poniedziałek, 11 grudnia 2017

bezglutenowe pierogi z makiem


Więcej przepisów z archikukbuka już się chyba nie znajdzie. Pierogi z makiem są w wersji bezglutenowej - do farszu dodajemy bułkę bez glutenu, a ciasto zrobimy według przepisu Kruffy. Ale można też zrobić ze zwykłej mąki i bułki. Pamiętajmy, że mak jest ciężkostrawny i nie nadaje się dla małych dzieci! Ten farsz nie zawiera go zbyt wiele, ale jednak zawiera, bo cóż to byłyby za pierożki z makiem bez maku. Choć na Smakołykach, przyznajcie sami, różne cuda się zdarzały... Pamiętajcie, że objętościowo ciasta i farszu powinno być tyle samo.
Weźmy:

na ciasto:
mąkę kukurydzianą
ciepłą wodę
na farsz:
ugotowany mak i bułkę tartą w równych proporcjach
syrop klonowy lub melasę
bakalie - rodzynki, suszone śliwki etc.
sporą szczyptę ziarenek wanilii

Mak z bułką dobrze rozetrzeć w makutrze z syropem i wanilią, dodać bakalie, wymieszać. Należy dodać tyle syropu, by masa się nieco skleiła. Mąkę mieszać stopniowo z ciepłą, ale nie gorącą wodą i wyrabiać elastyczne, niezbyt twarde ciasto. Gotowe ciasto rozwałkowywać, rozciągając jednocześnie - łagodnymi ruchami, by nie porwać masy, biorąc na raz niedużą porcję. Wykrajać szklanką kółka, nakładać farsz i zlepiać pierogi. Wrzucać na osolony wrzątek, przykryć. Gdy wypłyną, odczekać do zawrzenia wody, wyjąć i osączyć.

wtorek, 5 grudnia 2017

tatar ze śledzia


[Przepis na razie bez zdjęcia, bo w zeszłym roku nie zrobiłam - jak tylko zrobię, to zaraz dodam.]
Wiem, że do wigilijnej kolacji jeszcze trochę czasu, ale ponieważ Smakołyki cierpią ostatnio na spory niedoczas, a tym samym mierną częstotliwość wpisów, to postanowiły, że wszystkie grudniowe posty będą świąteczne. Tatar ze śledzia to bardzo sympatyczna przekąska, nie tylko na Wigilię, ale także na inne imprezki. Doskonały zamiennik meduzy pod dobrze schłodzoną setę. Co prawda ja uważam, że tak jak nic nie zastąpi tatara wołowego, tak nic nie zastąpi meduzy, ale taki śledzik to fajna opcja zamienna dla starego, poczciwego śledzia w oleju. Zwłaszcza, że mówi się, że olej wcale nie jest takim samym zdrowiem, jak by się mogło wydawać...
Miejmy:

5-6 filetów typu matjas (z zalewy)
3-4 ogórki konserowe
średnią cebulę (najlepiej czerwoną)
oraz do podania:
świeżo mielony pieprz
olej
musztardę - opcjonalnie
grzybki konserowe (opcjonalnie)

Filety namoczyć w zimnej wodzie (NieAlergicy mogą moczyć w mleku), następnie opłukać pod bieżącą wodą, osuszyć i drobno posiekać. Drobno posiekać także cebulę i ogórki. Wymieszać składniki i odstawić na kilka godzin do lodówki, by smaki się przegryzły. Podawać porcje posypane pieprzem, udekorowane kroplą musztardy oraz oleju, i ewentualnie grzybkiem.

wtorek, 28 listopada 2017

jak zrobić kalendarz adwentowy dla alergika


Kalendarz adwentowy to niezwykle sympatyczny sposób odliczania do Wigilii, więc wcale się nie dziwię, że dzieci go uwielbiają i wymuszają jego zakup. Niestety, zawartość takiego kalendarza nie nadaje się dla alergika. Jeśli więc musicie lub macie ochotę ulec kalendarzowemu terrorowi, macie co najmniej trzy wyjścia:
1. Kupić kalendarz niespożywczy - myśmy wiele lat praktykowali kalendarze Lego. Niestety, nie jest to tania zabawa, ale w końcu kupuje się go tylko raz w roku, więc w sumie da się.
2. Kupić pusty kalndarz (lub zrobić) i powkładać do niego drobne zabaweczki lub dozwolone słodycze. Minusy: cena lub czas poświęcony na robienie, poza tym jego niezwykłość może się nie spodobać dziecku, które chce mieć "taki jak ze sklepu".
3. Kupić zwykły kalendarz i podmienić czekoladki na cukieraski dozwolone albo suszone owoce, czy inne cuda, które nasz alergiczny maluszek może jeść. Nieocenionią zaletą jest to, że robi się go błyskawicznie i łatwo oraz że jest "taki jak ze sklepu" - no bo jest ze sklepu. Polecam tę metodę, niekłopotliwą i satysfakcjonującą dla każdej ze stron.
Jak to zrobić - krok po kroku:

  • Kupić pudełko, które da się otworzyć na krawędzi.
  • Zdjąć folię.
  • Otworzyć pudełko.
  • Wyjąć plastikową tackę.
  • Powyjmować czekoladki.
  • W miejsca po czekoladkach powkładać dozwolone słodycze.
  • Wsunąć tackę z powrotem do pudełka, oczywiście właściwą stroną do góry.
  • Zamknąć.
  • Dać dziecięciu.

Łatwe, prawda? No, to do dzieła!

środa, 22 listopada 2017

najlepsza sałatka z buraków


Jeden z ostatnich przepisów wydartych stareńkim stronicom archikukbuka. Prosta rzecz, bardzo smaczna i wciągana z przyjemnością nawet przez tych, którzy nie przepadają za buraczkami na ciepło. Mój smak dzieciństwa. W wersji bardziej nowoczesnej posypana prażonymi ziarnami. Sałatka ta jest słodko-kwaśna, dlatego fajnie się komponuje z mięsem głęboko przyprawionym, na przykład z karbonadą. Jednak jeśli składniki pokroimy w większą kostkę, możemy tę sałatkę potraktować kolacyjnie, z pajdą dobrego chleba i awokado na przykład. Sama nie wiem, dlaczego ta sałatka utknęła w archikukbuku...
Należy posiadać:

3-4 buraki
2 ogórki kiszone
niedużą cebulę
sporą szczyptę cukru
sól i pieprz do smaku
1-2 łyżki oleju lub oliwy
do posypania - prażone pestki słonecznika lub dyni

Buraki oczyścić, ugotować lub upiec, ostudzić i obrać. Buraki i ogórki zetrzeć na tarce o grubych oczkach, wymieszać z pokrojoną w drobną kosteczkę cebulą oraz tłuszczem, doprawić i odstawić na minimum 15 minut do "przegryzienia". Tuż przed podaniem posypać prażonymi pestkami.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Ballarini - KONKURS i test oraz jesienny gulasz


Bardzo lubię markę Ballarini, więc propozycja przetestowania patelni, którą właśnie miałam kupić, była dla mnie niczym prezent. Testowałam "merca" wśród patelni, czyli tytanową patelnię Taormina. Taormina nadaje się do wszystkich typów kuchenek, także do indukcyjnych - ma specjalny spód. Doskonale wyważona, lekka (jak na swą jakość) a zarazem solidna, fajny design - słowem: spodobała mi się od pierwszego wejrzenia. Poczęłam testować. Rzeczywiście równo się nagrzewa, cudownie przysmaża, nie przywiera i nie wymaga tłuszczu. Ja jednak tłuszcz daję, choć niewiele, bo to nośnik smaku. Nie mam żadnych oporów, żeby "poteflonić" - używam z Taorminą metalowych akcesoriów i nie zauważyłam, żeby szkodziły. Odważyłam się też umyć ją w zmywarce - sporo nerwów mnie to kosztowało, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Ale jak test to test. Bardzo do mnie przemawia także fakt, że Taorminę mogę używać w piekarniku, i to aż do 200 stopni. W ogóle ta patelnia do mnie przemawia. Nie ma PFOA ani innych niepożądanych składników, łatwo się czyści, jest bardzo wygodna, super się na niej przygotowuje potrawy, jest ładna i ma... piękne imię. Pokochałam ją i pieszczotliwie wołam Minką. Po szczegółowe informacje na jej temat odsyłam was na stronę Ballarini, bo od siebie mam tylko jedno do powiedzenia: świetna, po prostu świetna. Polecam ją z czystym sumieniem!


Przy okazji testu i konkursu pokażę wam, co na niej upichciłam. To danie jednogarnkowe, pyszny, rozgrzewający i aromatyczny gulasz w stylu fit - jesienne warzywa i delikatna polędwica, którym wyraz nadają nasze przyprawy, podkręcone odrobiną orientu. Prawie bez tłuszczu - mógłby być w ogóle bez tłuszczu, bo z Taorminą to możliwe, ale ja uważam, że troszkę go jednak powinno być. Obejrzyjcie przepis, a potem zobaczcie, jaki konkurs przygotowałam dla Was z Ballarinim!



Jesienny gulasz z brukselką - na porcję dla 2 głodnych osób weźmy:

małą polędwicę wieprzową
ok. 200 g dyni
4 pieczarki
3 średnie kartofle
dwie garści brukselki
2 ząbki czosnku
małą czerwoną cebulę
gruby plaster naturalnie wędzonej szynki
100 ml ciemnego piwa
łyżeczkę ulubionej musztardy
łyżeczkę wędzonej papryki
po sporej szczypcie cynamonu i imbiru
goździk
liść laurowy i ziele angielskie
chili - według upodobań
sól i pieprz do smaku
2 łyżeczki oleju lub masła klarowanego

Mięso, ziemniaki i dynię pokroić w niedużą kostkę, pieczarki na kawałki, brukselkę na połówki - wszystkie składniki powinny mieć zbliżoną wielkość. Cebulę i szynkę pokroić w małą kosteczkę. Rozgrzać jedną łyżeczkę tłuszczu i podsmażyć warzywa. Posolić, wymieszać i zdjąć z patelni. Rozgrzać drugą łyżeczkę tłuszczu i podsmażyć na nim mięso z szynką, cebulą i czosnkiem. Doprawić, podlać piwem, dodać musztardę i dusić pod przykryciem ok. 15 minut. Następnie dodać podsmażone warzywa i wszystko razem dusić na niedużym ogniu, od czasu do czasu mieszając, aż wszystkie składniki potrawy będą odpowiednio miękkie -zajmie to ok. 10 minut.

A teraz przejdźmy do konkursu!


Konkurs będzie bardzo łatwy, a można w nim będzie wygrać...
Głęboką patelnię granitową z dwoma uchwytami Ballarini LUCCA.

Mam garnek z tej linii, jest bardzo fajny, więc wierzcie mi, że nagroda znakomicie sprawdza się w kuchni!

Zadanie konkursowe

Odpowiedz na pytanie:

Jaką jesienną potrawę przygotujesz na patelni Ballarini Taormina dla swoich przyjaciół?

Forma wypowiedzi jest dowolna - możesz pochwalić się pomysłem, przepisem, zrobić to prozą lub wierszem, narysować komiks, rysunek, przysłać zdjęcie lub film. Wszystko zależy od Ciebie!

Na zgłoszenia czekam od dziś, czyli 13.11.2017 do 24.11.2017 do północy.
Zgłoszenia możecie zostawiać pod konkursowym postem, na FB - w komentarzach do wpisu o konursie lub przysłać na adres: smakołykialergika@wp.pl
Bardzo proszę o adres mailowy w komentarzu, żeby dało się skontaktować ze zwycięzcą.

Wyniki ogłoszę 25.11.2017 r. - na blogu w komentarzu do konkursowego wpisu oraz na smakołykowym FP na FB.

Wyborem zwycięzcy zajmę się ja, a wysyłką nagrody Ballarini.
Czym będę się kierować wybierając zwycięzcę? Kreatywnością czy smakowitością przepisu lub formy jego pokazania.

Serdecznie zapraszam Was do udziału w konkursie - wspaniała nagroda nie może się doczekać, by zamieszkać w jakiejś przytulnej kuchni! 

wtorek, 7 listopada 2017

polędwica w sosie śmietanowym z cebulą dla NieAlergika


W sosie śmietanowym wegańskim, rzecz jasna - jeśli jesteśmy bezmleczni z tej lub innej przyczyny. My już właściwie nie jesteśmy, zwłaszcza wtedy, gdy ćwierć szklanki krowiej śmietanki rozprasza się po garnku na kilka porcji dania, więc dolewam zwykłej trzydziestki. Tak przyrządzone mięcho jest jednym z ulubionych terNinatora. Na pierwszym miejscu nadal grillowany sznycel. No i git.
Należy mieć:

polędwicę wieprzową
małą cebulę
łyżkę musztardy sarepskiej
ząbek czosnku (roztarty) lub czosnek suszony
do posypania: sól, pieprz, tymianek, majeranek - niezbyt obficie
masło klarowane do smażenia
śmietankę zwykłą 30% lub wegańską - ok. 100 ml

Mięso pokroić na grube plastry, lekko rozgnieść je ręką, posypać przyprawami i odstawić na 30 minut. Przełożyć na drugą stronę, znów posypać przyprawami oraz posmarować musztardą, odstawić na pół godziny. Rozgrzać masło, smażyć mięso najpierw od strony musztardy, przekręcić, dodać drobno posiekaną cebulę. Jak się wszystko usmaży, podlać wodą i dusić powoli pod przykryciem ok. 35 minut, a następnie wlać śmietankę i jeszcze kilka minut pogotować. Podawać z ulubionymi dodatkami, np. pieczonymi ziemniakami i surówką coleslaw etc.

niedziela, 29 października 2017

galaretka mózg na Halloween


Na chińskim portalu sprzedażowym nabyłam formę do robienia halloweenowych słodyczy - miał być mózg, ale coś chyba braciom z Państwa Środka nie wyszło, i galareta wygląda trochę jak mózg, a trochę jak wątroba. To nic, to może nawet lepiej, biorąc pod uwagę specyfikę halloweenowych przysmaków. Galaretę zrobiłam na zwyczajnej galaretce z proszku, truskawkowej, ale z pewnością można ją zrobić z soku i agaru. Polecam dodanie odrobiny wegańskiego mleka, bo wtedy efekt jest bardziej naturalistyczny. Na zdjęciu jest tylko pół mózgu, bo drugie pół tężało w lodówce, a nie chciało mi się czekać. Bo z lepieniem połówek jest trochę roboty, niestety. Inne przepisy tego typu znajdziecie w poście "Przepisy na Halloween", a inspiracje w "Menu na Halloween".
Należy mieć:

2 x 350 ml wrzątku
2 x 50 ml roślinnego mleka
2 opakowania galaretki - najlepiej różowej lub fioletowej
do "krwawej" dekoracji - 2-3 łyżki soku z malin

Rozpuścić zawartość jedenej torebki galaretki w 350 ml wody, a następnie wymieszać z 50 ml "mleka". Wlać do formy w kształcie półmózgu. Gdy stężeje wyjąć, a do formy wlać drugą porcję galaretki, przyrządząną tak, jak poprzednią. Gdy druga porcja stężeje, wyjąć ją z formy, posmarować miejsce, którym połówki będą złącząne mocno posłodzonym wrzątkiem i połączyć, kładąc jedną na drugą. Gdy połówki się połączą, wyłożyć do miski, polać sokiem z malin i podawać.

piątek, 20 października 2017

pełnoziarniste risotto z dynią


Łagodne, lekko słodkie i... lekkostrawne, znaczy się - idealne dla dzieci. Ja robię je na pełnoziarnistym ryżu bio, co powoduje, że pewnie nie jest już tak lekkostrawne jak te na oczyszczonym, ale za to jest zdrowsze. Mamy tu jednak pewien haczyk a propos pełnoziarnistości. Chciałam przypomnieć, że często bywa, że biały ryż nie uczula, a ten z resztką skorupki owszem. Przepytana na niniejszą okoliczność nasza kochana alergolog rzekła, że powodem jest to, że alergeny ryżu znajdują się właśnie głównie w osłonce. Dyniowe risotto jest fajną opcją na ciepłą kolację lub szybki obiadek - wtedy może być dodatkiem do mięsa i surówki lub gotowanych warzyw. Moja wersja jest niezwykle niekoszerna, bo nie stoję nad garem, dolewając i mieszając, tylko ogarniam ryż ugotowany już wcześniej na al dente. Taki ze mnie leń.
Trzeba przygotować:

2/3 szklanki ryżu
szklankę startej na grubych oczkach dyni
małą cebulkę
sól, pieprz i odrobinę gałki muszkatołowej do smaku
ok. 1/2 szklanki bulionu lub wody
2-3 łyżki klarowanego masła lub innego tłuszczu, np.kokosowego

Ryż ugotować al dente. Cebulę posiekać i zeszklić na tłuszczu, następnie dodać dynię i smażyć chwilę na wolnym ogniu. Następnie dodać ryż. Smażyć dalej na wolnym ogniu, często mieszając i stopniowo dolewając po odrobinie bulionu - w takiej ilości, by ryż mógł powoli "dojść", a dynia uzyskać odpowiednią miękkość i wtedy, gdy składniki wchłoną poprzednią porcję płynu - przez ok. 10 minut. Doprawić, wymieszać i podawać. Osoby nieuczulone mogą posypać risotto parmezanem i szałwią.

piątek, 13 października 2017

sałatka poznańska


Nie będę nikogo oszukiwać - sałatka ta ma nieszczególnie elegancki wygląd, więc to się nawet dobrze składa, że jest z archikukbuka, czyli bez zdjęcia. Prawdę mówiąc, wygląda jak rzygi. Ale jej smak wart jest przymknięcia oka na walory estetyczne. Update: na fb jest jej zdjęcie (w komentarzu), bo jedna z fanek mnie zmusiła, he he... Przepis jest nie wiem skąd, sałatkę taką moja mama robiła sobie późną jesienią z resztek - wczorajszych ziemniaków, zbyt miękkiego pomidora, ostatniego w słoju ogórka. Nazwa też nie wiem skąd się wzięła - być może oddaje poznański zmysł oszczędnościowy, a może chodzi o pyry - nie wiem. W każdym razie, jako że "październik - miesiącem oszczędzania", jak mawia stare peerelowskie przysłowie, wszystko nam się ładnie składa. Sałatka ta jest pyszna, ale dzieci nie bardzo chciały ją jeść, więc może od razu polecę ją bardziej dla matek karmiących. Jeśli jest uczulenie na pomidory - trudno, pomińcie, też będzie dobra, zwłaszcza, jeśli pomidora zastąpimy jakąś podsmażoną, smaczną kiełbaską.
Poszukajmy w lodówce resztek - w mniej/więcej równych proporcjach:

ugotowanych ziemniaków
cebuli*
ogórków kiszonych
pomidorów
tłuszczu do smażenia (smalec, olej, olej kokosowy) - niezbyt dużo
oraz weźmy:
sól i pieprz do smaku

Pomidory sparzyć i obrać ze skóry. Jeśli robimy z kiełbasą: pokroić kawałek na półplasterki i podsmażyć na smalcu. Rozgrzać tłuszcz. Wrzucić pokrojoną w kostkę cebulę i zeszklić na wolnym ogniu - zajmie to ok. 5 minut. Dodać lekko rozgniecione kartofle, podsmażać dalej przez kilka minut, a następnie wrzucić pokrojonego w kostkę ogórka i pomidora. Doprawić do smaku i podsmażac jeszcze kilka chwil, często mieszając.

*bardzo smaczna jest ta potrawa z czerwoną cebulą

piątek, 6 października 2017

najlepsze ciasto drożdżowe ze śliwkami dla NieAlergika


Wybaczcie fotę, ale mogłam ją robić jedynie na cito, więc jest... jaka jest. Głównymi atutami ciasta są:
1. cudownie chrupiąca cynamonowa posypka; 2. aromatyczne śliwki węgierki (kupione przez małżonka w eleganckich delikatesach, czyli "cena ma znaczenie") i 3. niebiańska puszystość. Jeśli chcemy mieć ciasto drożdżowe ze śliwkami ze wszystkimi trzema głównymi atutami, musimy uzbroić się w cierpliwość, by pozwolić mu porządnie wyrosnąć. Ilość śliwek jest natomiast sprawą indywidualną - jeden lubi większe wyspy chrupkości, inny mniejsze, więc dopasujcie sobie tak, jak lubicie najbardziej.
Przygotujmy (na większą blachę, ok. 30x35 cm):

600 g mąki
5 żółtek
200 g cukru
120 g masła
ok. 3/4 szklanki lekko ciepłego mleka
60 g świeżych drożdży
szczyptę soli
łyżkę cukru wanilinowego*
sporą garść rodzynków
2 pełne łyżki posiekanej skórki pomarańczowej
na wierzch:
2-3 garści śliwek węgierek
2 pełne łyżki roztopionego masła
100 ml cukru trzcinowego
pełna łyżeczka cynamonu

Drożdże wkruszyć do mleka, dodać po łyżeczce cukru oraz mąki, wymieszać i odstawić rozczyn w ciepłe miejsce, by "ruszył". Żółtka zmiksować z cukrami - masa powinna zbieleć, być puszysta i zgęstnieć. Do masy żółtkowej wlać rozczyn, dodać mąkę oraz sól i wyrabiać mikserem z hakami do ciasta, aż masa będzie jednolita i zacznie odstawać od ścianek miski. Dodać roztopione masło, jeszcze chwilę miksować, dodać bakalie, wmiksować i odstawić ciasto w ciepłe miejsce, aż podwoi objętość. Śliwki umyć, przekroić na połówki, wypestkować. Cukier trzcinowy wymieszać z cynamonem. Formę wysmarować masłem. Wyrośnięte ciasto przełożyć do blachy, wyrównać i odstawić w ciepłe miejsce. Gdy podwoi objętość, posmarować wierzch roztopionym masłem, ułożyć śliwki skórką do dołu i równomiernie posypać placek cukrem wymieszanym z cynamonem. Ciasto wstawić do nagrzanego do 150 stopni piekarnika z termoobiegiem i piec ok. 35 minut.

* no niestety, zabrakło prawdziwej wanilii, a już rozczyn się burzył i nie było czasu lecieć do sklepu - ale przyznam, że całkiem w smaku ok

piątek, 29 września 2017

bezglutenowe kruche babeczki


To już naprawdę jedna z najostatniejszych wygrzebek z archikukbuka. Bezglutenowe ciasto kruche bez jajek, mleka, masła - słowem: jak to wtedy bywało. Ciastem tym można wylepić formy na minibabeczki i upiec, a potem wypełnić je masą budyniową, albo po prostu rozwałkować na ciasteczka i upiec.
Trzeba mieć:

100 g mixu C (lub innego bezglutenowego)
75 g wegańskiej margaryny lub klarowanego masła
30 g cukru pudru
łyżkę preparatu mlekozastępczego
płaską łyżeczkę proszku do pieczenia
pełną łyżeczkę mąki ziemniaczanej
1/2 łyżeczki cukru z wanilią
lodowatą wodę

Z podanych składników wyrobić ciasto dodając tyle wody, by ciasto było zwarte i wylepić nim formę do minibabeczek. Do piekarnika wstawić naczynie z wodą - na spód. Piekarnik (z termoobiegiem) rozgrzać do 175 stopni, wstawić ciastka i piec 15-20 minut. Po wystudzeniu napełniać ulubionym nadzieniem: dżemem, kremem budyniowym etc.

piątek, 22 września 2017

pyszne i szybkie ciasto ze śliwkami dla NieAlergika


Nieciekawy przepis, genialnie pyszne ciasto. Takie rzeczy się dzieją, jak ktoś ma do ciebie wpaść w niedzielę, a okazuje się, że będzie za godzinę. A w ogóle to jest sobota. Okiem wariata rzucasz w listę linków, bo masz śliwki, a coś kojarzysz, że w docu "do zrobienia" masz linka do przepisu, który wydał ci się wporzo i był ze śliwkami. Znajdujesz, wnikasz i... przepis wydaje ci się jakiś taki nijaki i słaby. Dobra tam, jest za to szybki, więc sypiesz składniki jak popadnie, nawet dobrze nie odmierzasz, w końcu kuchnia to nie apteka. Dokładasz swoje pięć groszy. Nie wkładasz, lecz wręcz wrzucasz do piekarnika, i pędzisz się trochę ogarnąć. Dzwonek do furtki i sygnał piekarnika dźwięczą jednocześnie. Jeden zero dla mnie. Podczas wylewnych powitań ciasto ma chwilkę żeby wystygnąć (oraz być szybko i byle jak sfotografowanym). Ląduje na stole, kroją go - brzmi jak scena z dra House'a, co nie? Jedzą. O, to brzmi jeszcze lepiej, he he. I wtedy okazuje się, że ten żałosny placuszek, w którym śliwki się potopiły, jest jednym z najlepszych śliwkowych placków, jakie jadłaś. Goście w siódmym niebie. Znika w minutę, choć wcale nie był taki mały, a gości tylko dwójka: wujek i żona wujka. Na poezję mi się zebrało, bo wierzcie mi - poezja smaku. Nie patrzcie na mizerię i nijakość podanych poniżej składników. Wychodzi z tego pyszne ciasto, delikatne i zarazem chrupiące, lekko wilgotne, a jednak lekkie jak chmurka. Przeogromna szkoda, że nie dla alergika...
W oryginalnym przepisie było chyba coś o tym, że ciasto to jest jeszcze lepsze jak postoi kilka dni, ale u nas niestety nie miało na to szans, a na ciepło było świetne.
Należy mieć (na większą tortownicę):

180-190 g cukru
130 g mąki
120 g masła lub margaryny
2 jajka
pełną łyżeczkę proszku do pieczenia - 5 g
szczyptę soli
dobre śliwki - kilkanaście, ilość w zależności od ich wielkości
łyżeczkę cynamonu
łyżeczkę cukru wanilinowego*
3-4 łyżki cukru trzcinowego**

Śliwki umyć, przepołowić, wypestkować i odstawić, by obeschły. Właczyć piekarnik (termoobieg) na 175 stopni. W tym czasie masło utrzeć z cukrami - masa powinna być jasna. Dodać sól, jajka i ucierać dalej. Jak to przy cieście ucieranym, po dodaniu jajek ciasto może wyglądać na zwarzone, ale oczywiście nie zwracamy na to uwagi. Dodać mąkę z proszkiem i ucierać jeszcze przez chwilę, aż masa będzie jednolita. Przełożyć ją do natłuszczonej i posypanej tartą bułką tortownicy, wyrównać. Na cieście poukładać śliwki, skórką do góry, posypać je cynamonem i cukrem trzcinowym - cukru można dać mniej, jeśli śliwki są słodkie, ale odradzam całkowite poniechanie tej czynności. Wstawić do nagrzanego piekarnika (przez pierwsze 5 minut można pieć z dolnym dogrzewaniem) i piec ok. 35-40 minut. Sprawdzić, czy się upiekło, wbijając w środek ciasta patyczek. 

*nie miałam czasu na skrobanie laski wanilii
**prawdę powiedziawszy, nie mam pojęcia, ile wsypałam, ale coś tak +/-

piątek, 15 września 2017

kapusta kiszona


Za kiszenie kapusty długo nie odważyłam się zabrać. Ale się odważyłam, bo prawdę powiedziawszy, kto tam wie, co ma w sobie kapusta kiszona, a może właściwie kapusta kwaszona. Zapytałam taty, jak się kisi kapustę. Byłam pewna, że coś kojarzy, bo jego mama kapustę sama kisiła. Pamiętał, że szatkowała, mieszała z solą i tartą marchwią i ubijała ustrojstwem drewnianym co ma kulę na czubku. Okazało się, że dysponuję niniejszym narzędziem, i że owo narzędzie ma już chyba wartość muzealną. No to zrobiłam. Pycha. Na razie dwa słoiki, bo na próbę, ale już teraz, tak jak ogórki, kapustę będę sobie sama kisić, bo to żadna filozofia. Ważne jest odgazowywanie - jak pozbawimy kapuchę powietrza, to nam się podczas kiszenia na pewno nie zepsuje. Warto też się postarać o kapustę z pewnego źródła, oczywiście.
Weźmy:

kilogram kapusty (robię z młodej, jest delikatniejsza)
2 nieduże marchewki
pełną łyżkę soli (morskiej, himalajskiej etc. - nie jodowanej!)
opcjonalnie: sporą szczyptę kminku

Kapustę posiekać, marchew zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Warzywa wymieszać z solą (i ewentualnie kminkiem) i odstawić na ok. 2 godziny. Po tym czasie ubić wyparzonym drewnianym ustrojstwem z kulą na czubku. Odstawiamy na godzinę i znów ubijamy. Czynność powtarzamy do momentu, aż kapusta puści sok. Przygotowujemy naczynia, w których będziemy kisić kapustę (ja robię w kilku mniejszych słoikach, żeby mieć na obiad/dwa). Naczynia wyprażamy przez 10 minut w piekarniku rozgrzanym do 100 stopni. Gdy słoiki wystygną, układamy w nich, mocno dociskając, kapustę z sokiem. Przykrywamy słoiki i obciążamy, a następnie ustawiamy na tacy, ponieważ sok z kiszącej się kapusty może "wykipieć". Słoiki przenosimy w ciepłe miejsce. Dwa razy na dobę, najlepiej rano i wieczorem, odgazowujemy kapustę: nakłuwamy wyparzonym drewnianym patyczkiem, np. pałeczką bambusową do sushi i ugniatamy - do momentu, aż odgazowywanie nie będzie już konieczne. Po 3-5 dniach kapusta powinna być gotowa. Zamykamy dokładnie słoiki i przechowujemy w chłodnym miejscu lub zużywamy od razu.

piątek, 8 września 2017

irlandzki gulasz z Guinnessem i kawą


Gulasz na piwie nie jest może potrawą stricte letnią, ale tylko dopóty, dopóki nie zorientujemy się, jak jest, wbrew pozorom, niepracochłonny. Wystarczy wszystko powrzucać do gara i można iść się opalać. Wrócić, dorzucić, zamieszać i znów iść się opalać, a gulasz robi się sam. Fajowo, co? Przepisów na gulasz irlandzki jest w sieci sporo, ale mnie się spodobał ten, bo miał dodatek kawowy, więc był mi inspiracją. Matka Smakołyk nie jest szczególnie browarna, ale tylko wówczas, gdy w grę nie wchodzi ciemne piwo, więc niewyduldanie ginesa przed dodaniem go do potrawy uważam za swój niebywały sukces i wyraz nad wyraz silnej woli.
Miejmy:

1-1,5 kg wołowiny
butelkę Guinnessa*
ok. 100-200 ml bulionu**
100 ml mocnego naparu kawy
6 plastrów bekonu
4 kartofle
3 łyżki przecieru pomidorowego
3 ząbki czosnku
3 marchewki
2 łodygi selera naciowego
2 cebule
2 suszone śliwki
2 liście laurowe
2 pełne łyżki mąki
2 łyżki oliwy
pełną łyżkę masła
łyżeczkę suszonego tymianku
sól i pieprz
szczyptę chili

Mięso pokroić w kostkę (takiej wielkości, jaką lubicie) obtoczyć w mące. Masło i oliwę rozgrzać, wrzucać partiami mięso i podsmażać ze wszystkich stron, usmażoną partię przekładając do miski. Na tym samym tłuszczu, na mniejszym ogniu podsmażać przez 3-4 minuty posiekaną cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodać pokrojony w małe kawałki bekon i smażyć, aż się przyrumieni. Teraz dodać przecier, chwilę przesmażać, wrzucić mięso, wymieszać, zalać piwem, a gdy się spieni, dodać kawę, bulion, pokrojoną w grube plasterki marchew, pokrojonego w skośne plastry selera, liście laurowe, sól, pieprz, chili oraz tymianek. Płynu należy dolać tyle, by niemal pokrył składniki. Wymieszać, przykryć i gotować na bardzo małym ogniu do momentu, aż mięso będzie już prawie miękkie (w zależności od rodzaju wołowiny, może to zając nawet 2 godziny). Wtedy dodać obrane i pokrojone w ćwiartki ziemniaki oraz pokrojone w mniejsze kawałki śliwki i gotować ok. 30 minut. Jeśli sosu jest zbyt dużo, potrawę odparować.

*powinno to być ok 400 ml
**ja nie miałam, zrobiłam na wodzie i też wyszło git

czwartek, 31 sierpnia 2017

bezglutenowe ryżowe sajgonki z bananami


Papier ryżowy był naszym wielkim ratunkiem w czasach, gdy Potomek Męski był uczulony "na wszystko". Różne rzeczy do owego papieru pakowałam, czyniąc sajgonki w kształcie naszych tradycyjnych naleśników. Czasem, tak jak w tym archikukbukowym przepisie, mogłam zawinąć papier ryżowy zgodnie ze sztuką, że tak powiem. Sajgonki te były smaczne, słodkie naturalną słodkością, polewałam je melasą z buraków i dziecię jadło ze smakiem. Banany raczej rzadko uczulają, bardziej bałabym się tego papieru ryżowego. Polecam to sycące, smaczne danko, w końcu banany są zdrowe, prawda?
Należy mieć:

papier ryżowy (większe arkusze)*
małe, dojrzałe banany
ewentualnie: nieco muscovado
do polania: dozwolony syrop lub melasę

Papier ryżowy położyć na talerzu, posmarować z obu stron mokrą dłonią i odłożyć na chwilę. Gdy zmięknie, przełożyć go na drewnianą deskę i zostawić, by ewentualny nadmiar wilgoci wyparował - arkusz powinien być sprężysty, nie może być rozmoczony, ani twardy. Banana obrać, odciąć końcówki, położyć na środek papieru i zawinąć jak klasyczną sajgonkę. Jeśli chcemy, by farsz był słodszy, obranego banana należy obtoczyć w muscovado. Smażyć z obu stron na rozgrzanym oleju - warstwa oleju powinna mieć ok. 2 cm. Osączać na ręczniku kuchennym i podawać polane dozwolonym syropem lub posłodzoną do smaku śmietanką roślinną.

*na mniejszego alergika wystarczy jeden arkusz i jeden banan, na większego radzę wziąć na miarę apetytu

sobota, 26 sierpnia 2017

arabski kociołek


Znowu trafia się nam zdjęcie z komórki. Coraz mniej czasu mogę poświęcić blogowi, a nawet rozmyślam o przerwie w jego prowadzeniu, bo naprawdę nie wyrabiam. Wybaczcie więc, jeśli wpisy będą się ukazywać tylko od czasu do czasu, albo nic się nie będzie działo przez jakiś czas.
Dawno dawno temu, wpadłam na błyskawiczne zakupy do dyskontu na "l" i przy okazji nabyłam jakieś bliskowschodnie przyprawy. Poleżały sobie i poczekały na... porządki w lodówce. Ze znalezionych w szale sprzątania wiktuałów do natychmiastowego zużycia zrobiłam fitpotrawkę, bardzo udany śmietniczek, pełen błonnika, a może nawet i z niedobitkami witamin, bo warzywa do tej potrawki robi się na al dente. Bardzo dobre.
Należy mieć:

2 papryki
batata
cebulę
selera naciowego (ok. 8 łodyg)
1/2 szklanki suchej ciecierzycy
pomidora
łyżkę przecieru pomidorowego
3 ząbki czosnku
sól, ras el hanout i przyprawa do tajine - do smaku
opcjonalnie - do smaku odrobina harissy
4 łyżki oliwy

Ciecierzycę namoczyć przez noc, wlać świeżą wodę i ugotować do miękkości. Batata obrać i pokroić w kostkę, seler naciowy oraz paprykę umyć, oczyścić i również pokroić. Rozgrzać 2 łyżki oliwy, wrzucić batata, powoli smażyć go ok. 5 minut, a następnie dorzucić paprykę oraz selera i dalej powoli smażyć, aż warzywa trochę zmiękną. Przełożyć do garnka, a na patelni rozgrzać kolejne 2 łyżki oliwy i równie powoli zeszklić na niej grubo posiekaną cebulę. Gdy zmięknie, dodać przeciśnięty czosnek oraz przyprawy, przesmażać chwilkę, dodać pokrojonego pomidora bez skórki oraz przecier i wszystko razem dusić 5 minut. Dodać do garnka z warzywami, zalać wodą lub bulionem, wsypać ugotowaną ciecierzycę i zagotować. Ewentualnie jeszcze doprawić do smaku.

  Warzywa psiankowate 2017

niedziela, 20 sierpnia 2017

kotlety z cukinii - cukinia panierowana dla NieAlergika


Tatuś mój miał w biurze projektowym kolegę, który - mimo ciężkich czasów - codziennie do pracy przynosił kanapkę ze schabowym. Wszyscy młodzi inżynierowie rozszerzali tęsknie nozdrza i oczy, ale kolega był jakiś niekoleżeński czy coś, nigdy się nie chciał podzielić, i w ogóle jadł te kanapki, jakby był strażnikiem jakiejś wielkiej tajemnicy - dumnie i nie nazbyt dyskretnie. Codzienny schabowy w czasach wszelkiego niedostatku musiał budzić podejrzenia, zwłaszcza, że kolega nie wyglądał na syna badylarzy. Raz trafiła się okazja, żeby sprawdzić, co to za kotlet. Schabojad nierozważnie porzucił kanapkę w trakcie jej spożywania, bo ktoś z innej pracowni krzyknął mu, że kierownik go woła, hehehehehe. I okazało się, że to panierowany kotlet ziemniaczany. Albo panierowany plasterek podłej mortadeli. Pamięć zawodzi. No, ale w każdym razie serca młodych inżynierów ukoiły się, rozumiecie. Kotlety z cukinii też można pomylić ze schabowym. I też można jeść z dumą, a przede wszystkim na zdrowie. To jest od jakiegoś pół roku hit u nas w domu, a szczególnym uczuciem obdarzył kotlety z cukinii nikt inny, jak mój szanowny tatuś.
Mieć trzeba:

cukinię - najlepsza jest taka bez pestek
sól, pieprz, słodka papryka, czosnek granulowany i oregano/majeranek*
jajko
mąkę (używam orikoszowej)
bułkę tartą
sezam niełuskany
olej kokosowy do smażenia

Cukinię obrać, pokroić na plastry o grubości centymetra. Posypać pieprzem, granulowanym czosnkiem, słodką papryką i oregano/majrankiem - dość obficie. Odstawić na godzinę. Na 2-3 minuty przed panierowaniem i smażeniem posolić (lub panierowane kotlety solić po położeniu na patelnię, z obu stron, drugą stronę po przerzuceniu). Przygotować trzy talerzyki: do jednego wsypać mąkę, w drugim roztrzepać jajko, a w trzecim wymieszać bułkę tartą z niełuskanym sezamem w proporcji 3:1.
Plastry cukini panierować w jajku, mące, znowu jajku i bułce z sezamem. Kłaść na rozgrzany olej, przyciszać gaz i na niezbyt silnym ogniu smażyć na złoto z obu stron.

*taki zestaw przypraw pasuje nam, ale możecie doprawić czym lubicie

niedziela, 13 sierpnia 2017

sorbet bez cukru z pieczonych owoców


Alergicy to często mają tak, że na surowe owoce reagują, a na obrobione termicznie nie. To oznacza, że nawet sorbetów sobie nie mogą polizać. Chyba, że zrobimy sorbet z upieczonych wcześniej owoców. Ten jakże przedni pomysł ma też tę zaletę, że pieczone owoce stają się naturalnie słodsze, więc możemy do tych lodów nie użyć cukru, a jak nam jednak będzie za mało słodko, to dosłodzimy syropem klonowym czy melasą i będzie git.
Weźmy:

dozwolone owoce - mogą być różne lub jednego rodzaju (u nas maliny i truskawki)
woda kokosowa lub mineralna*
ewentualnie do smaku syrop klonowy, melasa etc.

Owoce oczyścić i ułożyć w naczyniu do zapiekania. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (termoobieg) i zapiekać, aż owoce puszczą sok i nieco zmiękną. Wystudzić. Zawartość naczynia (owoce i ewentualny sok) przełożyć do blendera i zmiksować. Masa powinna być raczej zwarta, ale jeśli rodzaj owoców wymusi rozcieńczenie, należy dodawać po odrobinie wody kokosowej do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Ewentualnie dodać nieco melasy, wymieszać i zamrozić w maszynie do lodów lub foremkach.

*polecam kokosową, fajnie się na niej robi lody

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

słodkie szaszłyki na grill


Najsampierw wybaczta fotę - nie jest łatwo obsługiwać grillantów, więc jak już znalazłam chwilkę, to mogłam tylko pyknąć to, co zostało, a został akurat szaszłyk bez owoców, a na dodatek musiałam to zrobić fonem, bo jeno taką posiadałam możliwość. A teraz pytanie. Kto nie lubi sobie posiedzieć przy grillu? Dzieci, ha ha! Te muszą sobie polatać, i tylko przybiegają coś przekąsić od czasu do czasu. Co innego, gdy na grill wjedzie coś deserowego, np. właśnie rzeczone słodkie szaszłyki z owoców i pianek. Wtedy nagle wokół tego niebezpiecznego urządzenia, które parzy i dymi, zbiera się ciasny krąg, na całym obwodzie zgodnie łakomym wzrokiem podobny. No cóż, tak zupełnie zdrowy deser to to nie jest, ale wmówmy sobie, że te owoce zrównoważą te pianki i bilans wyjdzie na zero. Szaszłyki można położyć bezpośrednio na ruszcie, ale ponieważ opary grillowe są ponoć niezdrowe, to trzymajmy krótko, albo grillujmy na tacce. Takie szaszłyki dadzą się też podpalić przy ognisku, z tym że pianki mają większą tendencję do przypalenia się. Może to i dobrze? Spalone pianki wszak należy wyrzucić, a niespalone owoce spożyć, prawda?
PS. Chcąc usłyszeć piski megazachwytu, musimy do tych szaszłyków podać polewę karobową.
Mieć trzeba:

patyczki do szaszłyków
pianki marshmallows
owoce (większe pokrojone w mniejsze kawałki): truskawki, gruszki, melon, banany, jabłka, czereśnie, winogrona etc.*

Na patyczki nadziewać na zmianę owoce i pianki. Kłaść na grill, na bardzo krótko, pilnując, by pianki się nie spaliły. Gdy pianki się zrumienią, przełożyć na drugą stronę. Przed podaniem wystudzić.

*nie wszystkie owoce nadają się na grill, muszą to być owoce z tych twardszych, dających się nadziać na patyczek

sobota, 29 lipca 2017

bezglutenowy torcik cioci Noemi


Ciocia Noemi jest bardzo spoko i chyba lepiej niż ja potrafi radzić sobie z dietą. Kiedyś, podczas wakacyjnego wypadu, ciocia zrobiła nam imprezkę urodzinową na plaży. W menu był bardzo fajny, dobrze wyglądający i niezwykle łatwy do zrobienia "torcik". Taka raczej jakby panna cotta z owocową frużeliną. Natychmiast trafiła do kukbuka, teraz już archiwalnego, a dziś trafia na blog. Naprawdę minimal - dosłownie kilka składników, a efekt rewelka. Łatwo się kroi, świetnie wygląda i naprawdę dobrze smakuje.
Należy posiadać:

na masę:
szklankę kaszy kukurydzianej
wodę
do smaku - cukier, ksylitol etc.
na frużelinę:
500 g dozwolonych owoców (u cioci były wiśnie; można użyć mrożonych)
cukier - do smaku
2-3 łyżki wody
łyżkę mąki ziemniaczanej

Kaszę zalać wodą (2 szklanki) i powoli gotować, wciąż mieszając, aż masa stanie się w miarę gładka (niestety, może to zająć nawet pół godziny przy grubszej kaszce), dolewając wody, jeśli zajdzie taka potrzeba - masa powinna być gęsta. Dosłodzić do smaku i przelać do zwilżonego, trzymanego kilka minut w zamrażarce szklanego naczynia (np. misy). Odstawić do stężenia. Owoce umyć, ewentualnie wypestkować i większe pokroić na kawałki. Podlać wodą, zagotować z cukrem. Mąkę ziemniaczaną wymieszać z odrobiną zimnej wody, dodać do owców, jeszcze raz zagotować i odstawić do ostygnięcia. Tuż przed podaniem misę z masą kukurydzianą zanurzyć na chwilkę w gorącej wodzie, przykryć talerzem i obrócić, by masa "wyszła". Polać frużeliną i podawać.

poniedziałek, 24 lipca 2017

idealnie gładki dżem malinowy


Naród dzieli się na miłośników dżemów z wyraźnymi kawałkami owoców oraz miłośników słodkich mas idealnie gładkich, pozbawionych wszelkich pestek, skórek i kawałków. Do tej drugiej frakcji zazwyczaj zaliczają się małe dzieci. Można w sklepie dostać takie gładkie cuda, ale jednak co własny wyrób, to własny wyrób. Niniejszą metodą można zrobić dżem z każdych owoców, a także z cukinii dla tych, co żadnych owoców nie mogą. Wymaga nieco pracy, ale w sumie nie tyle, żeby opłacało się (przynajmniej mnie) korzystać z pulp kupnych. Niestety, zawsze się jakaś pesteczka zapodzieje, ale tak poza tym, wierzcie mi, dżem jest gładki. Ten na focie jest jeszcze ciepły, więc spływa z łyżeczki i zobaczcie, jak gładko sobie spływa.
Zatem weźmy:

dozwolone owoce w ilości dowolnej (u nas maliny)
cukier - do smaku lub wcale (jeśli ktoś nie chce go używać)

Maliny opłukać, przesypać do garnka podlać wodą i gotować, aż owoce się rozpadną. Powstałą pulpę przetrzeć przez sito (lub przecierakiem o małych oczkach), dokładnie wycierając nożem spód sitka, by uzyskać jak najwięcej owocowej pulpy. Postawić z powrotem na ogniu i gotować powoli, aż masa się zredukuje i zgęstnieje. Mieszać często i od czasu do czasu odszumować. Następnie ewentualnie dodać cukier do smaku i gotować jeszcze ok. 5 minut. Przełożyć do wyprażonych słoików i zakręcić (lub zamknąć w wekach).

poniedziałek, 17 lipca 2017

tort kawowo-rumowy dla NieAlergika


Całkiem sympatyczny, błyskawicznie się robiący tort z kremem bez jajek. Najlepszy jest - uwaga! - po 5 dniach stania w lodówce. Człowiek takim starym tortem powinien się struć, prawda? A się nie truje... Być może to dlatego, że krem nie zawiera jajek, a może dlatego, że torcina jest soliodnie nasączona alko. Nie wiem, ale co by nie gadać, tort jest bardzo dobry.
Trzeba dysponować:

na jasny biszkopt rzucany:
5 jajek L
3/4 szklanki cukru
2/3 szklanki mąki
na krem:
500 g mascarpone
duże opakowanie śmietanki 30%
7 łyżek demerary
3-4 łyżki dobrej kawy rozpuszczalnej
pół łyżeczki cukru wanilinowego
do nasączenia:
3/4 kubka mocnej kawy
1/4 kubka rumu
2 łyżeczki demerary

Biszkopt: rozdzielić żółtka od białek, te ostatnie ubić na sztywną pianę, pod koniec dodając po łyżce cukru, a następnie po żółtku i miksując na gładką masę. Mąkę dodawać stopniowo do masy jajecznej, najlepiej przesiewając i delikatnie mieszając. Ciasto wylać do tortownicy, której dno jest wyłożone papierem do pieczenia, a boki suche, nienatłuszczone. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni (z termoobiegiem) i piec ok. 35 minut. Jeszcze gorące ciasto upuścić na blat z w wysokości ok. pół metra, wstawić z powrotem do piekarnika i studzić przy otwartych drzwiczkach. Wystudzony biszkopt pokroić na trzy części. Krem: mascarpone chwilę miksować z demerarą i cukrem wanilinowym. Dodać kawę i chwilę miksować na niskich obrotach. Odstawić na kilka minut, by kawa i cukier się rozpuściły, a następnie znów krótko zmiksować, by masa była jednolita. Ubić śmietanę i stopniowo dodawać ją do mascarpone, delikatnie mieszając łopatką. Wymieszać składniki płynu do nasączania. Spodni blat nasączyć, przykryć warstwą kremu, nałożyć drugi blat i czynności powtarzać, pamiętając, by zachować nieco kremu do dekoracji. Górny blat także nasączyć, całość posmarować resztą kremu i udekorować. Przechowywać w lodówce.

wtorek, 11 lipca 2017

cukinia po chińsku


Błyskawiczne, bardzo smaczne danie z serii fit, bo bez węgli. Jak dodamy ryż, fit już nie będzie, ale za to pożądniej nasyci. Niestety, nie dla uczulonych na soję, bo doprawiane sojowym sosem. Warto je przed podaniem posypać prażonym, pełnoziarnistym sezamem. Najwygodniej danie zrobić w woku, ale ja robię je w głębokiej patelni i też smakuje.
Trzeba przygotować:

3 nieduże cukinie
10 pieczarek (same główki)
podwójną pierś kurczaka bio
2-3 łyżki sosu sojowego
3 łyżki oliwy
2 ząbki czosnku
szczyptę przyprawy 5 smaków
szczyptę cukru (trzcinowego, palmowego)
pieprz i ewentualnie sól do smaku

Cukinie pokroić w grube słupki, a oczyszczone pieczarki w grube plastry. Kurczaka pokroić w paski.
Rozgrzać oliwę, wrzucić cukinię, chwilę przesmażać, zmniejszyć ogień i smażyć powoli, aż się zrumieni i nieco zmięknie. Przełożyć do miski i w ten sam sposób przyrządzić pieczarki. Gotowe grzyby dorzucić do miski z cukinią. Teraz przesmażyć mięso - gdy zbieleje, dodać sos sojowy, pieprz, 5 smaków, cukier i roztarty czosnek. Przesmażać, mieszając, przez ok. 5 minut. Do mięsa dodać warzywa i wszystko razem przesmażać, podrzucając patelnią, przez jeszcze ok.3 minuty. Posypać sezamem i podawać, np. z ryżem.

środa, 5 lipca 2017

top 5 wegańskich lodów


Nie jestem wielką lodziarą z natury, ale do kręcenia lodów przez cały sezon zmuszają mnie dzieci, które - jak to dzieci - za lodami przepadają. Lodowych eksperymentów hipoalergicznych poczyniłam wiele, ich skutek był różny, a dziś przedstawiam 5 najlepszych przepisów. Najlepszych, znaczy takich, które nam najbardziej posmakowały. Mam nadzieję, że wam też przypadną do gustu. Ten top 5 pewnie będzie się zmieniał, ale stan na dziś jest jak poniżej.

środa, 28 czerwca 2017

tarta z kremem budyniowym i owocami dla NieAlergika


Bardzo przyjemny, letni deser. Im grubsza warstwa owoców, tym lepiej. Tarty zawsze przyjemnie mi się kojarzą. To pewnie dlatego, że z bliżej nieznanych przyczyn, często robię je z rana do popołudniowego grilla. A jak jest grill, to są goście, piwko, wyżerka i ogólnie rozrywkowa atmosfera. Czyli jest fajnie. I wszystko wybornie smakuje.
Przygotować musimy:

na ciasto:
200 g mąki
100 g masła
40 g cukru pudru
2 żółtka
na masę:
500 ml mleka
80 g cukru
50 g masła
2-3 żółtka
budyń waniliowy (bez cukru)
miąższ z 1/2 laski wanilii
mieszane owoce - jagody, maliny, borówki, truskawki, jeżyny etc. - 3-4 garści
galaretkę truskawkową rozpuszczoną w 350 ml wody

Owoce umyć i dobrze osuszyć. Wszystkie składniki ciasta wyrobić, uformować kulę i schłodzić przez pół godziny. W tym czasie przygotować krem budyniowy: cukier zmiksować z żótkami, dodać budyń, wymieszać mikserem. Zagotować mleko z rozciętą wanilią, skorupkę wyjąć. Gorące mleko wlewać do mieszanki żółtek z cukrem, cały czas miksując masę na niskich obrotach. Postawić na ogniu i wciąż mieszając, zagotować. Póki masa jest ciepła wmieszać pokrojone w kawałeczki masło, a następnie masę wystudzić. Wyjąć ciasto, rozwałkować dość cienko i wylepić nim dużą formę na tartę. Ponakłuwać, wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (termoobieg) i piec, aż ciasto się zrumieni - ok. 20 minut. Gdy wystygnie, wyłożyć na nie masę budyniową, a następnie owoce. Całość polać tężejącą galaretką i odstawić na kilka godzin w chłodne miejsce.

sobota, 24 czerwca 2017

marsz alergiczny


Alergia to taka zołza, że idzie z nami przez całe życie. Różnie się przy tym zachowuje, czasem zupełnie znika, czasem robi chujowe niespodzianki. To się fachowo nazywa marsz alergiczny. Jak już raz dochtory stwierdzą u nas alergię, to nie ma co liczyć, że nam minie. To nie katar. To znaczy katar też zazwyczaj, no ale wiecie, o co mi chodzi. Wszystko, co możemy zrobić, to tak postępować, by nasz marsz skończył się na katarze siennymi, a nie na przykład na astmie. Czasem się to udaje, czasem nie.
Dziecięciem byłam rumianym, co nawet dziwiło moich rodziców, że niemowlę po sepsie, a rozwija się jak, par excellence, malowane. Potem trochę zbladłam i zaczęłam chorować non stop. I non stop brać antybiotyki. Takie to były czasy, głębokie lata 70., kto tam wtedy się czymś takim jak alergia zajmował. Kaszel=antybiotyk. Jaka reakcja alergiczna? Infekcja przecież! Moja mamusia zrozumiała co się działo dopiero jak urodził się mój sporo młodszy brat. 10 lat w medycynie robi różnicę, oj robi. No, ale dla mnie i tak już było za późno. Wszystko mi się niby wyciszyło, ale na harcerskim rajdzie, podczas nocowania u chłopa na sianie ciężko się rozchorowałam, dusiłam się katarem i tak dalej. Nie muszę mówić, że jak tylko opuściłam gościnną stodołę, to natychmiast wyzdrowiałam? Potem znów było parę lat spokoju, do momentu, gdy w 17 wiośnie życia nażarłam się czereśni. I od tej pory już sobie czereśni, wisienek, jabłuszek, gruszeczek i innych brzoskwinek nie mogę pojeść, podobnie jak orzechów laskowych. Ale za to wokół 20 roku życia troszkę odpuściły mi pyłki - za to weszło uczulenie na psa. Dzięki ci za to, moja alergio! Choć wiem, że to nie koniec, bo jak pokazują ostatnie badania, wszystko jeszcze może się zdarzyć. Na przykład moja mam w 60. wiośnie życia uczuliła się na kota...
Syn mój był tak potwornie uczulony, że aby zapobiec astmie, latami ładowałam w niego antyhistaminy. Udało się, astma nie wystąpiła, skończyło się na katarze, a zmiany skórne wycofały się niemal do zera. I co? I okazało się ni w pięć, ni w dziewięć, że młody może się obżerać jajami i czekoladą, popijać to mlekiem i zagryzać orzeszkami ziemnymi, siedząc w nawet niezłym komforcie pod kwitnącą brzozą, ale mały orzeszek nerkowca może go zabić. A jabłka, marchew, seler i zielony groszek (surowe, oczywiście) powodują OAS. Ciekawe, co jeszcze okaże się alergenem. Ostatnio, jak był z klasą na zielonej szkole, zwiedzali hutę szkła. Jeremi stwierdził, że tak źle, jak w tej hucie to nie czuł się chyba nigdy. No dobra, za wyjątkiem pożarcia nerkowca. Co go tam uczulić mogło - nie wiem. Ale jak wypytam naszą alergolog, to zupdatuję niniejszy wpis.
Tyle wesołych historyjek. O tym, jak walczyć z marszem alergicznym musi ponformować was alergolog. Czasem, by marsz spowolnić wystarczy usunąć alergeny. Częściej nie jest to wystarczające i musimy się wspomagać farmakologią. Naprawdę uważam, że warto. Leki, które trzeba brać przy astmie to nic w porównaniu z łagodnymi antyhistaminkami. Do tego dieta, brud, częste podróże, trochę infekcji i będzie dobrze.
Mam też nadzieję, że te przysłowiowe już chyba 10 lat w medycynie do czegoś nas doprowadzi. Jak nie w przyszłej dziesięciolatce, to w następnych. Ja wiem, że różne są teorie spiskowe dotyczące koncernów farmaceutycznych, może nawet prawdziwe. Jednak póki co nie mamy wyboru, więc warto robić wszystko, co możemy, by nasz marsz posuwał się w żółwim tempie.

niedziela, 18 czerwca 2017

confitowany, orientalny kurczak z bok choyem


To było tak. Przyszedł do nas (w sensie że do firmy) catering z pokazem swoich możliwości. Udając osobę decyzyjną poszłam na degustację. Nakarmili przyzwoicie, ale szał nas ogarnął na punkcie jednego tylko dania. Były to czarne kawałki mięsa z pak choyem i jaśminowym ryżem. Ożesz, orgazm kulinarny. Sprytnie wzięłam kucharza na spytki i wypaplał. To znaczy z pewnością nie wypaplał wszystkiego, bo co to za kucharz, co zdradza wszystkie sekrety. Myślę, że zapomniał wspomnieć o szczypcie imbiru, na przykład. Ale co powiedział, to powiedział. A ja zrobiłam. Też poezja... Od razu wszystkich uczulonych na soję za niniejszy wpis bardzo przepraszam. To straszne, że nie możecie sobie takiego kurczaka zjeść, straszne...
Wzięłam więc, jak kucharz kazał:

500 g filetów z kurczaka
1/2 szklanki tłuszczu gęsiego i/lub kaczego*
niedużą czerwoną cebulę (nie miałam, to wzięłam zwykłą)
2-3 bok choye - małe
do duszenia kapustek - łyżkę masła klarowanego lub oleju
na marynatę:
1/3 szklanki ciemnego sos sojowego
1/2 łyżeczki ziaren pieprzu
2-3 całe ząbki czosnku
2 liście laurowe
2 ziela angielskie, cały czosnek - na 24 godziny
łyżeczkę cukru trzcinowego

Mięso umyć i pokroić na niezbyt małe kawałki. Składniki marynaty wymieszać, zalać nią mięso, przykryć i odstawić do lodówki na 24 godziny. Po tym czasie rozgrzać tłuszcz i wrzucić mięso wraz z marynatą. Gdy się obsmaży, zmniejszyć ogień i albo dusić po przykryciem na maleńkim ogniu, albo przełożyć do formy do zapiekania, przykryć i konfitować w 120 stopniach, aż mięso będzie miękkie. Pod koniec konfitowania dodać pokrojoną w pióra cebulę, natomiast wyjąć przyprawy. Pak choye umyć i pokroić na ćwiartki. Rozgrzać łyżkę masła klarowanego. Na rozgrzanym tłuszczu, na małym ogniu, blanszować kapustki, aż nieco zmiękną, a następnie posolić. Mięso podawać z pak choyem i ryżem jaśminowym posypane prażonym, pełnoziarnistym sezamem.

*od biedy można dać pół na pół olej i masło klarowane

środa, 14 czerwca 2017

zupa fasolowa z ciecierzycą


Zupa to bardzo wygodne w robocie danie. Wrzucasz co lubisz, przyprawiasz jak lubisz, łatwo odgrzać i tak dalej. Jak jest zimno to rozgrzeje, a jak ciepło, to zjesz chłodniejszą, a wciąż smaczną. Dziś zupa fasolowa z dedykacją dla uczulonych na ziemniaki, bo zamiast tych naszych bulw, dodałam topinambur. Przyprawiłam eklektycznie, trochę w stylu meksykańskim, a trochę, dzięki dodatkowi wędzonej papryki - węgiersko-portugalsko. Chyba...
Należy mieć:

pełną garść zielonej fasolki i topinambura
garść suchej ciecierzycy
2-3 łyżki pokrojonego jarmużu
2-3 łyżki oliwy
2 pomidory
2 ząbki czosnku
małą cebulę
bulion warzywny
do smaku: sól, pieprz, kumin, przyprawa do taco, papryka wędzona, chili

Soczewicę zalać wodą i moczyć przez całą noc. Zmienić wodę i ugotować ciecierzycę do miękkości. Fasolkę pokroić, topinambur oskrobać i pokroić w kawałki, pomidory obrać ze skórki i także pokroić. Cebulę posiekać, czosnek przepuścić przez praskę. Rozgrzać oliwę i zeszklić na niej cebulę, dodać czosnek i pokrojone warzywa oraz przyprawy. Przesmażać chwilę, mieszając, a następnie zalać bulionem, przykryć i gotować ok. 15 minut. Dodać odcedzoną ciecierzycę i jeszcze raz zagotować. Zupa smakuje najlepiej, gdy chwilę postoi, by smaki się "przegryzły".

sobota, 10 czerwca 2017

kremowe lody daimowe dla NieAlergika


Jako że moje latorośle mogą już nabiał, choć nie za dużo i nie za często, to robię im domowe, prawdziwe lody. Trochę mnie dziwi fakt, że daimy jako cukierki nie są u nich na topie, natomiast cukierki pokruszone, występujące jako składnik lodów uwielbiają. Te lody są bardzo kremowe, nawet gdy mrożę je w foremkach. Ale coś za coś, bo za to do fit nie należą. Pyszne, naprawdę przepyszne są, gorąco polecam.
Należy posiadać:

duże opakowanie śmietanki 30%*
200 ml tłustego mleka (użyłam bio 3,5%)
5 łyżek cukru demerrara
4 żółtka z dobrze umytych i sparzonych jaj L
laskę wanili
podwójny batonik typu daim

Laskę wanilii rozciąć wzdłuż, wrzucić do garnuszka, zalać śmietanką i mlekiem, wymieszać i podgrzewać powoli niemal do zagotowania. W tym czasie zmiksować cukier z żółtkami na jak najbardziej jednolitą masę. Wyjąć wanilię i cienkim strumieniem wlewać gorące mleko ze śmietanką do masy żółtkowej, mieszając łyżką. Postawić masę na małym ogniu i podgrzewać, wciąż mieszając, aż zacznie gęstenieć - mnie się zdarzyło kilka razy nie dopilnować momentu lekkiego zagotowania, a masa się nie zwarzyła, więc bez obaw. Zdjąć z ognia i odstawić do wystudzenia - w tym czasie często mieszać, a następnie schłodzić w lodówce od czasu do czasu mieszając. Daima w opakowaniu pokruszyć tłuczkiem, wsypać do masy, wymieszać i rozlać lody do foremek pamiętając, że drobinki batonika osiadają na spodzie naczynie, więc trzeba je "uczciwie" rozłożyć. Formę wstawić do zamrażarki na kilka godzin.

*nie zwracam na to uwagi, ale te opakowania mają pewnie po ok. 400 ml jak nie więcej - może 500?

wtorek, 6 czerwca 2017

wegańskie bezglutenowe racuchy drożdżowe


Eksploruję archikukbuka i wyraźnie widzę, że dochodzę do jego końca. Zatem seria wpisów "Z czeluści archikukbuka" też będzie musiała się skończyć. No trudno. Dziś racuchy bezglutenowe, ale na drożdżach, więc nie dla każdego. Dlaczego nie dla każdego? Bo spotkałam się kilka razy z opinią, że wypieki na drożdżach nie pasowały w jakiś sposób niektórym alergikom. Na szczęście u nas nie było tego problemu. Można te placki zaaranżować na słodko lub wytrawnie, jak kto woli. U nas były, z tego co pamiętam, chyba w sumie tylko na słodko. I o ile mnie pamięć nie myli, za często ich nie robiłam, bo trochę są czasochłonne - głównie chodzi o powolne smażenie. Jest jeszcze problem z ilością dodanego płynu - nie zapisałam, więc musimy sobie sami jakoś z tym poradzić, dolewając stopniowo to i owo, ha ha.
Mieć trzeba:

500 g miksu bezglutenowego*
ok. szklankę mleka roślinnego lub wody
paczkę suchych drożdży (lub 30 g świeżych)
2 łyżki cukru trzcinowego
łyżkę oleju
łyżeczkę cukru z wanilią
1/2 łyżeczki soli
olej do smażenia

Jeśli używamy świeżych drożdży: należy zrobić rozczyn, następnie dodać go do reszty składników. Używając suchych drożdży: wszystkie składniki zmiksować mikserem z hakami do ciasta, dolewając ewentualnie nieco więcej "mleka" - tyle, by uzyskać bardzo luźne, ale nie lejące się ciasto. Przykryć ściereczką i odstawić, by podwoiło objętość. Rozgrzać cienką warstwę oleju na patelni. Nałożyć łyżką ciasto, zmniejszyć ogień i smażyć powoli - racuchy na patelni powinny rosnąć. Gdy ciasto nie będzie już surowe, przełożyć i smażyć z drugiej strony. Podczas smażenia jednej partii racuchów, surowe ciasto trzymać w cieple przykryte ściereczką. Po usmażeniu posypać cukrem pudrem i podawać, gdy nieco przestygną.

*używałam węgierskiego miksu przywożonego przez ciocię Noemi, ale każdy inny miks powinien się nadać, także zrobiony domowym sposobem, o ile dodamy do niego skrobię (patrz zakładka "Dieta")

piątek, 2 czerwca 2017

szkolne śniadania część 10


Już niedługo wakacje, zatem na dwa miesiące spokój z wymyślaniem dziennego menu szkolnego. Ufff... Dziś wpis z termosami, czyli premium ha ha!

Poniedziałek
kanapka z szynką, ogórek zielony, do termosa: śmietniczek

Wtorek
domowa granola z deserkem waniliowym i owocami, do termosa: zupa-krem ze szparagów

Środa
kanapka z kokosellą, do termosa: makaron bolognese 

Czwartek
wrap z warzywami, do termosa: zupa owocowa z makaronem

Piątek
kanapka z masłem, paróweczka*, do termosa: jaglanka z owocami

Oczywiście przepisy na przysmaki z powyższego menu są do odnalezienia na Smakołykach.

*daję zwykłe parówki dla dzieci o składzie nawet do przyjęcia, o ile rzadko dawane 

środa, 31 maja 2017

medaliony cielęce w aksamitnym sosie


Ponoć jak się jest alergikiem na jaja i mleko, to należy unikać mięsa drobiowego oraz wołowiny i cielęciny. Być może, ale u nas nigdy ta zasada nie miała zastosowania. Zastosowanie znalazła natomiast chmeli-suneli, bo troszkę o niej zapomniałam, a jak znalazłam podczas wiosennych porządków, to zaczęło się używanie. Wpadłam w taki sunelowy szał, że ostatnio upiekłam wyjątkowo pyszną perlicę, a tak się zapędziłam w sztuce doprawiania, że zapomniałam zapisać, co dałam. No trudno, może mnie jeszcze raz taki szał spotka, a wtedy postaram się zanotować i pokazać danie na blogu.
Przygotujmy:

medaliony - 4 sztuki
szalotkę
mały ząbek czosnku
1/2 łyżeczki musztardy sarepskiej (można pominąć lub zastąpić naturalnym octem, by zadbać o kruchość mięsa)
sól i pieprz - do smaku
po maleńkiej szczypcie na medalion: chmeli-suneli, szałwii i rozmarynu
2 łyżki tłuszczu (najlepiej masła klarowanego)
50 ml śmietany roślinnej* (można pominąć)

Medaliony posmarować musztardą oraz roztartym czosnkiem i posypać przyprawami - przyprawy do cielęciny powinno się stosować bardzo oszczędnie, jedynie pieprzu należy dać więcej. Podsmażyć je z obu stron, dorzucić drobno pokrojoną szalotkę, jeszcze chwilę przesmażać, a następnie podlać wodą i dusić powoli pod przykryciem przez ok. 1,5 godziny, ewentualnie zredukować sos. Dodać śmietanę, zagotować. Jeśli stosujemy zwykłą śmietankę, należy dodać ją na pół godziny przed końcem duszenia i zredukować sos.

*nasze medaliony są na śmietance zwykłej 30%, bo my już możemy trochę tego i owego

niedziela, 28 maja 2017

krokiety ziemniaczane dla NieAlergika


Co zrobić z wczorajszymi ziemniakami? Można zrobić kopytka, można pyzy, można kluski leniwe, zapiekankę, a można też krokieciki. Dobre, kremowe w środku, bardzo chrupiące na zewnątrz. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego moje dzieci nie są ich fanami. To znaczy Kajzer zje, ale Kajzerka nie bardzo. No trudno, ja zjem. Zawsze robię je na oko, ale podliczyłam gramy i łyżki na użytek wpisu blogowego. To jednak świadczy o tym, że takie krokiety nie wymagają ścisłych proporcji składników, więc się szczególnie nie przejmujcie.
Trzeba mieć (na ok. 15 krokiecików):

360 g ugotowanych ziemniaków
jajko (osobno żółtko i białko)
łyżkę mąki
łyżkę masła
1/2 małej cebulki
20 g żółego sera
do smaku - sól, pieprz, gałka muszkatołowa, papryka słodka i wędzona

Cebulę drobno pokroić i podsmażyć na maśle. Zimne ziemniaki przepuścić przez praskę lub dokładnie rozgnieść widelcem. Dodać żółtko, mąkę, starty ser, cebulę wraz z tłuszczem oraz przyprawy. Dobrze wyrobić, najlepiej dłonią. Zwilżyć ręce i formować nieduże krokiety. Białko spienić trzepaczką, obtaczać w nim krokiety, a następnie w bułce tartej. Smażyć na oleju z obu stron, aż krokiety ładnie się zarumienią.

środa, 24 maja 2017

wegatarianskie curry z topinamburem


Bardzo lubię smak curry, zwłaszcza w połączeniu z mlekiem kokosowym. Niestety, wygląda na to, że mleko kokosowe średnio lubi mnie. Zwłaszcza, gdy się dłuższy czas nie spotykamy... Wtedy robi mi jakieś minisensacje żołądkowe. Też tak macie? Nie są szczególnie dotkliwe i znikają, gdy regularnie jadam coś z dodatkiem tego mleka. Ciekawe, dlaczego tak jest. W każdym razie nie poniecham mleka kokosowego, bo bardzo lubię. Curry, które jest bohaterem niniejszego wpisu to świetny sposób na utylizację jakichś warzywnych resztek. Fajnie smakuje jako gęsta zupa, ale można też, dla tych, co się nie odchudzają, podać je z ryżem jaśminowym czy naanami. Danie typu fast food - wystarczy pokroić warzywa, podsmażyć, poddusić i gotowe.
Weźmy:

200 g topinambura
paprykę
pomidora
garść zielonej fasolki
garść jarmużu
niedużą cebulę
2 pełne łyżki masła klarowanego lub kokosowego
ok. 1/2 szklanki mleka kokosowego
1/2 łyżeczki czerwonego curry (pasty)
łyżeczkę żółtego curry
do smaku - sól i pieprz

Warzywa pokroić na kawałki. Na patelni rozgrzać tłuszcz, dodać oba rodzaje curry, krótko przesmażyć i wrzucić warzywa. Smażyć 2-3 minuty, często mieszając, a następnie podlać wodą, dodać mleko kokosowe, doprawić i dusić pod przykryciem, aż warzywa nieco zmiękną.

sobota, 20 maja 2017

najlepsze pieczone ziemniaki - magiczny składnik


Niby zwyczajna sprawa - pieczone ziemniaki - obierasz, kroisz, wrzucasz na blachę, pieczesz i masz. Ale gdy je upieczesz z jednym takim magicznym składnikiem, sprawy nabierają rumieńców. U nas często piecze się kartofle. To dlatego, że latorośle uwielbiają frytki, a frytki, jak wszem i wobec wiadomo, są bardzo niezdrowe, więc próbuję ratować sytuację również bardzo lubianymi, a mniej niezdrowymi pieczonymi "frytkam". A raczej "frytami". Zajmijmy się jednak tym magicznym składnikiem, który tak naprawdę z magią nie ma wiele wspólnego. Jest to po prostu smalec z tradycyjnie wędzonego, surowego boczku. Plus fajna, przywieziona z Gruzji przyprawa. Smalec robię oczywiście sama. No bo widział kto w sklepie smalec z wędzonego boczku? Jeśli macie zwykły smalec, a chcecie mieć namiastkę boczkowych kartofelków, to do przyprawienia użyjcie wędzonej papryki, też jest spoko.
Miejmy:

1-1,5 kg kartofli
100 g bardzo tłustego, tradycyjnie wędzonego surowego boczku*
do smaku: sól, czosnek suszony, papryka słodka, chmeli suneli
opcjonalnie: łyżkę klarowanego masła

Boczek pokroić w drobną kosteczkę i przesmażyć na smalczyk. Ziemniaki oczyścić, obrać i pokroić na ćwiartki. Rozgrzać piekarnik z blachą do 170 stopni (termoobieg z dolnym dogrzewaniem), na której są 2-3 pełne łyżki smalcu. Wyjąć, wrzucić kartofle, posypać przyprawami, przemieszać (najlepiej dłońmi, wówczas ładnie się ziemniaki oblepiają tłuszczem i przyprawami) i wstawić z powrotem do piekarnika na 15-20 minut. Po tym czasie przemieszać (już nie rękami, ha ha!) i piec dalsze 15-20 minut, aż kartofle będą miękkie w środku, a pięknie chrupiące i złote na zewnątrz.

*nie wiem, czy to jest aby na pewno 100 g - po prostu całkiem gruby, na minimum centymetr, plaster

wtorek, 16 maja 2017

błyskawiczne risotto


Zasoby archikukbukowe powoli się wyczerpują. Coś tam jeszcze zostało, ale już niezbyt dużo. To mi dobitnie uświadamia, jak bardzo ograniczona była dieta Jeremiego. Z jednej strony robi mi się przykro, ale z drugiej jestem szczęśliwa, że dziś ilość produktów, których nie możemy jeść jest równa ilości dozwolonych produktów dziesięć lat temu. Jakieś zawiłe to zdanie... W skrócie chodzi mi o to, że dawno temu musiałam komponować menu z pięciu dozwolonych rzeczy, a dziś pięć rzeczy jest niedozwolonych. W każdym razie w niniejszym wpisie przypominam risotto, które robi się szybko, szybko się zjada, łatwo zabiera do przedszkolnej wałówki, a robi z tego, co kto może.
Trzeba mieć:

szklankę ugotowanego ryżu
kawałek ugotowanego, dozwolonego mięsa (nieduży, ok. 50 g)
2 pieczarki
kilka ugotowanych główek szparagów i kawałków serc karczocha
1/2 małej cebuli
1/4 papryki
sól i pieprz - do smaku
przyprawy - do smaku (ja dawałam tymianek, bazylię i estragon)
1-2 łyżki oliwy (lub innego tłuszczu, ja robiłam na maśle klarowanym)

Pieczarki i paprykę pokroić w nieduże kawałki, cebulę w kostkę i powoli podsmażyć na tłuszczu, by odparowały i zmiękły. Dodać resztę składników, doprawić, wymieszać i chwilę razem podsmażać. Podawać z surówką.

sobota, 13 maja 2017

szkolne śniadania część 9


Co Nina pakowała sobie ostatnio do lunchboxa? Jak zwykle same smakołyki, ha ha. Szału nie ma, ale będzie, jak się zacznie sezon owocowy i warzywny, niom niom... Dziś zestawieni bez zawartości termosa, mam nadzieję, że wybaczycie.

Poniedziałek
owsianka z liofilizowanymi owocami, jabłko

Wtorek
kanapka z pieczonym dzikiem i cykorią, banan 

Środa

Czwartek
kanapka z szynką i ogórkiem kiszonym, deserek ryżowy (kupny)

Piątek
naleśnik z kremem daktylowym, mus owocowy (kupny)

środa, 10 maja 2017

jak pielęgnować skórę atopową


Myśląc o pielęgnacji skóry atopowej zazwyczaj przed oczyma wyobraźni przesuwają nam się obrazy słojów z tłustymi maściami i nadkażonych ran, na które należy nakładać antybiotyk. I słusznie, bo najczęściej tak to wygląda. Najczęściej, ale nie zawsze.
Jeremi miał wyjątkowo ostre azs. Właściwie na całej powierzchni ciała, także na tzw. wyprostnych, co bardzo źle wróżyło. Żeby to jeszcze były jakieś suche placki... Nie, to były sączące rany i szorstkie wzgórza. Nawet się bałam, że po takim czymś będzie miał ślady, jakieś blizny. Krzyczał przy kąpielach, krzyczał przy smarowaniu. No ale jak skóra sucha, to przecież trzeba smarować. Smarowałam więc, smarowałam i było coraz gorzej, więc przyszło mi do głowy, że coś jednak robię źle, choć według wskazań lekarzy...
Nasza alergolog mówi, że mądry lekarz uważnie słucha matki, bo matka wie najlepiej. Wysłuchała więc moich spostrzeżeń i okazało się, że owszem, że jak najbardziej, że często bywa, że... atopowa skóra nie znosi smarowania ciężkimi maściami. Że niektóre atopowe skóry duszą się pod takimi specyfikami. Że czasem lepiej zostawić nieposmarowane, niż zasmarować, zadusić i spowodować nadkażenie. I moje dziecię właśnie miało taki typ atopowej skóry. Do licha.
Zaczęły się więc poszukiwania idealnego specyfiku. Lekkiego na przykład. Po przygodzie z octem, o której już tu wielokrotnie wspominałam, marzył mi się balsam z dobrymi bakteriami. To wszystko jednak działo się 14 lat temu, więc wybór tego typu kosmetyków nie był tak szeroki jak dziś. Sączących ran nie smarowałam w ogóle, a szorstkie, czerwone placki traktowałam częściej, ale leciutkim, nawilżającym balsamem (aptecznym, oczywiście). Gdy jakieś miejsce zaczęło przypominać gadzią skórę, wiedziałam, że to stołówka gronkowca, więc bez większych oporów serwowałam bakteriom antybiotyki. Niesamowite było obserwowanie, jak po leczeniu i nawilżaniu gadzia skóra zamienia się w ludzką. I tak powolutku, powolutku, koło trzeciego roku życia sytuacja się na tyle unormowała, że zmiany postanowiły pozostać tylko w tradycyjnie zajmowanych miejscach, czyli pod kolanami, na zgięciach łokci etc. Niestety, syn mój do dziś ma trochę suchą skórę. I do dziś zmiany atopowe od czasu do czasu się pojawiają. Czyli można porzucić nadzieję, bo wsie dochtory zgodnym chórem mówią, że jeśli atopia wciąż jest, to już zostanie. No trudno, w końcu jest właściwie niezauważalna, a latem to nawet jakby w ogóle znikała, a poza tym młody się w ogóle nie smaruje i jakoś nic się przez to nie dzieje.
Nasz przykład jest typowym i wiarygodnym dowodem na to, że nie należy przywiązywać się do tradycyjnych metod pielęgnacji atopowej skóry. Nam (i kilku innym znanym mi przypadkom) nie służyło silne natłuszczanie. Myliśmy się zwykłym szarym mydłem bio, a zmiany nawilżaliśmy balsamem. Rezultaty były wręcz zachwycające, więc jeśli macie podejrzenia, że tłuste maści nieszczególnie służą naszym maluchom - przerzućcie się na coś lżejszego. Bez obaw.

niedziela, 7 maja 2017

cynamonowy wieniec drożdżowy na Dzień Zwycięstwa dla NieAlergika


Jutro Dzień Zwycięstwa. To zawsze przypomina mi opowieść mojej mamy o jakiejś przyszywanej babci czy cioci, która postradała zmysły. Postradała je całkiem po tym, jak zaginął jej ulubiony piesek, ale już wcześniej zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością, a stało się to za sprawą niemożności posiadania dzieci. Jednak nie była ciocia chyba tak całkiem pozbawiona swego rodzaju inteligencji i dowcipu, bowiem żerując na swej bezkarności spowodowanej chorobą umysłową, w ustalony przez PRL dzień zwycięstwa, czyli 9 maja (na cześć oswobodzenia nas przez radzieckich żołnierzy, kurwa mać), otwierała szeroko okno i ku uciesze należycie zorientowanej politycznie gawiedzi śpiewała pieśń, zaczynającą się słowami "Uha, uha, na cześć wyzwolenia tańczy mucha!". Moja mama mówi, że ta ciocia uciekła w szaleństwo związane z brakiem dzieci, ale tak poza tym, to mogłaby przysiąc, że ciocia z premedytacją i szelmowską miną śpiewała na złość władzy wywrotową piosenkę. Fakt ten osładza nieco tę smutną historię utraty zmysłów, ale że jakoś tak wydaje mi się niewystarczająco, to dorzucam majestatyczne ciasto, które jak znalazł przyda nam się na celebrowanie jutrzejszego święta. Szkoda, że nie będzie to dzień ustawowo wolny od pracy... No, ale na tę okoliczność nie poradzę, najwyżej mogę doradzić nałożenie lukru.
Przygotujmy:

rozczyn:
100 ml ciepłego mleka
70 g świeżych drożdży
po łyżeczce mąki i cukru
ciasto:
600 g  mąki
200 g cukru
ok. 100 ml mleka
90 g masła
3 żółtka + całe jajko
miąższ z laski wanilii
szczyptę soli
nadzienie:
70 g masła
3-4 łyżki cukru trzcinowego
3 łyżki rodzynków
2 łyżki posiekanej skórki pomarańczowej
1-2 łyżki rumu

Rodzynki i skórkę skropić rumem i odstawić. Rozczyn: wymieszać mleko z pokruszonymi drożdżami, mąką i cukrem, odstawić, by "ruszył". W tym czasie zmiksować żółtka i jajko z cukrem na jasną, puszystą masę, dodać ziarna z laski wanilii, jeszcze chwilę miksować. Dodać rozczyn, mleko i mąkę z solą. Wyrabiać mikserem z hakami do ciasta przez kilka minut, następnie dodać roztopione masło i wyrabiać kolejne kilka minut - do momentu, w którym ciasto nie będzie się przyklejać do rąk. Gdyby ciasto wydawało się zbyt twarde - dodać odrobinę mleka i miksować, jeśli zbyt płynne - dodać nieco mąki i wyrabiać mikserem. Przykryć misę z ciastem i odstawić w ciepłe miejsce. Gdy podwoi objętość przełożyć na oprószony mąką blat i rozwałkować na prostokąt o grubości ok. 0,5-1 cm. Masło na nadzienie stopić i odstawić, by wystygło i ponownie zaczęło lekko tężeć. Posmarować nim rozwałkowane ciasto, równomiernie posypać cukrem i cynamonem, a następnie mieszanką rodzynków i skórki. Zwinąć ciasną roladę wzdłuż dłuższego boku i przekroić ją wzdłuż na pół, zostawiając jeden koniec nierozcięty (o długości ok. 5 cm.). Zawinąć rozcięte części wokół siebie, jak sznurek. Skleić końce, uformować wieniec i przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Odstawić w ciepłe miejsce, by ciasto podwoiło objętość. Rozgrzać piekarnik do 150 stopni (termoobieg) i piec wieniec przez ok. 25-30 minut.