Wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie odstawić na kilka godzin w chłodne miejsce (najlepiej na całą noc).

środa, 5 kwietnia 2017

pieczone żeberka w musztardzie


Idealne dla fanów musztardowego smaku i aromatu. Typowo męskie koryto, pięknie komponujące się z browarem oraz pieczonymi kartoflami. Dzięki musztardzie mięso staje się kruche i rozpływa się w ustach. Żeberka kojarzą się z grillowym klasykiem, i tak, owszem, tak zamarynowane mięso można spokojnie zgrillować, tylko nie będzie ono wówczas aż tak mięciutkie, jak te pieczone. Kolega mojego taty miał na grillowane żeberka taki sposób, że najpierw je gotował, potem powlekał marynatą, odstawiał na noc, a następnie grillował i solił już zgrillowane. Pewnie bardzo dobry sposób, tylko trochę czaso- i pracochłonny, nieprawdaż? Najwyraźniej miłość do żeberek wymaga poświęceń...
Miejmy:

kilogram żeberek
3 pełne łyżki ulubionej musztardy (u mnie sarepska)
łyżka wódki
po 1/2 łyżeczki: majeranku, rozmarynu i papryki
roztarty ząbek czosnku
sól i pieprz - do smaku

Musztardę wymieszać z przyprawami i alkoholem, natrzeć nią mięso i odstawić do lodówki na kilka godzin (najlepiej na noc) - jeśli to możliwe, warto trzymać żeberka przykryte w naczyniu, w którym będą potem pieczone. Wyjąć, wstawić na 10 minut do piekarika nagrzanego do 200 stopni, a gdy mięso się nieco przyrumieni, przykryć folią aluminiową, jeśli pokrywka naczynia nie nadaje się do piekarnika. Żeberka piec przez 3 godziny w piekarniku z termoobiegiem nagrzanym do 130 stopni. Na 15-20 minut przed końcem pieczenia można mięso odkryć, jeśli nie nabrało chrupiącej powierzchni. Podawać z ziemniakami, najlepiej pieczonymi z tłuszczem spod żeberek, lub frytkami oraz ulubioną surówką.

niedziela, 2 kwietnia 2017

szkolne śniadania część 8


Dziś kilka pomysłów lunchboxowych z propozycjami zawartości termosa. Szału nie ma, bo terNinator coraz bardziej wybrzydza, a i wybór smakołyków niewielki, jak to w kwietniu.

Poniedziałek
kanapka z pieczonym schabem i ogórkiem kiszonym, banan; do termosa: zupa pomidorowa

Wtorek
naleśnik z karobellą, mus owocowy i krakersy; do termosa: kopytka z sosem warzywnym

Środa
kanapka z pasztetem i cykorią, suszone owoce; do termosa: jaglanka na słodko z rodzynkami i syropem klonowym   

Czwartek
domowa drożdżówka z jabłkiem, mus owocowy; do termosa: kapuśniak

Piątek
wegański jogurt z granolą, banan; do termosa: chowder

piątek, 31 marca 2017

zdrowy fast food - szybkie wrapy z hummusem i warzywami


Domowy fast food rzecz wspaniała. Chodzi mi tu zwłaszcza o ten fast. Kto ma z 5 etatów, ten wie, o co kaman. Tę szybką kolację/obiad można zrobić nieco mniej lub bardziej błyskawicznie. Z surowymi warzywami oraz pod warunkiem posiadania już gotowych wrapów i hummusu zajmie nam to jakieś 5 minut. Opcja na ciepło - 2-3 minuty dłużej. No a jak nie mamy wrapów i hummusu to już nie będzie fast food...
Weźmy więc (na łebka):

1-2 tortille owsiane (mogą też być zwykłe ze sklepu, jeśli ich skład nam nie przeszkadza)
1-2 łyżki hummusu
po 2-3 plasterki awokado, cukinii, pomidora i cebuli etc.
1/4 papryki
sól i pieprz do smaku

Na surowo: torlille podgrzać, posmarować hummusem, ułożyć surowe, pokrojone warzywa (cukinia powinna być sparzona, czyli przelana wrzątkiem), doprawić i złożyć placek na pół. Na ciepło: tortille złożone już z warzywami zapiec w grillu elektrycznym* przez 2 minuty. Podawać z ulubionym sosem na bazie śmietanki roślinnej lub keczupem.

*ja mam takie urządzonko, dość już nawet wiekowe, z wymiennymi wkładami i w nim można zarówno smażyć gofry, jak i na przykład zapiekać różne rzeczy, ale wrapy da się też po prostu podgrzać na patelni

wtorek, 28 marca 2017

ryżowe sakiewki


Gdy tak z dziesięć lat temu patrzyłam na swojego Potomka Męskiego, nawet nie marzyłam, że kiedyś na leniwe letnie śniadania będę mu podawać czekoladowy omlet z bitą śmietaną i świeżymi truskawkami. Nie przypuszczałam też, że orzechy staną się tak niebezpieczne, no, ale taka to przygoda z alergią... Ci, co mogą swoim dzieciom dawać ze trzy produkty na krzyż wiedzą, że żyzń jest kudłata, a każdy pomysł na wagę złota. Dlatego dziś wyciągnęłam z archikukbuka pomysł na sakiewki z papieru ryżowego. Papier ryżowy jest fajny, bo daje jakieś tam możliwości, na przykład w najcięższych czasach stawał nam za naleśniki (sic!), które smarowałam melasą z buraków i lekko obsmażałam na odrobince oleju. Jednak z papierem tym trzeba umiejętnie. Za bardzo zmoczysz - to się rozpadnie, za mało - się połamie, nie dasz odpocząć - nie będzie "plastyczny". W sakiewkę można naprawdę zapakować co bądź, czyli co dozwolone. Nawet owoce, bo ryżowy arkusz nie ma za bardzo smaku. To fajny pomysł na przemycenie warzyw, ale można tam też naładować mięso. I takie właśnie mieszane nadzienie jest najfajniejsze.
Weźmy (na porcję):

1-2 papiery ryżowe
1/2 szklanki dozwolonych, drobno pokrojonych warzyw
garść dozwolonego mielonego mięsa
sól i pieprz - do smaku
1-2 łyżki oleju
opcjonalnie - dozwolone zioła do smaku

Mięso lekko podsmażyć na tłuszczu, podlać wodą i dusić pod przykryciem, aż będzie prawie miękkie. Dodać warzywa oraz przyprawy i dusić razem, aż warzywa zmiękną. Odparować, by masa była dość zwarta. Arkusz papieru ryżowego położyć na talerzu, posmarować z obu stron mokrą dłonią i odłożyć na chwilę. Gdy zmięknie, przełożyć go na drewnianą deskę i zostawić, by ewentualny nadmiar wilgoci się ulotnił - papier powinien być sprężysty, nie może być rozmoczony. Nałożyć na środek farsz i zebrać krawędzie arkusza tak, by uzyskać sakiewkę. Zawiązać szczypiorkiem lub spiąć wedle upodobania (np. silikonową spinką kuchenną) i podawać.

piątek, 24 marca 2017

puszyste naleśniki biszkoptowe dla NieAlergika


Mleczno-jajecznej części Smakołyków znudziły się zwyczajne naleśniki, więc Matka Smakołyk przymierzyła się do biszkoptowych. Dobre wyszły. Okazało się przy okazji, że wybornie smakują także tym, którym są troszkę zakazane. Nie wiem, skąd jest przepis, bo miałam go na jakimś starym, tłustym jak nieboskie stworzenie świstku. Często ich robić nie będę, bo smażenie naleśników biszkoptowych jest jednak bardziej wymagające niż zwykłych - trzeba delikatnie rozprowadzać, ostrożniej przerzucać i tym podobne. Pewnie warto, ale że ja średnią naleśniko-pierogarą jestem, to poświęcać się mam zamiar nieczęsto. No chyba, że dla relaksu, bo nic tak nie koi zgonionych myśli jak tępe sterczenie nad patelnią. I zarazem nic tak nie pozwala na uwolnienie swobodnego nurtu kreatywnej myśli, jak relaksujące stanie przy patelni. Twój wybór.
Trzeba posiadać:

400 ml mleka
200 g mąki
3 jajka
2 łyżki cukru
2 spore szczypty soli

Białka ubić na sztywno z jedną szczyptą soli. Żótka zmiksować na puch z cukrem i drugą szczyptą soli, dodać mleko i mąkę, zmiksować na gładką masę. Delikatnie wmieszać pianę z białek. Smażyć naleśniki z obu stron na posmarowanej olejem niedużej patelni, rozprowadzając niezbyt cienką warstwę ciasta. Podawać z ulubionymi dodatkami, np. bitą śmietanką i owocami, kremem czekoladowo-orzechowym, bakaliami i polewą etc.

poniedziałek, 20 marca 2017

wytrawne gofry wegańskie z batatami


Powiem szczerze - zakup gofrownicy to jeden z moich przebłysków geniuszu. Niewielu co prawda, ale lepszy rydz niż nic. Gofrownica daje naprawdę sporo możliwości, ponoć niektórzy robią sobie w niej nawet placki ziemniaczane. Muszę przyjrzeć się tej tendencji gofrowania czego bądź. Dziś, na dobry początek, wytrawne, wegańskie gofry z dodatkiem batatów. Fajne nawet. Mnie smakują przyprawione na ostro. Genialne z dodatkami typu awokado, suszone pomidory i wegański majonez, ale garni każdy musi sobie ulubione znaleźć sam, wedle gustu i możliwości dietetycznych. Saute też dobrze wchodzą, prawdę mówiąc.
Przygotujmy:

średniego batata
ok. 200-250 ml mąki
100 ml gazowanej wody mineralnej
2 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego lub wegańskiej margaryny
łyżkę muscovado
łyżeczkę proszku do pieczenia
łyżeczkę soli
1/2 łyżeczki garam masali (przyprawę tę można pominąć)

Batata obrać, pokroić na małe kawałki i udusić do miękkości. Odlać wodę, i gdy batat nieco wystygnie, zmiksować go na puree. Dodać resztę składników i dokładnie zmiksować - masa nie może być zbyt lejąca, powinna mieć konsystencję bardzo gęstej śmietany - odpowiednią konsystencję uzyskujemy ewentualnie dodając nieco mąki. Rozgrzać goftownicę, posmarować lekko tłuszczem i piec gofry, w zależności od mocy gofrownicy - u mnie pieką się 4 minuty. Gofry można mrozić i odgrzewać w tosterze - wtedy odsyskują chrupiącą skórkę.

czwartek, 16 marca 2017

szybkie drożdżówki z owocami i kruszonką


Wyobraźcie sobie, że moja córka zażądała ostatnio, bym jej wykupiła szkolne podwieczorki! Indagowana na powyższą okoliczność przyznała, że chodzi o "okrągłe takie ciastka z owocami i posypką, pyszne". Żaluzja poniata, proszę uprzejmie, oto są. Tylko skąd się spryciula dowiedziała, że są pyszne...
Miejmy (na 2 standardowe blachy):

na ciasto drożdżowe:
400 g mąki
100 g cukru
80 g masła klarowanego, kokosowego lub wegańskiej margaryny
ok. 180 ml mleka roślinnego lub wody
opakowanie suchych drożdży
pół laski wanilii
szczyptę soli
na kruszonkę:
60 g mąki
30 g cukru
30 g wegańskiej margaryny
dodatkowo: owoce - u nas maliny i truskawki (własne, mrożone), ale można użyć śliwek, jabłek etc.

Przygotować ciasto drożdżowe: wszystkie składniki oprócz tłuszczu włożyć do miski i miksować mikserem z hakami do ciasta przez ok. 5 minut. Ciasto powinno być zwarte, ale nie twarde, więc by uzyskać taką konsystencję, trzeba ewentualnie dodawać mleka lub mąki. Rozpuścić tłuszcz, dodać do ciasta i wyrabiać jeszcze ze 2 minuty. Miskę z ciastem przykryć i odstawić do wyrośnięcia. W tym czasie zagnieść kruszonkę i przygotować owoce - jeśli używamy mrożonych, po ich opłukaniu (ja mrożę zawsze nieumyte owoce, więc muszę je potem płukać), należy ułożyć je na papierowym ręczniku, by je dobrze odsączyć. Kruszonkę wyrobić palcami i odstawić w chłodne miejsce. Gdy drożdżowe urośnie, rozwałkować je na podsypanym mąką blacie na grubość ok. 1 cm. Dużą szklanką wykroić koła i poukładać je, zachowując odstępy, na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawić do wyrośnięcia. Gdy urosną, poukładać na nich owoce (niezbyt dużo) i posypać je kruszonką. Wstawić do piekarnika z termoobiegiem nagrzanego do 150 stopni i piec ok. 20 minut. Pod koniec pieczenia warto na chwilę włączyć funkcję grilla, by mocniej zrumienić kruszonkę.

poniedziałek, 13 marca 2017

pieczone roladki z kurczaka w boczku ze śliwką


Tak właśnie jakoś uświadomiłam sobie, że najczęściej to piekę, i to nie ciasta wcale. To pewnie dlatego, że ponoć pieczenie jest zdrowsze niż smażenie, a poza tym jak się coś włoży do piekarnika, to można zająć się czym innym. A ja jestem mistrzem zarządzania czasem, a przynajmniej staram się nim być. Przejdźmy jednak do rzeczy. Roladki robię z ud, bo to mięso jest mniej suche niż filet. Bardzo ciężko jest dostać uda bio, ale polecam poszukać, bo niby jak się od czasu do czasu zje zwykłą kurę to tragedii nie ma, ale alergikom to bym fermówki nie dała. Warto się też postarać o surowy boczek wędzony tradycyjnie, no i rzecz jasna niesiarkowane śliwki. Ale po co ja to mówię? Przecież doskonale to wiecie!
Weźmy:

uda kurczaka - po 1-3 sztuki na osobę (dla dziecka jedną, dla chłopa trzy, ha ha)
śliwki suszone - tyle, ile ud
plastry wędzonego surowego boczku - tyle, ile ud
ząbki czosnku, nieobrane - tyle, ile ud (można pominąć)
sól i pieprz do smaku

Z ud zdjąć skórę, usunąć kości i nadmiar tłuszczu oraz inne niepożądane elementy (błonki etc.). Mięso lekko doprawić, uważając zwłaszcza na sól, jeśli boczek jest słony. W każdy kawałek zawinąć śliwkę, a następnie owinąć tak przygotowane udo plastrem boczku i spiąć drewnianą* wykałaczką. Poukładać dość ciasno w naczyniu do zapiekania, powtykać ząbki czosnku między roladki. Rozgrzać piekarnik do 200 stopni, wstawić uda na 10 minut, a następnie zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i piec przez ok. 40 minut (zwykłego kurczaka krócej). Jeśli pod koniec pieczenia roladki nie są satysfakcjonująco zarumienione, zwiększyć temperaturę do 180 stopni i piec do uzyskania pożądanego efektu.

*można też związać nicią; piszę o drewnianej wykałaczce, bo staram się nie stosować silikonowych akcesoriów, choć wiem, że są wygodne

sobota, 11 marca 2017

szkolne śniadania część 7


Niechże już nadejdzie sezon świeżynek owocowo-warzywnych, bo coraz ciężej do lunchownika coś wybrać... Na dokładkę Kajzerka ma swoje smaczki i nie jest łatwo pudełko wypełnić czymś, co jej naprawdę smakuje. Mrożonki się kończą, pomysły też, bo jakoś niełatwo mi się ogarnąć, popiec zdrowe batoniki, granole. Ale radzić sobie jakoś musimy. I tak sobie radzimy:

Poniedziałek
pita z gyrosem (bez sosu) i cykorią, mus owocowy 

Wtorek
bułka z pasztetem* i ogórkiem kiszonym, banan

Środa
drożdżówka z suszoną śliwką, wegański jogurt z malinami

Czwartek
paluchy chlebowe, kabanos, mus owocowy 

Piątek
burger rybny w bułce orkiszowej z sałatą, jabłko

*my już możemy trochę jajek, ale kto nie może, niech po prostu w przepisie pominie

środa, 8 marca 2017

kruche ciastka karmelowe dla NieAlergika


Z okazji Dnia Kobiet życzę Wam wszystkiego najlepszego! Z tej samej okazji, żeńska część Smakołyków upiekła sobie ciasteczka. Jak z Costy, a nawet lepsze, bo tamte czasem nieszczególnie mi wchodzą, jeśli są zbyt miękie w środku, takie jakby niedopieczone. Troszkę może za słodkie, bo nawet ja, megawielbiciel słodyczy, po jednym/dwóch, i to z czarną kawą, mam dosyć. Poza tym super, ale jeśli nie przepadacie za bardzo słodkimi przysmakami, zmniejszcie ilość muscovado o 50 gramów, co czynię od czasu do czasu. Lekko ciągnące środki i megachrupiące krawędzie, omnomnom. Spokojnie wyjdą bez jajka i na margarynie zamiast masła, więc jeśli nabraliście ochoty - pieczcie. Trzeba będzie jedynie trochę dłużej miksować tę margarynę z cukrem i ewentualnie dodać 2-3 łyżki wody czy mleka roślinnego. A! Jeśli jakieś ciasteczka zostaną (w co wątpię), to przechowujcie je zamknięte w szklanym lub metalowym pojemniku. Z podanych poniżej ilości wyszły mi trzy blachy - ale to dlatego, że ciasteczka potrzebują miejsca, bo się w trakcie pieczenia rozpływają.
Należy mieć:

250 g mąki
150 g jasnego muscovado
115 g masła
80 g syropu klonowego
50 g cukru pudru
duże jajko (przy alergii pomijamy)
miąższ z laski wanilii
płaską łyżeczkę proszku do pieczenia
1/2 płaskiej łyżeczki sody
sporą szczyptę soli
garść chipsów karmelowych (ja dałam też resztkę czekoladowych)

Masło zmiksować z cukrami i miąższem wanilii - tylko chwilę, by składniki się połączyły. Dodać syrop klonowy i jajko, zmiksować do połączenia, a następnie dodać mąkę wymieszaną z solą, proszkiem i sodą, i krótko zmiksować do połączenia się składników. Wsypać chipsy, wymieszać i odstawić miskę z ciastem do lodówki na 5 minut. W tym czasie nagrzać piekarnik do 170 stopni (termoobieg). Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Z ciasta formować kulki wielkości niezbyt dużego orzecha włoskiego i układać w odstępach (ciastka się rozpłyną) na blasze. Wstawić do piekarnika i piec ok. 9 minut.

poniedziałek, 6 marca 2017

rosół z dziczyzny


Zawsze mi się wydawało, że rosół z dziczyzny to nie jest smakowita rzecz. Jednakowoż jak spróbowałam, to zdanie zmieniłam. I równie jednakowoż od razu mówię, że jak się nie nastawimy, że rosół z dziczyzny to jednak inna sprawa niż kurzy, to może nie posmakować. Ta zupa bowiem ma głęboki, inny smak, jest nieco inaczej przyprawiona i dość intensywna.
I z pewnością zdrowsza od kurzego, zwłaszcza jeśli nie jest to rosół z tak zwanej kurki szczęśliwej. Omijam szerokim łukiem wywary z kości, ale z dziczyzną robię wyjątek, choć też ilość kości ograniczam.
PS. Na tym zdjęciu tego nie widać, bo mi nie wyszła rosołowa, szybka sesja, ale rosół ten ma inny odcień, jest ciemniejszy - podobny wołowemu.
Zatem przygotujmy:

ok. kilograma dziczyzny, może być z kością (dzik, jeleń etc.)*
porcję włoszczyzny z kapustą
niedużą cebulę
6 ziaren pieprzu
2-3 ziela angielskie
2 liście laurowe
1-2 ząbki czosnku
goździk
jagodę jałowca
sporą szczyptę kolendry (ziarno)

Oczyszczone mięso oraz włoszczyznę i obraną cebulę włożyć z przyprawami do garnka. Zalać zimną wodą, przykryć, postawić na kuchni i powoli doprowadzić do wrzenia. Odszumowywać. Gotować powoli przez ok. 2 godziny. Przecedzić i podawać z drobnym makaronem lub w kubeczku do popijania pierogów lub pasztecików.

*ja zużywam resztki i okrawki po robieniu szynek z dziczyzny

czwartek, 2 marca 2017

bezpieczne przyprawy dla alergików


Często dostaję maile z pytaniem o przyprawy, których używam. Boicie się "śladowych ilości...", chemii, domieszek. To fakt, jak mamy coś w proszku, to właściwie nie wiadomo, co to tak naprawdę jest. Kilka (naście?) lat temu była, o ile dobrze pamiętam, jakaś afera z przyprawami i mnie się też wtedy zapaliła kontrolka. Zaczęłam kupować przyprawy eko, ale to w sumie też już susz i proszki... Jak w przypadku każdego gotowca, nie wiemy, co jemy. Gdzie rosło to oregano? Czym je pryskali? Czy w czasie produkcji/pakowania nie dostało się do niego ciut bazylii, na którą jesteśmy uczuleni? Można złapać paranoję, co?
Jeśli ją złapaliście, albo po prostu chcecie wiedzieć, co dajecie swoim małym alergikom, to zioła uprawiajcie i suszcie sobie sami. To naprawdę nie jest trudne. Można je sobie postawić na parapecie, a suszyć powiązane w nieduże pęczki w zacienionym, suchym i przewiewnym miejscu. Suszenie domowe jest o tyle niekomfortowe, że zwłaszcza w przypadku alergików, musimy pilnować, by podczas suszenia nam rośliny nie podgniły czy popleśniały. Najlepiej suszyć w uchylonym piekarniku z termoobiegiem, nagrzanym do 25 stopni - kratkę wsuwamy na najwyższą pozycję i podwiązujemy pęczki ziół. Możemy też wykorzystać do przyrządzenia własnych ziółek urządzenie do suszenia grzybów. Jak długo suszymy? Aż wyschnie, ha ha! Tylko trzeba pamiętać, że suszonym ziołom nie powiniem się zbytnio zmienić kolor, jeśli zbyt mocno ściemnieją lub zbrązowieją - wyrzucamy i zabieramy się za suszenie kolejnych pęczków. Jak nam się uda, susz trzymamy w szczelnych, szklanych pojemnikach.
No to zioła, jako najłatwiejszy element świata przypraw mamy z grubsza ogarnięty. Niestety, wanilii, kardamonu, pieprzu czy cynamonu sobie na parapecie raczej nie postawimy, więc musimy się ratować sklepowymi dobrami. W tym przypadku sugeruję zainwestowanie w przyprawy eko oraz dobrej jakości urządzenie do ich tarcia i/lub rozcierania. Czyli dobrą tareczkę, może być jakaś bajerancka zamykana, jak te specjalne na gałkę muszkatołową oraz solidny moździeż. Przyznam się w sekrecie, że u mnie za bajeranckie urządzenie robi mini-tareczka nabyta wieki temu w pewnym sklepie o skandynawskim blichtrze, a za moździeż stare torebki po przyprawach, do których wsypuję co trzeba i walę bokiem tłuczka do mięsa. Taki ze mnie prawdziwy hipster, czy tam luksusowy bej... W każdym razie któreś z tych urządzeń nam się przyda, bo przyprawy warto kupować w całości i samemu sobie w razie potrzeby ścierać czy mielić. Przynajmniej wiemy mniej więcej, co jemy. Mniej więcej, bo nadal nie znamy warunków, w jakich nasza wanilia sobie rosła. Choć ona akurat robi najmniej problemów, jako że wystarczy ją przekroić i pewnym pociągnięciem nożyka wydobyć nasionka.
Na koniec chciałabym przypomnieć, że nie należy się spieszyć z wprowadzaniem przypraw korzennych do diety małego alergika, a i z ziołami trzeba ostrożnie. Na pewno unikamy curry, gorczycy, sosu sojowego, anyżu, a nawet papryki czy popularnego w herbatkach dla niemowląt kopru włoskiego. Z ziołami jest łatwiej, więc można śmielej sobie poczynać - majeranek, estragon itp. Warto próbować, bo dzięki przyprawom dania nie tylko lepiej smakują, ale też lepiej się trawią.

wtorek, 28 lutego 2017

zupa marokańska


No zbyt ładna to ta zupa nie jest, przynajmniej na tym zdjęciu, ale bardzo smaczna i zdrowa. Zdrowa bezdyskusyjnie, natomiast smaczna dla tych, którzy lubią nieco orientalne smaki. Wspaniale rozgrzewa i doskonale wpływa na trawienie, dzięki zatrzęsieniu warzyw i orobinie ostrych przypraw. Zupa śmietniczek, bo można do niej dodawać co kto ma i lubi. I może. Warto ją doprawić na subtelnie kwaśno, ale kto nie może soku z cytryny, ten musi się posiłkować sokiem z białej porzeczki. W ogóle sok z białej porzeczki to jest bardzo fajny zastępnik soku z cytryny - warto sobie takiego soczku narobić w sezonie. Ale o tym innym razem.
Teraz trzeba mieć:

szklankę suchej ciecierzycy (można też wykorzystać ciecierzycę z puszki)
3/4 szklanki passaty
2 marchewki
2 gałązki selera naciowego
pietruszkę
czerwoną paprykę*
cebulę
garść poszatkowanego jarmużu
po 1/2 szklanki fasolki, groszku i ziaren kukurydzy
2-3 ząbki czosnku
po łyżeczce: cynamonu i papryki (ja daję wędzoną)
1/2 łyżeczki kurkumy
harrisę i kumin - do smaku
sól i pieprz do smaku
3-4 łyżki oliwy

Ciecierzycę opłukać i namoczyć na noc w zimnej wodzie. Odcedzic, zalać świeżą wodą i ugotować do miękkości - ok. godzinę. Odcedzić. Rozgrzać oliwę i podsmażyć na niej pokrojoną w kostkę cebulę, dodać drobno posiekany, obrany czosnek oraz przyprawy i smażyć ok. 5 sekund, energicznie mieszając. Wrzucić pokrojoną w małe słupki marchew i pietruszkę, pokrojony w plasterki seler naciowy, fasolkę, groszek, kukurydzę, pokrojoną w paseczki paprykę oraz posiekany jarmuż. Zalać wodą (tak, by jej poziom przewyższał składniki o kilka centymetrów), posolić, przykryć i gotować ok. 10-15 minut. Następnie dodać passatę oraz ciecierzycę, zagotować, doprawić i podawać.

*ja lubię dodać zgrillowaną i obraną ze skóry paprykę

sobota, 25 lutego 2017

szkolne śniadania część 6


Słabizna i głód. Zima. No ale radzić sobie trzeba. Dziś wpis śniadaniowy z propozycjami zawartości termosów.

Poniedziałek
kanapka z domową mielonką i ogórkiem kiszonym, mus owocowy w tubce, do termosa: ryż z jabłkami

Wtorek
bułka z pasztetem i sałatą, jabłko, do termosa: pęczak z szynką, groszkiem i pieczarkami

Środa
drożdżówka ze śliwkami i kruszonką, deser owocowy bio, do termosa: krem z kukurydzy

Czwartek
wafle ryżowe z masłem dyniowym, banan, do termosa: krupnik

Piątek
jogurt ryżowy z granolą, jabłko, do termosa: wegańskie bolognese

środa, 22 lutego 2017

pieczone donuty - pączki z dziurką dla NieAlergika


Alergicy mają swoje donuty w "100 smakołykach...", a tu proszę uprzejmie - coś dla NieAlergików. Obawiam się, że pączki z dziurką jak z Dunkin Donuts chyba nie są możliwe do podrobienia. Szkoda. Inne donuty, na które przepisy pobierałam "u żródła", czyli z amerykańskch blogów nieszczególnie nam przypadły do gustu. No to postanowiłam sama pokombinować, wszak Tłusty Czwartek zobowiązuje, a forma do donutów jakoś tak się ostatnio zakurzyła. Niniejsze pączki z dziurką są lekkie, niemal biszkoptowe, pływają w nich kawałeczki czekolady. Aby tradycji stało się zadość, należy je czymś polać, na przykład polewą czekoladowo-pomarańczową*. Są sympatyczne, ale jednak nie ma to jak nasze polskie, domowe pączki czy faworki, oj nie ma... W związku z tym niemaniem jutro nasmażę kazikowych pączusiów, oj nasmaże ci ja, ha!
Trzeba mieć (na ok. 10 donutów):

120 g mąki
60 g cukru (dałam nierafinowany trzcinowy)
30 ml mleka
2 duże jajka
2 łyżki czekoladowej konfekcji (kropelki, łupki etc.)
pełną łyżkę masła
łyżeczkę cukru z wanilią
po 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia i sody
szczyptę soli

Ubić na sztywno białka ze szczyptą soli. Dodać cukier i ubijać dalej, aż cukier się rozpuści. Dodać cukier waniliowy oraz żółtka, zmiksować. Rozpuścić masło, wlać do jaj z cukrem, zmiksować. Dodać mąkę, proszek, sodę oraz mleko i zmiksować na gładką masę. Wmieszać czekoladowe kropelki. Formę do donutów natłuścić. Do każdego zagłębienia wlać ciasto, +/- do 2/3 wysokości. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piec ok. 12 minut. Donuty wystudzić na kratce i udekorować polewą (nie jest to oczywiście konieczne, ale jednak uważam, że donut powinien mieć polewkę oraz kolorową posypkę).

*proponuję polewę do murzynka nasmaczyć pomarańczowym likierem lub skórką startą z pomarańczy bio

niedziela, 19 lutego 2017

baklava bez orzechów na Tłusty Czwartek


Baklava jest słodka, tłusta i pyszna, zatem idealnie nadaje się do wzbogacenia
pączkowo-faworkowej tradycji Tłustego Czwartku. Alergik, rzecz jasna, bakławą sobie raczej nie dogodzi, bo orzechy, miód i sok z cytryny. Zrobiłam więc ten grecki (turecki? bałkański?) deserek na zamiennikach. Jak się skorzysta z nieco chemicznego (no trudno, w końcu to tylko raz w roku), gotowego ciasta filo, to rzecz jest niezwykle prosta i szybka. Tylko trzeba troszkę doprawić, bo nie możemy liczyć na orzechowy smak. Ten przepis zakłada użycie masła klarowanego, co przy silnej alergii na krowę nie jest dobrym pomysłem, ale myślę, że taka baklava wyjdzie równie dobrze na tłuszczu kokosowym. Jeśli spróbujecie ją zrobić na takim oleju - dajcie znać jak wyszło.
Musimy mieć:

opakowanie ciasta filo (użyłam chłodzonego gotowego)*
300 g lekko podprażonych pestek slonecznika
100 g klarowanego masła
1/3 szklanki cukru
miąższ z 1/2 laski wanilii
pełną łyżeczkę cynamonu
szczyptę mielonych goździków
na syrop:
ok. 200 ml cukru (2/3 szklanki)
1/3 szklanki wody
opcjonalnie: odrobina wody różanej lub z kwiatu pomarańczy lub wanilia**

Masło rozpuścić. Płaty ciasta rozdzielić na dwie połowy - ilość arkuszy powinna być równa. Składniki farszu zmiksować blenderem, ale niezbyt mocno. Formę do pieczenia posmarować masłem i ewentualnie wyłożyć papierem do pieczenia (jeśli nie używamy formy z powłoką nieprzywierającą). Położyć płat ciasta, posmarować masłem, potem następny i posmarować masłem, i tak do zużycia połowy płatów. Następnie wyłożyć farsz i resztę płatów ciasta. Każda warstwa ciasta musi być posmarowana masłem, także wierzchnia. Ułożone ciasto pokroić - nie do samego spodu - to jest najtrudniejszy moment, trzeba dysponować bardzo ostrym nożem (nóż do pizzy się nie sprawdzi). Wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni (termoobieg) i piec 30 minut. W tym czasie przygotować syrop: gotować wodę z cukrem, aż odrobinę zgęstnieje (ewentualnie dodać przyprawy) i odstawić, by wystygł. Ciasto wyjąć z piekarnika, odczekać minutę i polać syropem. Przed podaniem odstawić na kilka godzin, a najlepiej na całą noc.

*w moim cieście było 7 ogromnych płatów, które podzieliłam na pół, żeby zmieściły się do blachy o wielkości ok. 20x30 cm; opakowanie 300 g
**ja gotowałam syrop z połową laski wanilii (przeciętą na pół)