piątek, 28 kwietnia 2017

alergik na szkolnej wycieczce


Zbliża się czas szkolnych wycieczek... I w życiu każdego alergika nadchodzi dzień, w którym musi wybrać się na szkolną wycieczkę. To znaczy - nie musi. Ale na pewno bardzo chce. Jeśli to jednodniowa wycieczka - żaden problem, pakujemy wałówę z czymś ciepłym w termosie i jazda. A gdy to wycieczka kilkudniowa? Co robić? Nie puścić? Puścić, choć ciężko to ogarnąć. I wziąć poprawkę na to, że dziecko wróci z jakimś objawem, bo niełatwo mu będzie się upilnować. Nauczycielki też pewnie nie powalczą jakoś szczególnie mocno. Nie liczyłabym również na zrozumienie ze strony kuchennej załogi ośrodka, w którym bawić będzie nasza pociecha. Zazwyczaj wygląda to tak, że kaszy na mleku nie podadzą, ale zupa ze śmietaną nie wyda im się problemem.
O ile dziecina nie reaguje za ostro (a tak właśnie najczęściej reagują podstawówkowicze), to trudno, odpuśćmy, tylko porozmawiajmy z opiekunami, niech się nieco potrudzą i popilnują młodzieży. Jednak jeśli nasze dziecko ma bardzo silne reakcje, nie ryzykujmy i przygotujmy mu pełne wyżywienie w domu. Jakoś udźwignie. A jak nie - zawieźmy mu, albo poprośmy opiekunów o pomoc.
Co przygotować naszemu alergikowi na kilkudniową wycieczkę? Najpierw przyjrzyjmy się jej programowi. Gdzie będą jeździć, co wtedy będą jeść - czy wezmą suchy prowiant, czy gdzieś się zatrzymają? Czy po drodze będzie postój w makdonaldsie (założę się, że będzie, ha ha)? Mając program coś możemy zaradzić. Jeśli jedzą w ośrodku, musimy przygotować tyle weków z domowym obiadkiem, ile tychże obiadków ośrodkowych jest zaplanowane. Poza tym coś na śniadania i kolacje - domowy chleb, pieczywo bezglutenowe pakowane, dodatki typu smarowidła, kartoniki mleka roślinnego i dozwolonych płatków. Można zadzwonić do ośrodka i powiedzieć, jaki jest problem, prosząc o udostępnienie miejsca w lodówce na prowiant dziecka i wydawanie mu tego prowiantu. Wtedy trzeba do megawałówy dołączyć menu - co mają mu dać na śniadanie/obiad/kolację i kiedy. I okleić produkty - imię, nazwisko etc. Do tego przekąski, coś na głodek, coś w ramach suchego prowiantu na dojazd/powrót oraz podczas wyjazdów w ramach wycieczki. A właśnie. W razie wycieczki całodniowej, podczas której będą jeść w jakiejś knajpie musi wkroczyć do akcji opiekun i wybrać w porozumieniu z kucharzem (nie kelnerem!) coś naprawdę bezpiecznego. Pamiętajcie, że tylko gadka z kucharzem ma sens!
No i last but not least - najważniejsza jest rozmowa z dzieckiem, przekazująca mu odpowiedzialność za samego siebie na te kilka dni. Żeby nie łapał snikersów czy tam innych alergenów. Taka "dorosłość" z pewnością będzie dla pisklęcia powodem do dumy - zaufajmy mu.
Powodzenia!

Miniściąga - co zapakować alergikowi na szkolną wycieczkę:
domowe pieczywo - chleb na zakwasie wytrzyma spokojnie 3 dni; dla bezglutków - pakowane pieczywo bezglutenowe
pasteryzowane dodatki do pieczywa, np. domowa mielonka
smarowidełka do pieczywa
odpowiednia ilość małych (200-250 ml) kartoników z mlekiem roślinnym
domowe płatki śniadaniowe/granolę
dania gotowe pasteryzowane na obiad - najlepiej przygotować dania w dużych weckach
odpowiednia ilość przekąsek - dozwolonych, np. suszone owoce, dozwolone chrupki, musy owocowe, żelki/batony bio etc.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

6 urodziny bloga i konkurs


No i szóste urodziny Smakołyków mamy... Jak zaczynałam, to nawet mi do głowy nie przyszło, że tyle lat będę blogować. My już wyrośliśmy z typowych dziecięcych alergenów, ale doszły nam inne - niektóre surowe owoce, orzechy... Jednak ten blog jest dla mam małych alergików i matek karmiących, więc nadal będą tu przepisy bezmleczne, bezjajeczne, czasem bezglutenowe, bez cytrusów, bez orzechów i tak dalej. Pewnie zauważyliście, że Smakołyki dziś, a te z 2011 roku to trochę jakby dwa inne blogi. Kiedyś publikowałam tylko megaokrojone z alergenów przepisy, głównie na słodkości. Teraz mamy tu kompletny bajzel, coraz więcej przepisów z kuchni roślinnej, na którą się intensywnie przerzucam, porady, a nawet dania dla NieAlergików i wpisy sponsorowane. Się porobiło, co? Jednak jedno jest niezmienne - jak są urodziny, to jest konkurs! W konkursie można wygrać moją książkę "100 smakołyków dla alergików" z dedykacją. Serdecznie zapraszam!

Zadanie konkursowe
Jak zwykle bardzo łatwe - wystarczy napisać w komentarzu pod postem konkursowym odpowiedź na pytanie:


O jakim deserze dla marzysz?


 Puśćcie wodze fantazji! Wyobraźcie sobie coś, czego absolutnie Wam nie wolno, 

a macie na to wielką ochotę. Pomysł, który najbardziej będzie Smakołykom w smak zostanie nagrodzony książką "100 smakołyków dla alergików" z dedykacją. Będzie to więc wybór bardzo subiektywny, ale na pewno nie niesprawiedliwy.
Na odpowiedzi czekam od dziś do 28.04.2017 do północy.

Wyniki zostaną opublikowane w poście na fan page'u bloga, najpóźniej 2 maja.
Życzę powodzenia i jeszcze raz serdecznie zapraszam do wzięcia udziału 

w konkursie!


Nagroda zostanie wysłana tylko na adres na terenie Polski.

sobota, 22 kwietnia 2017

wegańskie bezglutenowe babeczki bananowe


Dziś archikukbukowe babeczki, które Jeremi bardzo lubił. Z bananami, ale myślę, że przy alergii na banany można je podmienić na puree z dyni lub batatów. Z tego co pamiętam te ciacha były nieco ciężkawe, niezbyt słodkie, ale dobrze syciły i świetnie się sprawdzały na wynos. Ponieważ mają w składzie coś, co możecie podmienić na wodę z łyżką skrobi, czyli żółtka przepiórcze, dają możliwość przeprowadzenia prowokacji alergenem. Wdzięczne i łatwe, gorąco polecam. I z żółtkami, i bez.
Przyda się:

175 g miksu bezglutenowego
85 g mąki kukurydzianej lub ryżowej
6 żółtek przepiórczych (lub 2-3 łyżki wody + łyżka skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej)
75 g oliwy
80 g brązowego cukru
szklanka kwaśnego soku (dawałam z białej porzeczki)
1 duży zblenderowany banan
szczypta soli
czubata łyżeczka kamienia winnego

Sposób wykonania bez żółtek: banana obrać i zblenderować z sokiem, oliwą, cukrem oraz 2-3 łyżkami wody. Dodać suche składniki i zmiksować na gładką masę, w razie potrzeby dodając odrobinę wody. Ciasto nakładać mokrą łyżką do papierowych foremek na muffiny (czubata łyżka na foremkę) i piec 30-40 minut w piekarniku z termoobiegiem nagrzanym do 150 stopni. 
Sposób wykonania z żółtkami: żółtka ubić z łyżką wrzątku, następnie z cukrem, a potem z oliwą. Banana obrać i zblenderować z sokiem. Masę żółtkową zmiksować z suchymi składnikami, następie bananem, w razie potrzeby dodać odrobinę wody. Ciasto nakładać mokrą łyżką do papierowych foremek na muffiny (czubata łyżka na foremkę) i piec 30-40 minut w piekarniku z termoobiegiem nagrzanym do 150 stopni. 

środa, 19 kwietnia 2017

pieczony topinambur


Topinambur jest wporzo. Ponoć zdrowy i tak dalej, a smak - jak to smak, jednemu wchodzi, drugiemu nie. Dla mnie jest troszeczkę mdły, więc go sobie mocniej przyprawiam. Dzieci za to zazwyczaj lubią, pewnie na tej samej zasadzie, co i batata. Prawdziwym koszmarem jest jego skrobanie, więc to zawsze spada na mego małżonka, bo ja muszę dbać o mój korpoblogerski manicure. Z topinambura można przyrządzać wiele rzeczy - może być składnikiem zup, gulaszy, kociołków, a nawet sałatek, może stać się chipsem, zupą-kremem, czy po prostu pieczonką-dodatkiem do obiadu. Jest od jakiegoś czasu niezwykle modny, ale jeśli to wszystko prawda, co piszą o nim dobrego, to się nawet taka moda świetnie składa, że się tak elegancko wyrażę. Dobry zamiennik dla uczulonych na ziemnaki!
Należy posiadać:

pudełeczko topinamburów (500 g)
łyżkę tłuszczu - masła klarowanego, kokosowego, oleju etc. (używam masła)
do smaku - sól i pieprz
ewentualnie zioła - estragon, szałwia

Topinambury umyć, oskrobać i pokroić na mniejsze kawałki. Przełożyć do naczynia do zapiekania i wstawić dopiekarnika nagrzanego do 180 stopni (termoobieg). Po 5 minutach przykryć (np. alufolią) i piec przez 20-30 minut. Podawać jako dodatek do obiadu, np. zamiast pieczonych kartofli.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wesołych Świąt!


Drodzy Smakołykowicze! 

Życzymy Wam wspaniałej Wielkanocy i mokrego Dyngusa. Cudownych prezentów od zajączka, szczęścia, zdrowia i miłości. 

I by za rok jajka nie uczulały! 😊

piątek, 14 kwietnia 2017

tradycyjny mazurek kajmakowy dla NieAlergika


Bardzo kruche ciasto, rozpływająca się w ustach masa kajmakowa i delikatny, mleczoczekoladowy ganache. Słodkość dziesięć. No, dziewięć. Zawsze go robię i pierwszy znika, choć to przecież klasyka i prościzna. A najzabawniejsze jest to, że każdy zabrania ulepszeń i próbowania nawet minimalnych modyfikacji. Mazurek kajmakowy musi być u nas na Wielkanoc i basta. Jeśli mam być szczera, to poniższe składniki od razu radzę podwoić. Dla alergików też mam mazurek kajmakowy, a przepis na niego znajdziecie w mojej książce. Nie jest tak boski jak tradycyjny, wiadomo. Ale też niczego sobie.
Przygotować należy (na dwa niemałe mazurki):

na ciasto:
500 g mąki
300 g masła
100 g cukru pudru
żółtko
na masę kajmakową:
2 puszki skondensowanego mleka (słodzonego)
2 pełne łyżki masła
na polewę:
2 mleczne czekolady
po łyżce śmietanki 30% i mleka

Mleko w puszce wstawić do garnka, zalać wodą i gotować na wolnym ogniu ok. 3 godziny. Składniki na ciasto wyrobić na gładką masę, rozwałkować dość cienko, na ok. 0,5 cm i wylepić formę, tworząc rant. Ponakłuwać widelcem i odstawić w bardzo chłodne miejsce na minimum pół godziny. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni (termoobieg), wstawić ciasto i piec, aż nabierze preferowanego koloru (my lubimy raczej przypieczone, więc piekę ok. 20 minut). Masę kajmakową krótko i delikatnie zmiksować z masłem i jeszcze ciepłą wyłożyć na również jeszcze ciepłe ciasto. Czekoladę ostrożnie i powoli rozpuścić z mlekiem i śmietanką, a następnie rozprowadzić na masie. Mazurek udekorować.

wtorek, 11 kwietnia 2017

pieczona biała kiełbasa w piwie


Biała kiełbasa, czarne piwo i całkiem fajny efekt. Biała kiełbasa to pozycja obowiązkowa na wielkanocnym stole. Ta, na której gotuję żurek idzie do żurku, ale że przyjemnie jest przekąsić ją sobie także z chlebem i chrzanem, to piekę też. Fajnie się wyciąga kiełbaski z cebulką, w której się piekły... Robota z pieczeniem kiełbasy praktycznie żadna, a efekt smakowity, więc gorąco zachęcam, wystarczy 5 minut przygotowania i góra pół godzinki pieczenia.
PS. Zdjęcie kiełbasy dodam jak tylko ją upiekę, bo niestety nie zrobiłam w zeszłym roku.
Trzeba mieć:

8-10 białych kiełbas parzonych
2 duże cebule
ok. 1/2 szklanki ciemnego piwa
łyżeczkę musztardy gruboziarnistej
łyżeczkę smalcu lub oleju
sól i pieprz

Cebulę pokroić w piórka i krótko przesamażyć na tłuszczu, by się zrumieniła. Doprawić i odstawić. Kiełbasy ponacinać od góry, ułożyć w naczyniu do zapiekania i wstawić na kilka minut do piekarnika nagrzanego do 200 stopni (najlepiej z termoobiegiem i włączonym górnym grillem), do momentu, aż skórka się zrumieni. Następnie zmniejszyć temperaturę do 160 stopni, kiełbasę obłożyć cebulą i zalać 1/3 szklanki piwa wymieszanego z musztardą. Piec kiełbasę przez ok. 20-30 minut, w razie potrzeby podlewając piwem. Podawać z chrzanem i domowym pieczywem.

sobota, 8 kwietnia 2017

sernik królewski dla NieAlergika


Paręnaście lat temu, gdy wiłam mego pierworodnego, była akuracik Wielka Sobota. Bardzo mi się wówczas elegancko udało poleżeć w szpitalu zamiast pichcić, piec, szorować armaturę, myć okna i tak dalej, ha! Jak wiadomo porodówka wypełniona jest wygłodniałymi niczym zombie matkami, ja nie byłam wyjątkiem, więc jak rodzina przyjechała podziwiać dziecię i gratulować matce, to nie będę ukrywać, że najbardziej interesowała mnie zawartość przywiezionej przez nich wałówki. Łomatko, nic mi tak wtedy nie smakowało, jak mamusiny sernik z pierzynką czekoladowo-bakaliową. Gdybym wiedziała, że już wkrótce zostanę się na ryżu z pasternakiem i 43 kilogramach, to bym sobie wtedy więcej go zjadła... No, ale skąd miałam wiedzieć. A do czego zmierzam? Do tego, że mamusiny sernik z pierzynką kiedyś upichcę i wam pokażę, a tymczasem mam tu dla was sernik królewski, który zdetronizował mój ulubiony sernik wiedeński. Wspaniały, a przy tym bardzo łatwy i wbrew pozorom szybki. Czekoladowe kruche ciasto jest wdzięczne, a pachnąca pomarańczami masa serowa onomnomnomnom...
Należy mieć:

na ciasto:
400 g mąki
250 g masła
80 g kakao
4 żółtka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
na masę serową:
kilogram trzykrotnie zmielonego twarogu (może być z wiaderka, jeśli dobrej jakości)
300 g cukru pudru
100 g masła
5 jajek
2 budynie waniliowe (bez cukru)
skórka otarta z umytej pomarańczy bio
skórka otarta z umytej cytryny bio
miąższ z laski wanilii

Suche składniki na ciasto dobrze wymieszać, dodać masło oraz żółtka i wyrobić gładkie ciasto. Podzielić na porcje ok. 2/3 i 1/3. Mniejszą część ciasta zamrozić. Formę (większą) wyłożyć papierem do pieczenia (spód i boki). Większą część ciasta cienko rozwałkować - na ok. 5 mm - i wyłożyć nim spód i boki formy. Sernik urośnie, więc należy się upewnić, że boki będą wystawać ponad poziom masy serowej jakieś 2 cm. Odstawić w zimne miejsce, najlepiej do lodówki. Przygotować masę serową: zmiksować jajka z cukrem i miękkim masłem na puszysty, jasny krem. Dodać skórki starte z owoców, budynie w proszku oraz wanilię. Zmiksować. Na koniec dodać ser i zmiksować, aż masa będzie jednolita. Masę wylać do formy (ok. ZxZ cm) wylepionej ciastem i posypać startym zamrożonym ciastem. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 140-150 stopni (termoobieg) i piec przez godzinę. Wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie odstawić na kilka godzin w chłodne miejsce (najlepiej na całą noc).

środa, 5 kwietnia 2017

pieczone żeberka w musztardzie


Idealne dla fanów musztardowego smaku i aromatu. Typowo męskie koryto, pięknie komponujące się z browarem oraz pieczonymi kartoflami. Dzięki musztardzie mięso staje się kruche i rozpływa się w ustach. Żeberka kojarzą się z grillowym klasykiem, i tak, owszem, tak zamarynowane mięso można spokojnie zgrillować, tylko nie będzie ono wówczas aż tak mięciutkie, jak te pieczone. Kolega mojego taty miał na grillowane żeberka taki sposób, że najpierw je gotował, potem powlekał marynatą, odstawiał na noc, a następnie grillował i solił już zgrillowane. Pewnie bardzo dobry sposób, tylko trochę czaso- i pracochłonny, nieprawdaż? Najwyraźniej miłość do żeberek wymaga poświęceń...
Miejmy:

kilogram żeberek
3 pełne łyżki ulubionej musztardy (u mnie sarepska)
łyżka wódki
po 1/2 łyżeczki: majeranku, rozmarynu i papryki
roztarty ząbek czosnku
sól i pieprz - do smaku

Musztardę wymieszać z przyprawami i alkoholem, natrzeć nią mięso i odstawić do lodówki na kilka godzin (najlepiej na noc) - jeśli to możliwe, warto trzymać żeberka przykryte w naczyniu, w którym będą potem pieczone. Wyjąć, wstawić na 10 minut do piekarika nagrzanego do 200 stopni, a gdy mięso się nieco przyrumieni, przykryć folią aluminiową, jeśli pokrywka naczynia nie nadaje się do piekarnika. Żeberka piec przez 3 godziny w piekarniku z termoobiegiem nagrzanym do 130 stopni. Na 15-20 minut przed końcem pieczenia można mięso odkryć, jeśli nie nabrało chrupiącej powierzchni. Podawać z ziemniakami, najlepiej pieczonymi z tłuszczem spod żeberek, lub frytkami oraz ulubioną surówką.

niedziela, 2 kwietnia 2017

szkolne śniadania część 8


Dziś kilka pomysłów lunchboxowych z propozycjami zawartości termosa. Szału nie ma, bo terNinator coraz bardziej wybrzydza, a i wybór smakołyków niewielki, jak to w kwietniu.

Poniedziałek
kanapka z pieczonym schabem i ogórkiem kiszonym, banan; do termosa: zupa pomidorowa

Wtorek
naleśnik z karobellą, mus owocowy i krakersy; do termosa: kopytka z sosem warzywnym

Środa
kanapka z pasztetem i cykorią, suszone owoce; do termosa: jaglanka na słodko z rodzynkami i syropem klonowym   

Czwartek
domowa drożdżówka z jabłkiem, mus owocowy; do termosa: kapuśniak

Piątek
wegański jogurt z granolą, banan; do termosa: chowder

piątek, 31 marca 2017

zdrowy fast food - szybkie wrapy z hummusem i warzywami


Domowy fast food rzecz wspaniała. Chodzi mi tu zwłaszcza o ten fast. Kto ma z 5 etatów, ten wie, o co kaman. Tę szybką kolację/obiad można zrobić nieco mniej lub bardziej błyskawicznie. Z surowymi warzywami oraz pod warunkiem posiadania już gotowych wrapów i hummusu zajmie nam to jakieś 5 minut. Opcja na ciepło - 2-3 minuty dłużej. No a jak nie mamy wrapów i hummusu to już nie będzie fast food...
Weźmy więc (na łebka):

1-2 tortille owsiane (mogą też być zwykłe ze sklepu, jeśli ich skład nam nie przeszkadza)
1-2 łyżki hummusu
po 2-3 plasterki awokado, cukinii, pomidora i cebuli etc.
1/4 papryki
sól i pieprz do smaku

Na surowo: torlille podgrzać, posmarować hummusem, ułożyć surowe, pokrojone warzywa (cukinia powinna być sparzona, czyli przelana wrzątkiem), doprawić i złożyć placek na pół. Na ciepło: tortille złożone już z warzywami zapiec w grillu elektrycznym* przez 2 minuty. Podawać z ulubionym sosem na bazie śmietanki roślinnej lub keczupem.


Kup zanim zniknie! 


Wyprzedaż "100 smakołyków..." - tylko 19 zł! 


*ja mam takie urządzonko, dość już nawet wiekowe, z wymiennymi wkładami i w nim można zarówno smażyć gofry, jak i na przykład zapiekać różne rzeczy, ale wrapy da się też po prostu podgrzać na patelni

wtorek, 28 marca 2017

ryżowe sakiewki


Gdy tak z dziesięć lat temu patrzyłam na swojego Potomka Męskiego, nawet nie marzyłam, że kiedyś na leniwe letnie śniadania będę mu podawać czekoladowy omlet z bitą śmietaną i świeżymi truskawkami. Nie przypuszczałam też, że orzechy staną się tak niebezpieczne, no, ale taka to przygoda z alergią... Ci, co mogą swoim dzieciom dawać ze trzy produkty na krzyż wiedzą, że żyzń jest kudłata, a każdy pomysł na wagę złota. Dlatego dziś wyciągnęłam z archikukbuka pomysł na sakiewki z papieru ryżowego. Papier ryżowy jest fajny, bo daje jakieś tam możliwości, na przykład w najcięższych czasach stawał nam za naleśniki (sic!), które smarowałam melasą z buraków i lekko obsmażałam na odrobince oleju. Jednak z papierem tym trzeba umiejętnie. Za bardzo zmoczysz - to się rozpadnie, za mało - się połamie, nie dasz odpocząć - nie będzie "plastyczny". W sakiewkę można naprawdę zapakować co bądź, czyli co dozwolone. Nawet owoce, bo ryżowy arkusz nie ma za bardzo smaku. To fajny pomysł na przemycenie warzyw, ale można tam też naładować mięso. I takie właśnie mieszane nadzienie jest najfajniejsze.
Weźmy (na porcję):

1-2 papiery ryżowe
1/2 szklanki dozwolonych, drobno pokrojonych warzyw
garść dozwolonego mielonego mięsa
sól i pieprz - do smaku
1-2 łyżki oleju
opcjonalnie - dozwolone zioła do smaku

Mięso lekko podsmażyć na tłuszczu, podlać wodą i dusić pod przykryciem, aż będzie prawie miękkie. Dodać warzywa oraz przyprawy i dusić razem, aż warzywa zmiękną. Odparować, by masa była dość zwarta. Arkusz papieru ryżowego położyć na talerzu, posmarować z obu stron mokrą dłonią i odłożyć na chwilę. Gdy zmięknie, przełożyć go na drewnianą deskę i zostawić, by ewentualny nadmiar wilgoci się ulotnił - papier powinien być sprężysty, nie może być rozmoczony. Nałożyć na środek farsz i zebrać krawędzie arkusza tak, by uzyskać sakiewkę. Zawiązać szczypiorkiem lub spiąć wedle upodobania (np. silikonową spinką kuchenną) i podawać.

Kup zanim zniknie! 

Wyprzedaż "100 smakołyków..." - tylko 19 zł! 

piątek, 24 marca 2017

puszyste naleśniki biszkoptowe dla NieAlergika


Mleczno-jajecznej części Smakołyków znudziły się zwyczajne naleśniki, więc Matka Smakołyk przymierzyła się do biszkoptowych. Dobre wyszły. Okazało się przy okazji, że wybornie smakują także tym, którym są troszkę zakazane. Nie wiem, skąd jest przepis, bo miałam go na jakimś starym, tłustym jak nieboskie stworzenie świstku. Często ich robić nie będę, bo smażenie naleśników biszkoptowych jest jednak bardziej wymagające niż zwykłych - trzeba delikatnie rozprowadzać, ostrożniej przerzucać i tym podobne. Pewnie warto, ale że ja średnią naleśniko-pierogarą jestem, to poświęcać się mam zamiar nieczęsto. No chyba, że dla relaksu, bo nic tak nie koi zgonionych myśli jak tępe sterczenie nad patelnią. I zarazem nic tak nie pozwala na uwolnienie swobodnego nurtu kreatywnej myśli, jak relaksujące stanie przy patelni. Twój wybór.
Trzeba posiadać:

400 ml mleka
200 g mąki
3 jajka
2 łyżki cukru
2 spore szczypty soli

Białka ubić na sztywno z jedną szczyptą soli. Żótka zmiksować na puch z cukrem i drugą szczyptą soli, dodać mleko i mąkę, zmiksować na gładką masę. Delikatnie wmieszać pianę z białek. Smażyć naleśniki z obu stron na posmarowanej olejem niedużej patelni, rozprowadzając niezbyt cienką warstwę ciasta. Podawać z ulubionymi dodatkami, np. bitą śmietanką i owocami, kremem czekoladowo-orzechowym, bakaliami i polewą etc.

poniedziałek, 20 marca 2017

wytrawne gofry wegańskie z batatami


Powiem szczerze - zakup gofrownicy to jeden z moich przebłysków geniuszu. Niewielu co prawda, ale lepszy rydz niż nic. Gofrownica daje naprawdę sporo możliwości, ponoć niektórzy robią sobie w niej nawet placki ziemniaczane. Muszę przyjrzeć się tej tendencji gofrowania czego bądź. Dziś, na dobry początek, wytrawne, wegańskie gofry z dodatkiem batatów. Fajne nawet. Mnie smakują przyprawione na ostro. Genialne z dodatkami typu awokado, suszone pomidory i wegański majonez, ale garni każdy musi sobie ulubione znaleźć sam, wedle gustu i możliwości dietetycznych. Saute też dobrze wchodzą, prawdę mówiąc.
Przygotujmy:

średniego batata
ok. 200-250 ml mąki
100 ml gazowanej wody mineralnej
2 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego lub wegańskiej margaryny
łyżkę muscovado
łyżeczkę proszku do pieczenia
łyżeczkę soli
1/2 łyżeczki garam masali (przyprawę tę można pominąć)

Batata obrać, pokroić na małe kawałki i udusić do miękkości. Odlać wodę, i gdy batat nieco wystygnie, zmiksować go na puree. Dodać resztę składników i dokładnie zmiksować - masa nie może być zbyt lejąca, powinna mieć konsystencję bardzo gęstej śmietany - odpowiednią konsystencję uzyskujemy ewentualnie dodając nieco mąki. Rozgrzać goftownicę, posmarować lekko tłuszczem i piec gofry, w zależności od mocy gofrownicy - u mnie pieką się 4 minuty. Gofry można mrozić i odgrzewać w tosterze - wtedy odsyskują chrupiącą skórkę.

czwartek, 16 marca 2017

szybkie drożdżówki z owocami i kruszonką


Wyobraźcie sobie, że moja córka zażądała ostatnio, bym jej wykupiła szkolne podwieczorki! Indagowana na powyższą okoliczność przyznała, że chodzi o "okrągłe takie ciastka z owocami i posypką, pyszne". Żaluzja poniata, proszę uprzejmie, oto są. Tylko skąd się spryciula dowiedziała, że są pyszne...
Miejmy (na 2 standardowe blachy):

na ciasto drożdżowe:
400 g mąki
100 g cukru
80 g masła klarowanego, kokosowego lub wegańskiej margaryny
ok. 180 ml mleka roślinnego lub wody
opakowanie suchych drożdży
pół laski wanilii
szczyptę soli
na kruszonkę:
60 g mąki
30 g cukru
30 g wegańskiej margaryny
dodatkowo: owoce - u nas maliny i truskawki (własne, mrożone), ale można użyć śliwek, jabłek etc.

Przygotować ciasto drożdżowe: wszystkie składniki oprócz tłuszczu włożyć do miski i miksować mikserem z hakami do ciasta przez ok. 5 minut. Ciasto powinno być zwarte, ale nie twarde, więc by uzyskać taką konsystencję, trzeba ewentualnie dodawać mleka lub mąki. Rozpuścić tłuszcz, dodać do ciasta i wyrabiać jeszcze ze 2 minuty. Miskę z ciastem przykryć i odstawić do wyrośnięcia. W tym czasie zagnieść kruszonkę i przygotować owoce - jeśli używamy mrożonych, po ich opłukaniu (ja mrożę zawsze nieumyte owoce, więc muszę je potem płukać), należy ułożyć je na papierowym ręczniku, by je dobrze odsączyć. Kruszonkę wyrobić palcami i odstawić w chłodne miejsce. Gdy drożdżowe urośnie, rozwałkować je na podsypanym mąką blacie na grubość ok. 1 cm. Dużą szklanką wykroić koła i poukładać je, zachowując odstępy, na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawić do wyrośnięcia. Gdy urosną, poukładać na nich owoce (niezbyt dużo) i posypać je kruszonką. Wstawić do piekarnika z termoobiegiem nagrzanego do 150 stopni i piec ok. 20 minut. Pod koniec pieczenia warto na chwilę włączyć funkcję grilla, by mocniej zrumienić kruszonkę.

poniedziałek, 13 marca 2017

pieczone roladki z kurczaka w boczku ze śliwką


Tak właśnie jakoś uświadomiłam sobie, że najczęściej to piekę, i to nie ciasta wcale. To pewnie dlatego, że ponoć pieczenie jest zdrowsze niż smażenie, a poza tym jak się coś włoży do piekarnika, to można zająć się czym innym. A ja jestem mistrzem zarządzania czasem, a przynajmniej staram się nim być. Przejdźmy jednak do rzeczy. Roladki robię z ud, bo to mięso jest mniej suche niż filet. Bardzo ciężko jest dostać uda bio, ale polecam poszukać, bo niby jak się od czasu do czasu zje zwykłą kurę to tragedii nie ma, ale alergikom to bym fermówki nie dała. Warto się też postarać o surowy boczek wędzony tradycyjnie, no i rzecz jasna niesiarkowane śliwki. Ale po co ja to mówię? Przecież doskonale to wiecie!
Weźmy:

uda kurczaka - po 1-3 sztuki na osobę (dla dziecka jedną, dla chłopa trzy, ha ha)
śliwki suszone - tyle, ile ud
plastry wędzonego surowego boczku - tyle, ile ud
ząbki czosnku, nieobrane - tyle, ile ud (można pominąć)
sól i pieprz do smaku

Z ud zdjąć skórę, usunąć kości i nadmiar tłuszczu oraz inne niepożądane elementy (błonki etc.). Mięso lekko doprawić, uważając zwłaszcza na sól, jeśli boczek jest słony. W każdy kawałek zawinąć śliwkę, a następnie owinąć tak przygotowane udo plastrem boczku i spiąć drewnianą* wykałaczką. Poukładać dość ciasno w naczyniu do zapiekania, powtykać ząbki czosnku między roladki. Rozgrzać piekarnik do 200 stopni, wstawić uda na 10 minut, a następnie zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i piec przez ok. 40 minut (zwykłego kurczaka krócej). Jeśli pod koniec pieczenia roladki nie są satysfakcjonująco zarumienione, zwiększyć temperaturę do 180 stopni i piec do uzyskania pożądanego efektu.

*można też związać nicią; piszę o drewnianej wykałaczce, bo staram się nie stosować silikonowych akcesoriów, choć wiem, że są wygodne

sobota, 11 marca 2017

szkolne śniadania część 7


Niechże już nadejdzie sezon świeżynek owocowo-warzywnych, bo coraz ciężej do lunchownika coś wybrać... Na dokładkę Kajzerka ma swoje smaczki i nie jest łatwo pudełko wypełnić czymś, co jej naprawdę smakuje. Mrożonki się kończą, pomysły też, bo jakoś niełatwo mi się ogarnąć, popiec zdrowe batoniki, granole. Ale radzić sobie jakoś musimy. I tak sobie radzimy:

Poniedziałek
pita z gyrosem (bez sosu) i cykorią, mus owocowy 

Wtorek
bułka z pasztetem* i ogórkiem kiszonym, banan

Środa
drożdżówka z suszoną śliwką, wegański jogurt z malinami

Czwartek
paluchy chlebowe, kabanos, mus owocowy 

Piątek
burger rybny w bułce orkiszowej z sałatą, jabłko

*my już możemy trochę jajek, ale kto nie może, niech po prostu w przepisie pominie

środa, 8 marca 2017

kruche ciastka karmelowe dla NieAlergika


Z okazji Dnia Kobiet życzę Wam wszystkiego najlepszego! Z tej samej okazji, żeńska część Smakołyków upiekła sobie ciasteczka. Jak z Costy, a nawet lepsze, bo tamte czasem nieszczególnie mi wchodzą, jeśli są zbyt miękie w środku, takie jakby niedopieczone. Troszkę może za słodkie, bo nawet ja, megawielbiciel słodyczy, po jednym/dwóch, i to z czarną kawą, mam dosyć. Poza tym super, ale jeśli nie przepadacie za bardzo słodkimi przysmakami, zmniejszcie ilość muscovado o 50 gramów, co czynię od czasu do czasu. Lekko ciągnące środki i megachrupiące krawędzie, omnomnom. Spokojnie wyjdą bez jajka i na margarynie zamiast masła, więc jeśli nabraliście ochoty - pieczcie. Trzeba będzie jedynie trochę dłużej miksować tę margarynę z cukrem i ewentualnie dodać 2-3 łyżki wody czy mleka roślinnego. A! Jeśli jakieś ciasteczka zostaną (w co wątpię), to przechowujcie je zamknięte w szklanym lub metalowym pojemniku. Z podanych poniżej ilości wyszły mi trzy blachy - ale to dlatego, że ciasteczka potrzebują miejsca, bo się w trakcie pieczenia rozpływają.
Należy mieć:

250 g mąki
150 g jasnego muscovado
115 g masła
80 g syropu klonowego
50 g cukru pudru
duże jajko (przy alergii pomijamy)
miąższ z laski wanilii
płaską łyżeczkę proszku do pieczenia
1/2 płaskiej łyżeczki sody
sporą szczyptę soli
garść chipsów karmelowych (ja dałam też resztkę czekoladowych)

Masło zmiksować z cukrami i miąższem wanilii - tylko chwilę, by składniki się połączyły. Dodać syrop klonowy i jajko, zmiksować do połączenia, a następnie dodać mąkę wymieszaną z solą, proszkiem i sodą, i krótko zmiksować do połączenia się składników. Wsypać chipsy, wymieszać i odstawić miskę z ciastem do lodówki na 5 minut. W tym czasie nagrzać piekarnik do 170 stopni (termoobieg). Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Z ciasta formować kulki wielkości niezbyt dużego orzecha włoskiego i układać w odstępach (ciastka się rozpłyną) na blasze. Wstawić do piekarnika i piec ok. 9 minut.

poniedziałek, 6 marca 2017

rosół z dziczyzny


Zawsze mi się wydawało, że rosół z dziczyzny to nie jest smakowita rzecz. Jednakowoż jak spróbowałam, to zdanie zmieniłam. I równie jednakowoż od razu mówię, że jak się nie nastawimy, że rosół z dziczyzny to jednak inna sprawa niż kurzy, to może nie posmakować. Ta zupa bowiem ma głęboki, inny smak, jest nieco inaczej przyprawiona i dość intensywna.
I z pewnością zdrowsza od kurzego, zwłaszcza jeśli nie jest to rosół z tak zwanej kurki szczęśliwej. Omijam szerokim łukiem wywary z kości, ale z dziczyzną robię wyjątek, choć też ilość kości ograniczam.
PS. Na tym zdjęciu tego nie widać, bo mi nie wyszła rosołowa, szybka sesja, ale rosół ten ma inny odcień, jest ciemniejszy - podobny wołowemu.
Zatem przygotujmy:

ok. kilograma dziczyzny, może być z kością (dzik, jeleń etc.)*
porcję włoszczyzny z kapustą
niedużą cebulę
6 ziaren pieprzu
2-3 ziela angielskie
2 liście laurowe
1-2 ząbki czosnku
goździk
jagodę jałowca
sporą szczyptę kolendry (ziarno)

Oczyszczone mięso oraz włoszczyznę i obraną cebulę włożyć z przyprawami do garnka. Zalać zimną wodą, przykryć, postawić na kuchni i powoli doprowadzić do wrzenia. Odszumowywać. Gotować powoli przez ok. 2 godziny. Przecedzić i podawać z drobnym makaronem lub w kubeczku do popijania pierogów lub pasztecików.

*ja zużywam resztki i okrawki po robieniu szynek z dziczyzny

czwartek, 2 marca 2017

bezpieczne przyprawy dla alergików


Często dostaję maile z pytaniem o przyprawy, których używam. Boicie się "śladowych ilości...", chemii, domieszek. To fakt, jak mamy coś w proszku, to właściwie nie wiadomo, co to tak naprawdę jest. Kilka (naście?) lat temu była, o ile dobrze pamiętam, jakaś afera z przyprawami i mnie się też wtedy zapaliła kontrolka. Zaczęłam kupować przyprawy eko, ale to w sumie też już susz i proszki... Jak w przypadku każdego gotowca, nie wiemy, co jemy. Gdzie rosło to oregano? Czym je pryskali? Czy w czasie produkcji/pakowania nie dostało się do niego ciut bazylii, na którą jesteśmy uczuleni? Można złapać paranoję, co?
Jeśli ją złapaliście, albo po prostu chcecie wiedzieć, co dajecie swoim małym alergikom, to zioła uprawiajcie i suszcie sobie sami. To naprawdę nie jest trudne. Można je sobie postawić na parapecie, a suszyć powiązane w nieduże pęczki w zacienionym, suchym i przewiewnym miejscu. Suszenie domowe jest o tyle niekomfortowe, że zwłaszcza w przypadku alergików, musimy pilnować, by podczas suszenia nam rośliny nie podgniły czy popleśniały. Najlepiej suszyć w uchylonym piekarniku z termoobiegiem, nagrzanym do 25 stopni - kratkę wsuwamy na najwyższą pozycję i podwiązujemy pęczki ziół. Możemy też wykorzystać do przyrządzenia własnych ziółek urządzenie do suszenia grzybów. Jak długo suszymy? Aż wyschnie, ha ha! Tylko trzeba pamiętać, że suszonym ziołom nie powiniem się zbytnio zmienić kolor, jeśli zbyt mocno ściemnieją lub zbrązowieją - wyrzucamy i zabieramy się za suszenie kolejnych pęczków. Jak nam się uda, susz trzymamy w szczelnych, szklanych pojemnikach.
No to zioła, jako najłatwiejszy element świata przypraw mamy z grubsza ogarnięty. Niestety, wanilii, kardamonu, pieprzu czy cynamonu sobie na parapecie raczej nie postawimy, więc musimy się ratować sklepowymi dobrami. W tym przypadku sugeruję zainwestowanie w przyprawy eko oraz dobrej jakości urządzenie do ich tarcia i/lub rozcierania. Czyli dobrą tareczkę, może być jakaś bajerancka zamykana, jak te specjalne na gałkę muszkatołową oraz solidny moździeż. Przyznam się w sekrecie, że u mnie za bajeranckie urządzenie robi mini-tareczka nabyta wieki temu w pewnym sklepie o skandynawskim blichtrze, a za moździeż stare torebki po przyprawach, do których wsypuję co trzeba i walę bokiem tłuczka do mięsa. Taki ze mnie prawdziwy hipster, czy tam luksusowy bej... W każdym razie któreś z tych urządzeń nam się przyda, bo przyprawy warto kupować w całości i samemu sobie w razie potrzeby ścierać czy mielić. Przynajmniej wiemy mniej więcej, co jemy. Mniej więcej, bo nadal nie znamy warunków, w jakich nasza wanilia sobie rosła. Choć ona akurat robi najmniej problemów, jako że wystarczy ją przekroić i pewnym pociągnięciem nożyka wydobyć nasionka.
Na koniec chciałabym przypomnieć, że nie należy się spieszyć z wprowadzaniem przypraw korzennych do diety małego alergika, a i z ziołami trzeba ostrożnie. Na pewno unikamy curry, gorczycy, sosu sojowego, anyżu, a nawet papryki czy popularnego w herbatkach dla niemowląt kopru włoskiego. Z ziołami jest łatwiej, więc można śmielej sobie poczynać - majeranek, estragon itp. Warto próbować, bo dzięki przyprawom dania nie tylko lepiej smakują, ale też lepiej się trawią.

wtorek, 28 lutego 2017

zupa marokańska


No zbyt ładna to ta zupa nie jest, przynajmniej na tym zdjęciu, ale bardzo smaczna i zdrowa. Zdrowa bezdyskusyjnie, natomiast smaczna dla tych, którzy lubią nieco orientalne smaki. Wspaniale rozgrzewa i doskonale wpływa na trawienie, dzięki zatrzęsieniu warzyw i orobinie ostrych przypraw. Zupa śmietniczek, bo można do niej dodawać co kto ma i lubi. I może. Warto ją doprawić na subtelnie kwaśno, ale kto nie może soku z cytryny, ten musi się posiłkować sokiem z białej porzeczki. W ogóle sok z białej porzeczki to jest bardzo fajny zastępnik soku z cytryny - warto sobie takiego soczku narobić w sezonie. Ale o tym innym razem.
Teraz trzeba mieć:

szklankę suchej ciecierzycy (można też wykorzystać ciecierzycę z puszki)
3/4 szklanki passaty
2 marchewki
2 gałązki selera naciowego
pietruszkę
czerwoną paprykę*
cebulę
garść poszatkowanego jarmużu
po 1/2 szklanki fasolki, groszku i ziaren kukurydzy
2-3 ząbki czosnku
po łyżeczce: cynamonu i papryki (ja daję wędzoną)
1/2 łyżeczki kurkumy
harrisę i kumin - do smaku
sól i pieprz do smaku
3-4 łyżki oliwy

Ciecierzycę opłukać i namoczyć na noc w zimnej wodzie. Odcedzic, zalać świeżą wodą i ugotować do miękkości - ok. godzinę. Odcedzić. Rozgrzać oliwę i podsmażyć na niej pokrojoną w kostkę cebulę, dodać drobno posiekany, obrany czosnek oraz przyprawy i smażyć ok. 5 sekund, energicznie mieszając. Wrzucić pokrojoną w małe słupki marchew i pietruszkę, pokrojony w plasterki seler naciowy, fasolkę, groszek, kukurydzę, pokrojoną w paseczki paprykę oraz posiekany jarmuż. Zalać wodą (tak, by jej poziom przewyższał składniki o kilka centymetrów), posolić, przykryć i gotować ok. 10-15 minut. Następnie dodać passatę oraz ciecierzycę, zagotować, doprawić i podawać.

*ja lubię dodać zgrillowaną i obraną ze skóry paprykę

sobota, 25 lutego 2017

szkolne śniadania część 6


Słabizna i głód. Zima. No ale radzić sobie trzeba. Dziś wpis śniadaniowy z propozycjami zawartości termosów.

Poniedziałek
kanapka z domową mielonką i ogórkiem kiszonym, mus owocowy w tubce, do termosa: ryż z jabłkami

Wtorek
bułka z pasztetem i sałatą, jabłko, do termosa: pęczak z szynką, groszkiem i pieczarkami

Środa
drożdżówka ze śliwkami i kruszonką, deser owocowy bio, do termosa: krem z kukurydzy

Czwartek
wafle ryżowe z masłem dyniowym, banan, do termosa: krupnik

Piątek
jogurt ryżowy z granolą, jabłko, do termosa: wegańskie bolognese

środa, 22 lutego 2017

pieczone donuty - pączki z dziurką dla NieAlergika


Alergicy mają swoje donuty w "100 smakołykach...", a tu proszę uprzejmie - coś dla NieAlergików. Obawiam się, że pączki z dziurką jak z Dunkin Donuts chyba nie są możliwe do podrobienia. Szkoda. Inne donuty, na które przepisy pobierałam "u żródła", czyli z amerykańskch blogów nieszczególnie nam przypadły do gustu. No to postanowiłam sama pokombinować, wszak Tłusty Czwartek zobowiązuje, a forma do donutów jakoś tak się ostatnio zakurzyła. Niniejsze pączki z dziurką są lekkie, niemal biszkoptowe, pływają w nich kawałeczki czekolady. Aby tradycji stało się zadość, należy je czymś polać, na przykład polewą czekoladowo-pomarańczową*. Są sympatyczne, ale jednak nie ma to jak nasze polskie, domowe pączki czy faworki, oj nie ma... W związku z tym niemaniem jutro nasmażę kazikowych pączusiów, oj nasmaże ci ja, ha!
Trzeba mieć (na ok. 10 donutów):

120 g mąki
60 g cukru (dałam nierafinowany trzcinowy)
30 ml mleka
2 duże jajka
2 łyżki czekoladowej konfekcji (kropelki, łupki etc.)
pełną łyżkę masła
łyżeczkę cukru z wanilią
po 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia i sody
szczyptę soli

Ubić na sztywno białka ze szczyptą soli. Dodać cukier i ubijać dalej, aż cukier się rozpuści. Dodać cukier waniliowy oraz żółtka, zmiksować. Rozpuścić masło, wlać do jaj z cukrem, zmiksować. Dodać mąkę, proszek, sodę oraz mleko i zmiksować na gładką masę. Wmieszać czekoladowe kropelki. Formę do donutów natłuścić. Do każdego zagłębienia wlać ciasto, +/- do 2/3 wysokości. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piec ok. 12 minut. Donuty wystudzić na kratce i udekorować polewą (nie jest to oczywiście konieczne, ale jednak uważam, że donut powinien mieć polewkę oraz kolorową posypkę).

*proponuję polewę do murzynka nasmaczyć pomarańczowym likierem lub skórką startą z pomarańczy bio

niedziela, 19 lutego 2017

baklava bez orzechów na Tłusty Czwartek


Baklava jest słodka, tłusta i pyszna, zatem idealnie nadaje się do wzbogacenia
pączkowo-faworkowej tradycji Tłustego Czwartku. Alergik, rzecz jasna, bakławą sobie raczej nie dogodzi, bo orzechy, miód i sok z cytryny. Zrobiłam więc ten grecki (turecki? bałkański?) deserek na zamiennikach. Jak się skorzysta z nieco chemicznego (no trudno, w końcu to tylko raz w roku), gotowego ciasta filo, to rzecz jest niezwykle prosta i szybka. Tylko trzeba troszkę doprawić, bo nie możemy liczyć na orzechowy smak. Ten przepis zakłada użycie masła klarowanego, co przy silnej alergii na krowę nie jest dobrym pomysłem, ale myślę, że taka baklava wyjdzie równie dobrze na tłuszczu kokosowym. Jeśli spróbujecie ją zrobić na takim oleju - dajcie znać jak wyszło.
Musimy mieć:

opakowanie ciasta filo (użyłam chłodzonego gotowego)*
300 g lekko podprażonych pestek slonecznika
100 g klarowanego masła
1/3 szklanki cukru
miąższ z 1/2 laski wanilii
pełną łyżeczkę cynamonu
szczyptę mielonych goździków
na syrop:
ok. 200 ml cukru (2/3 szklanki)
1/3 szklanki wody
opcjonalnie: odrobina wody różanej lub z kwiatu pomarańczy lub wanilia**

Masło rozpuścić. Płaty ciasta rozdzielić na dwie połowy - ilość arkuszy powinna być równa. Składniki farszu zmiksować blenderem, ale niezbyt mocno. Formę do pieczenia posmarować masłem i ewentualnie wyłożyć papierem do pieczenia (jeśli nie używamy formy z powłoką nieprzywierającą). Położyć płat ciasta, posmarować masłem, potem następny i posmarować masłem, i tak do zużycia połowy płatów. Następnie wyłożyć farsz i resztę płatów ciasta. Każda warstwa ciasta musi być posmarowana masłem, także wierzchnia. Ułożone ciasto pokroić - nie do samego spodu - to jest najtrudniejszy moment, trzeba dysponować bardzo ostrym nożem (nóż do pizzy się nie sprawdzi). Wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni (termoobieg) i piec 30 minut. W tym czasie przygotować syrop: gotować wodę z cukrem, aż odrobinę zgęstnieje (ewentualnie dodać przyprawy) i odstawić, by wystygł. Ciasto wyjąć z piekarnika, odczekać minutę i polać syropem. Przed podaniem odstawić na kilka godzin, a najlepiej na całą noc.

*w moim cieście było 7 ogromnych płatów, które podzieliłam na pół, żeby zmieściły się do blachy o wielkości ok. 20x30 cm; opakowanie 300 g
**ja gotowałam syrop z połową laski wanilii (przeciętą na pół)

czwartek, 16 lutego 2017

jak zrobić karmel


Karmel, niby rzecz łatwa, cukier na patelnię i gotowe. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie nie taka łatwa, a konkretnie chodzi mi o moment, w którym należy już naprawdę zagęścić ruchy, żeby karmelu nie spalić. Mamy już na Samkołykach przepis na karmel płynny, dziś pooglądamy receptę na karmel twardy, dobry na karmelki czy lizaki. Jak Jeremi ze słodyczy mógł tylko cukier, to mu właśnie lizaki z takiego karmelu robiłam. Twardy karmel, gdy go potraktować młotkiem albo tłuczkiem, jest też fajną posypką czy dodatkiem do kremów. Słodzone nim napoje nabierają szlachetności... Jednym słowem - warto go od czasu do czasu zrobić. Niestety, wadę ma taką, że musi być dość szybko zużyty, bo zawilgotnieje.
Weźmy:

cukier - tyle, by pokrył dno patelni warstwą max. 0,5 cm
dobrą, dużą patelnię

Cukier równo wysypać na całe dno patelni. Postawić na ogniu i podgrzewać, aż cukier zacznie się topić. Gdy zacznie, delikatnie poruszać patelnią, by rozpuszczał się równomiernie. Gdy się rozpuści i zacznie nabierać bursztynowego koloru, błyskawicznie przelać go na zimny talerz lub formy na lizaki. Jeśli chcemy mieć posypkę, gdy karmel zastygnie, przykryć go arkuszem papieru do pieczenia i delikatnie pokruszyć - najlepiej drewnianym wałkiem. Przechowywać w szczelnie zamykanym naczyniu.

poniedziałek, 13 lutego 2017

wegańska galaretka


Dawno, dawno temu, jedynym dozwolonym w diecie syna deserem była kostka cukru. Nie robię sobie jaj, naprawdę tak było. Po co wam to mówię? Żebyście nie tracili wiary i się nie zamartwiali, bo nawet wtedy, gdy tylko cukier nie uczula, po jakimś czasie okazuje się, że tiramisu nie szkodzi. Szkodzą za to inne rzeczy, np. surowy seler, jabłko czy marchew. No ale taka natura alergicznego marszu. Ważne, żeby go jak najbardziej ograniczyć, bo powstrzymać się nie da. Przy naszym nasileniu uczulenia to cud, że Kajzer ma drobny OAS, a nie ciężką astmę. Nie będę wspominać o silnych reakcjach na orzechy, bo od razu się zalewam zimnym potem. Teraz się zastanawiam, jak pójdzie z Kajzerką, bo u niej alergia raczej nieduża, co nie znaczy, że się całkiem cofnie. Ale do czego zmierzam? A! Pewnego dnia kostkę cukru można zamienić na kostkę galaretki. Wykonanej oczywiście z domowego, dozwolonego soku i agaru. Z cukrem lub bez...
PS. Galaretka na zdjęciu dla potrzeb owego zdjęcia jest zrobiona tradycyjnie, bo te na agarze nie są idealnie przejrzyste, pamiętajcie o tym.
Przygotujmy zatem:

1/2 litra dozwolonego soku z owoców + ewentualnie cukier do smaku
agar - nieco więcej, niż podana na opakowaniu ilość do zagęszczenia 1/2 litra płynu

Sok mocno podgrzać, ewentualnie dosłodzić i dokladnie rozpuścić w nim agar. Przelać galaretkę do miski i odstawić do zastygnięcia. Jeśli okaże się, że galareta nie jest wystarczająco twarda, rozpuścić ją podgrzewając w garnku, dodać więcej agaru i ponownie odstawić do stężenia. Można ją przygotować w pucharkach lub w misce i pokroić przed podaniem.

sobota, 11 lutego 2017

szczepienia dla alergików


Często mnie pytacie, co sądzę o szczepieniach, czy szczepiłam dzieci. Co sądzę o szczepionkach - nie ma znaczenia. Nie jestem z branży medycznej, nie znam się na medycynie, a moje zdanie o szczepionkach jest takie, że owszem, są błogosławieństwem, ale bez przegięć. W skrócie: pojedyncze tak, sześć w jednym - zdecydowanie nie. Tak mi mówi intuicja, a nasza alergolog też zawsze była w temacie ostrożna.
Jak wiecie dzieci mam dwoje - koszmarnie uczulonego w latach 0-4 syna i niezbyt mocno uczuloną córkę. I u mocno alergicznego Jeremiego szczepienia przebiegały całkiem ok. Odczynów i skutków ubocznych sobie nie przypominam, z zauważalnych to może raz miał stan podgorączkowy. Być może był po prostu tak mocno zsypany, że nie było widać dodatkowej wysypki, ha ha. Mimo niezwykle silnych reakcji na mleko i białko jaja nie zauważyłam, żeby było po szczepieniach jakieś pogorszenie. Ale Jeremi "pozbywał się" wszelkich objwów alergii podczas infekcji, więc może tu jest coś na rzeczy. Inna sprawa, że Kajzer był wówczas tzw. "typem niewstrząsowym". Nigdy nie musieliśmy mieć szczepień na oddziale, bo po podaniu nawet bardzo silnego alergenu, reakcje wciąż były tylko skórne. Z przykrością widzę, że to się zmieniło, bo po nerkowcach reakcja jest bliżej anafilaksji, z wymiotami i osłabieniem, więc sram ze strachu. Ale jeśli chodzi o szczepienia - nic złego się nie działo.
Ze znacznie mniej uczuloną Kajzerką sprawa szczepień okazała się nieco inna. Nina też dostawała wedle kalendarza, ale u niej po szczepieniach pojawiała się gorączka, marudzenie etc. Największą natomiast masakrą musiała być trzecia dawka czegoś, co się podaje w udo, bo wiele lat od szczepienia miała tam "kuleczkę", a wokół kuleczki suchą, zaczerwienioną plamę. Kuleczka w końcu wylazła, ale plama została. Jaśniała, jaśniała, ale dotąd nie zniknęła, a przecież córka ma już prawie 6 lat. I w tym miejscu mamy zawsze taką suchą, lekko azetesową plamkę. Nieźle, co? Ciekawe, co to był za zajzajer... Kiedyś spytam pielęgniarkę, co tam podali (bo nie pamiętam) i jak się dowiem o co kaman, to zaapdejtuję niniejszy wpis.
Ja nie pamiętam swoich szczepionek, prócz jednej, bo już byłam duża i mogłam to zapamiętać. To było coś kojarzonego, jakieś di-te-per, czy inna cholera. W dwie-trzy godziny po jej podaniu straciłam przytomność. Na chwilkę. Byłam sama w domu akurat. Padłam, wstałam i tyle, nic potem się nie działo. Poskarżyłam się mamusi po jej powrocie, mamusia zadzwoniła do przychodni, dowiedziała się, że tak może być i że ma się nie przejmować, więc się nie przejmowała. No, ale to były inne czasy. Kto tam wtedy wnikał i zakładał antyszczepionkowe ruchy. A słyszałam nie tak całkiem dawno historię, z całkiem wiarygodnego źródła, że pewniem polski naukowiec został usunięty szybciutko z USA po tym, jak ośmielił się podnieść kwestię zgonów po pewnej szczepionce. I tak to na tym świecie...
No, ale do rzeczy. Zatem widzicie, że kwestia szczepień jest u nas nietypowa. Na pewno u silnie uczulonych dzieci szczepionki lepiej robić na oddziale, bo nigdy nie wiadomo, co tam w tej fiolce siedzi i jak dzidzia zareaguje. Żadnemu dziecku, nie tylko alergikowi, nie zaleciłabym szczpionek typu ileśtam w jednym, to za gruba bomba, jak na moje chłopskie rozumowanie. Nasza pediatra, która wychowała własnych chyba z pięcioro jest zdania, że im wcześniej, tym lepiej, bo małe dzieci lepiej znoszą szczepionki. I też nie jest fanką skojarzonych. Szczepiałam dzieciaki zawsze w miarę zgodnie z kalendarzem, korzystałam z możliwości zakupu jakichś lepszych preparatów, ale tak ogólnie to raczej bezpłatna normalka. I prócz tej plamki nigdy nie mieliśmy szczególnych problemów. Dlatego, jeśli mam w ogóle coś poradzić w tej kwestii, to chyba tylko to, żeby szczepienia prowadzić zawsze w porozumeniu z alergologiem, jeśli to konieczne - robić to na oddziale i o ile to możliwe nie stosować szczepionek multi i brać tylko te zalecane. Bo wydaje mi się, że szczepionki to nie jest samo zło. Nie wyobrażam sobie nie szczepić na tężec, błonicę, czy inne koszmarne choroby, ale nie mam zamiaru szczepiać na grypę czy jakieś hpv. Bo tu już węszę farmaceutyczną manipulację...

czwartek, 9 lutego 2017

bułka z pieczarkami, czyli czar PRLu


Dziś z archikukbuka wylosowałam sympatyczne, a nawet rzeknę że nostalgiczne danko: bardzo vintage bułki z pieczarkami. Kto dorastał jeszcze w PRLu, ten wie, o czym mówię. Tamte buły były majone żółtym serem, którego oczywiście w archikukbukowym przepisie poniechamy. Farsz powinien być napychany do podłużnych, hotdogowych buł, ale kto by się takimi drobiazgami przejmował. Ja pakowałam do bułek okrągłych, bezglutenowych i też było mniam. Danko, o którym mówimy jest fajne na kolację czy mniejszy obiad, albo większą przekąskę. Bez foty, bo z archiwalnego kukbuka. A! Nie wiem dokładnie od jakiego wieku można podawać dzieciom pieczarki. Mój miał ze trzy lata jak dostawał. No bo grzyby leśne to wiadomo, najlepiej nie wcześniej niż używki, ale jak to jest z pieczarkami, to pojęcia nie mam...
Trzeba mieć:

1-2 bułki (dozowolone w diecie - myśmy korzystali w tamtych czasach z bezglutenowych)
6-7 świeżych, dorodnych pieczarek
małą cebulkę
łyżkę masła klarowanego lub innego tłuszczu
łyżeczkę posiekanej natki pietruszki
sól i pieprz do smaku

Pieczarki oczyścić i pokroić na plasterki, cebulę pokroić w kosteczkę. Rozgrzać tłuszcz na patelni, wrzucić cebulę, chwilę przesmażać. Następnie dodać pieczarki, zezłocić je, podlać wodą, doprawić i udusić pod przykryciem - powinny być miękkie, ale nie rozgotowane. Jeśli zachodzi taka potrzeba, farsz odparować, bo nie może być mokry. Przestudzić i wymieszać z natką. Bułki lekko podgrzać (na przykład w piekarniku lub na tosterze). Jeśli są to bułki o podłużnym kształcie, wykroić w ich miąższu rurkę (miąższ można ususzyć na bułkę tartą), jeśli okrągłe - przeciąć nie do końca wszerz i wydrążyć nieco miąższu. Nafaszerować pieczywo pieczarkami i podawać.

poniedziałek, 6 lutego 2017

piegusek z brzoskwiniami dla NieAlergika


Lekki, delikatny i całkiem sympatyczny wypiek dla miłośników maku. Dla średnich miłośników warto zmniejszyć jego ilość na rzecz mąki. Ten przepis przeleżał się jako wycinek z jakiejś gazety chyba z dziesięć lat, zanim zamienił się w placek. W trakcie roboty uległ modyfikacjom, a następnym razem ulegnie właśnie jeszcze umniejszeniu udziału maku w masie składników suchych, bo podana poniżej ilość skutkuje zbytnią makową intensywnością. I nie będzie to mak mielony, tylko całe ziarno. I pewnie wypróbuję inne owoce, choć brzoskwinie bardzo lubimy. A tak a propos - też tak macie, że przepisy muszą się odleżeć, zanim zostaną wypróbowane? Bo ja to mam sterty wycinków, niektóre są tak stare, że się gazetowy papier rozpada, i jakoś nie mam jak czy kiedy wziąć się za nie. A na pewno są tam jakieś warte trudu vintage-perełki...
Należy posiadać:

po 200 g masła, cukru i mąki
po 100 g mielonego maku i mielonych migdałów
ok. 100 ml mleka
4 duże jajka
puszkę brzoskwiń
2 łyżeczki proszku do pieczenia
łyżeczkę cukru z wanilią
szczyptę soli

Brzoskwinie osączyć i każdą połówkę przekroić wzdłuż na 2 lub 3 części. Białka oddzielić od żółtek. Masło utrzeć z cukrem, także waniliowym. Dodać żółtka, ucierać dalej. Dodać mleko oraz wymieszaną mąkę z makiem, migdałami i proszkiem do pieczenia. Zmiksować - ciasto powinno być raczej gęste. Białka ubić na sztywno ze szczyptą soli i delikatnie, za pomocą szpatuły, połączyć z ciastem. Masę przełożyć do blachy (ok 20x30 cm) wyłożonej papierem do pieczenia, na wierzchu poukładać brzoskwinie. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piek ok. 35 minut, do tzw. "suchego patyczka".

sobota, 4 lutego 2017

wegańskie ciastka Magdy B.


Przepis ten został mi podrzucony już bardzo, bardzo dawno, przez Magdę B., za co serdecznie dziękuję i... wreszcie publikuję! Podejrzewając Madzię o niecne knucie, upiekłam jej muffinki w formie na donuty, bo z treści wiadomości mesendżerowej wynikało, że mogę im w formie babeczek rady nie dać. Że w ogóle mogę im rady nie dać. Ale dałam. Ciacha Madzi są miękkie i wilgotne w środku, a chrupiące na zewnątrz. Bardzo miękkie i wilgotne wewnątrz, właściwie jak zakalec, ale nikogo brzuch nie bolał. Kajzerka nieszczególnie się zachwyciła, natomiast Kajzer wyjadł niemal wszystkie. Dodałam do nich wanilię i cynamon, ale jeśli boicie się korzeni, to bez też się obejdą, mam nadzieję. Magda B. piecze je w formie na babeczki i po wyjęciu z formy dopieka. Ja, mimo że piekłam je w formie na donuty, też wyjęłam i dopiekałam. Myślę, że to jest właśnie klucz do ich chrupkości zewnętrznej. To naprawdę fajny przepis, jeszcze raz dziękuję, Madziu!
Musimy wziąć (na ok. 8 donutów):

180 ml mąki (Magda daje orkiszową, ale z pewnością można też dać miks bezglutenowy)
150 ml puree z batata (mnie z batata, który ważył na surowo ok. 380 g wyszło ok. 300 ml puree)
ok. 100 ml mleka roślinnego lub wody, najlepiej gazowanej
4 łyżki oleju
3 łyżki cukru trzcinowego (Magda daje łyżkę ksylitolu)
1/2 łyżeczki kamienia winnego
po 1/2 łyżeczki cynamonu i cukru z wanilią
posiekane morele suszone - Magda dodaje, gdy robi swoje batatowe muffiny, ja nie dodałam

Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę - gdyby ciasto było zbyt twarde, dodać nieco wody. Formę na donuty lekko natłuścić i wypełnić do 3/4 wysokości. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (termoobieg plus dolne dogrzewanie) i piec ok. 12 minut. Wyjąć i odstawić, by ciastka lekko przestygły. Wyjąć je z formy, poukładać odwrócone na kratce i dopiekać jeszcze przez 5-10 minut.

wtorek, 31 stycznia 2017

granola kawowa


Często robię różnego rodzaju granole, ale bazę mam zawsze taką samą, tylko zmieniam dodatki, smaki. Na przykład kawa. Jeśli chodzi o kawę, to wprost uwielbiam. Szkoda, że nadciśnienie, wypłukiwanie magnezu i tak dalej, bo mogłabym się raczyć non stop. Ale z drugiej strony cieszę się, że w ogóle ją mogę, bo słyszałam o alergii na kawę i strach blady na mnie padł. Ale niezwykle szczęśliwie nie mam alergii na ten boski napar, więc zrobiłam granolę kawową, zawsze to dodatkowy punkt dnia. Pyszna, jednak kawowy aromat i smak jest wyczuwalny tylko jako dalekie echo i to dopiero po zalaniu mlekiem lub "mlekiem". Może dodałam za mało tej kawy, a może tak ma być, bo przecież podczas dłuższej obróbki termicznej kawowy aromat bierze i sobie najzwyczajniej w świecie ulata. W każdym razie i tak kawoszom polecam. Z owoców do tej granoli najbardziej pasujący wydał mi się daktyl, ale może inne owoce też fajnie pasują. Podsumowując: trudno się domyślić, że granola jest kawowa, ale ma ciekawy, nieco dymny smak.
Należy mieć:

400 g płatków owsianych
100 g pestek słonecznika
100 ml syropu klonowego
50 ml wody
po 2 pełne łyżki nasion lnu i niełuskanego sezamu
kilka suszonych daktyli
po łyżce kawy mielonej i rozpuszczalnej
łyżeczkę cukru z pieczoną wanilią

Wymieszać lekko podgrzany syrop z wodą, kawami i cukrem waniliowym, a następnie z suchymi składnikami. Mieszankę wyłożyć na blachę, wstawić na nagrzanego do 170 stopni piekarnika (termoobieg) i piec, od czasu do czasu mieszając, aż granola się lekko zrumieni - ok. 15 minut. Po ostudzeniu dodać pokrojone daktyle i przesypać do szklanego słoja.

sobota, 28 stycznia 2017

idealny falafel - kotleciki z ciecierzycy


W czasach studenckich wybrałam się na miesiąc do mojej przyjaciółki, do Sztokholmu. Biedna, emigrancka studenteria szwedzka mieszka tak, jak na to zasługuje (ale lepiej niż polska), więc trafiłam na osiedle Fittja, tygiel kulturowy i barwny, że się tak korektnie wyrażę. Było fajnie, z przygodami, ale bezpiecznie i przyjaźnie. Raz stałam sobie sama (bo czasem nawet przyjaciółki mają coś do załatwienia osobno) czekając na metro. Podeszła do mnie jakaś karmelowa dziewczyna w bardzo bogatej stylizacji. A trzeba wam wiedzieć, że to były czasy mody na grunge, więc mój outfit stał w opozycji do Karmelowej (przepraszam, ale nie zapamiętałam jej arabskiego imienia). Zaczęłyśmy gawędzić, pamiętam, że zafascynowały mnie jej oczy, bo tęczówki były zupełnie nieprzezroczyste, jakieś takie w brązowo-żółte plamki, nawet zapytałam, czy to soczewki jakieś specjalne, ale zarzekała się, że to jej naturalne. Od słowa do słowa dowiedziałam się, że jak się jest tak piękną dziewczyną (jak ja, gdyby ktoś miał wątpliwości, o kogo chodzi), to nie można się tak ubierać. Co to za podarte dżinsy? Co to za koszula w kratkę? Zatkało mnie. Normalnie, to bym jej kazała spierdalać, ale dbałość o moje interesy rozrzewniła mnie przeokrutnie. Bo w tym nie było złości, tylko zmartwienie, czy znajdę męża. W każdym razie zaprosiła mnie na herbatkę. Podczas herbatki otworzyła swoją szafę i się zaczęło... "W tym byłoby ci tak pięknie!", wykrzykiwała, wyjmując bluzki z źółtymi falbanami i różowymi cekinami. "To cudnie podkreśli głęboką czerń twoich oczu!", planowała rzucając we mnie turkusową sukienką w sraczkowate kwiatki (też z cekinami). Po trwającej dobre 10 minut "chwili" chyba zobaczyła wreszcie moją minę. Zreflektowała się, stwierdziła, że no tak, faktycznie nie bardzo do mnie pasują, a poza tym, co już całkiem niezaprzeczalne, nie są w moim rozmiarze (ja miałam 34, a Karmelowa co najmniej ze 40). Następnie zjadłyśmy falafel, pożegnałyśmy się i już nigdy więcej nie dane nam było się spotkać. Ten falafel, jakże idealny, zawsze przypomina mi tamto arabskie mieszkanie, Karmelową, jej dobre serce i szałową garderobę.
Weźmy:

opakowanie (miałam 400 g) suchej ciecierzycy
małą cebulę pokrojoną w drobniutką kosteczkę
ząbek czosnku
łyżeczkę sody
łyżeczkę soli (lub ilość do smaku)
dozwolone, ulubione przyprawy*
olej do smażenia

Ciecierzycę opłukać, zalać lekko ciepłą wodą, dodać sodę, wymieszać i odstawić na noc (u mnie się moczyło prawie 20 godzin). Odcedzić i zmielić dwukrotnie, drugi raz z czosnkiem i cebulą, a następnie doprawić do smaku. Rozgrzać olej na małej, nieprzywierającej patelni. Olej nie musi być "do pływania", ale powinna być minimum 5 mm warstwa. Mocno rozgrzać, wrzucić falafel, zmniejszyć ogień i smażyć z obu stron, po 3-5 minut (w zależności od wielkości kotletów) z każdej. Odsączać na ręczniku - choć nie jest to konieczne, bo falafel nieszczególnie chłonie tłuszcz. Podawać jako przekąskę z ulubionym dipem lub z pitą, warzywami i sosem jako danie obiadowe.

*tradycyjnie falafel doprawiony jest kuminem, zieloną i sproszkowaną kolendrą, cynamonem czy miętą; ja doprawiłam garam masalą, ale przy reakcjach na przyprawy wystarczy dodać sól i np. pieprz oraz posiekaną natkę

środa, 25 stycznia 2017

placki z kukurydzy dla NieAlergika


Robiący się na przysłowiową przyczynę śmierci chłopa w szpitalu przysmak z czasów studenckiej biedy. Bardzo smaczny. Dawno temu nikt się nie zastanawiał, czy wszystkie ziarna kukurydzy są GMO, czy też nie są, bo o samym GMO nie słyszał. Wtedy zresztą były inne priorytety, imprezka, sesja, no wiecie, jak to wśród studenterii. Placki te należą do dań błyskawicznych i tanich. Z surówką czy jarzynką i fajnym sosem mogą być szybkim obiadem albo sycącą kolacją. Warto je wykładać z patelni na papier, by osączyć tłuszcz. Jeśli dbamy o linię, bo jak nie, to szkoda fatygi.
Wystarczy posiadać:

ok. 500 g ziaren kukurydzy (ugotowanych) lub osączone ziarna z 2 puszek
80 g żółtego sera
2 jajka
4-5 pełnych łyżke mąki
sól, pieprz, papryka słodka i chili - do smaku
olej do smażenia

Ser zetrzeć. Jajka roztrzepać, dodawać stopniowo mąkę, nadal roztrzepując, do uzyskania ciasta o konsystencji gęstej śmietany. Dodać przyprawy, kukurydzę oraz starty ser i dokładnie wymieszać. Masa powinna składać się głównie z ziaren i sera, ciasta nie powinno być zbyt dużo, tyle tylko, by oblepiło kukurydzę. Na rozgrzanym oleju, na niezbyt dużym ogniu, smażyć z obu stron nieduże placuszki i podawać z ulubionym sosem i surówką.

niedziela, 22 stycznia 2017

domowy sos do pizzy


U nas żółty ser już dozwolony, a pizza, wiadomo - danie ulubione zaraz po frytkach, fuj. Fuj, bo na oleju się je smaży. Ostatnio przekazano mi poufne informacje, że jednym z najbardziej trujących produktów (obok chińskich ryb i kapusty pekińskiej) może być olej rzepakowy. Dlaczego? Bo ponoć na dwa dni przed zbiorami bywa polewany jakąś potworną chemią, żeby równo dojrzał do zbioru. Nie wiem, ile w tym prawdy, więc jeśli ktoś coś wie - niechaj da znać.
A tymczasem porozmawiajmy o tym, co dobre. Domowy sos do pizzy. Można go zrobić na dwa sposoby - albo w sezonie pomidorowym, używając świeżych pomidorów pozbawionych skóry (i oczywiście pasteryzując), albo w dowolnie wybranym momencie roku, posiłkując się bio passatą. Ten drugi sposób najczęściej właśnie praktykuję, bo niestety nie zawsze dysponuję odpowiednią do długich manewrów kuchennych ilością wolnego czasu. Sos z passaty robi się błyskawicznie i naprawdę nie jest zauważalnie gorszy w smaku, o ile się zatroszczymy o dobrej jakości butlę przetartych pomidorów. Sosu mi zazwyczaj zostaje, więc mrożę i mam na wszelki wypadek, gdy pociechy najdzie chęć na pizzę.
Trzeba mieć:

butelkę passaty bio (ok. 800 ml) lub kg świeżych pomidorów podłużnych
małą cebulę
ząbek czosnku
łyżkę oliwy
płaską łyżkę cukru (daję nierafinowany trzcinowy)
po 1/2 łyżeczki oregano i bazylii
po szczypcie tymianku, rozmarynu i szałwii (opcjonalnie, daję jak nie zapomnę)
sól i pieprz - do smaku

Na oliwie zeszklić posiekaną cebulę, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, zamieszać i wlać passatę (lub dodać pokrojone, sparzone i obrane ze skórki pomidory). Doprawić i smażyć ok. 15 minut (ze świeżymi pomidorami dłużej oczywiście, aż się rozpadną i odparują), aż sos zgęstnieje, a następnie zmiksować na gładko (nie jest to konieczne). Rozprowadzać go na pizzy dopiero gdy wystygnie, żeby nie zaparzyć ciasta.

piątek, 20 stycznia 2017

makaron z wegańskim, kremowym sosem szpinakowym


Czy to, że jesteśmy na bezmlecznej diecie oznacza, że nie mamy prawa do kluchów z kremową, szpinakową czapeczką? No właśnie. Ale od razu zaznaczam, że przepis jest dla tych, co lubią awokado. My lubimy. A kto nie lubi, niech sobie owoc podmieni na śmietankę roślinną, choć wtedy kremowość nie jest już gwarantowana.
Należy mieć:

dozwolony w diecie makaron
na sos:
paczkę mrożonego szpinaku
nieduże, dojrzałego awokado
łyżkę masła klarowanego lub oliwy
1-2 ząbki czosnku
szczyptę gałki muszkatołowej
sól i pieprz do smaku
oraz:
opcjonalnie: kilka suszonych pomidorów

Na patelni rozgrzać tłuszcz. Czosnek obrać i przecisnąć przez praskę, wrzucić na patelnię, chwilę przesmażać i dodać szpinak. Odparować, mieszając i doprawić do smaku. Awokado zmiksować na mus, wymieszać ze szpinakiem. Sos podawać na ugotowanym makaronie, posypany posiekanymi suszonymi pomidorami.

wtorek, 17 stycznia 2017

bezglutenowe naleśniki z karmelizowanymi jabłkami - bez cukru


Dziś archikukbukowe, słodkie (choć bez cukru) i niezwykle smaczne danie. Te naleśniki były prawdziwym hitem. Bez glutenu i bez cukru, za to z coraz częściej uczulającymi jabłkami. Nas nie uczulały, zwłaszcza obrobione termicznie, więc robiłam Kajzerowi dość często. Prawdziwa uczta, mówię wam, zwłaszcza gdy na pierwsze danie szła zupa ogórkowa. W ogóle to się zastanawiam, jak przy tak ograniczonej diecie organizm dziecka sobie radzi - młode przybiera, normalnie się rozwija, nie ma niedoborów. Doprawdy, nasze ciała wiele potrafią. Przecież tyle się mówi o niedożywieniu rozwiniętych, zamożnych społeczeństw, spowodowanym coraz mniejszą wartością odżywczą produktów... No właśnie, może tu jest odpowiedź: Jeremiego pasłam przecież produktami "własnymi", czyli albo eko, albo z własnego ogródka, albo z upraw ludzi dobrej woli, którym to ludziom jestem niewypowiedzianie wdzięczna. Zawsze będę.
Należy mieć:

wegańskie naleśniki bez glutenu
2 słodkie jabłka bio
łyżeczkę dozwolonego tłuszczu (robiłam na maśle klarowanym)
syrop do polania (ja polewałam klonowym)

Jabłka obrać i pokroić w ósemki. Rozgrzać tłuszcz i powoli karmelizować na nim kawałki owoców. Gotowe układać na jednej połowie naleśnika, polewać syropem i składać placek na pół. Naleśniki dobrze smakują także na zimno.

piątek, 13 stycznia 2017

domowe płatki śniadaniowe


Płatki śniadaniowe. Symfonia na syrop glukozowy, kakao, miód... Zatem albo syf, albo alergen. Trochę nam się nasze najlepsze płatki śniadaniowe znudziły, zatem postanowiłam poszukać jakiejś alternatywy i znalazłam to. Też nie ideał, no ale w porównaniu z kupowanymi zdecydowanie wolę. Następnym razem spróbuję dodatku mąki razowej, może będzie ciut zdrowiej. To raczej maciupeńkie ciasteczka, niż płatki, ale całkiem wporzo. Nie tak wporzo jak nasze kultowe płatki śniadaniowe, ale od czasu do czasu można upiec. Z podanych proporcji wychodzą ze trzy blachy - no, dwie ciaśniej upchnięte. Wbrew pozorom to wcale ilościowo nie przekłada się na torbę płatków sklepowych. Owszem, dla malucha starczy na dłużej, ale większe chłopię kłapnie 2-3 razy i znowu trzeba odpalać piekarnik. A teraz o wyzwaniu w postaci nacięcia setek mini-ciasteczek o średnicy 5 mm - wbrew pozorom nie jest to wcale takie straszne. Czynność ta ma, powiedziałabym nawet, właściwości kojące bańkę. I całkiem szybko idzie, jeśli od czasu do czasu oczyści się nożyk z przyklejonego ciasta.
Weźmy więc:

szklankę mąki (dałam orkiszową jasną)
1/3 szklanki brązowego cukru trzcinowego
łyżeczkę oleju
ok. 1/2 szklanki mleka roślinnego lub wody
po 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia i sody
do smaku: miąższ z laski wanilii i łyżeczkę cynamonu

Wymieszać suche składniki i dolewać mleko do uzyskania ciasta o jednolitej, niezbyt wolnej konsystencji - to powinna być masa, która "się trzyma", jest dość zwarta. Wmieszać olej i przełożyć masę do rękawa cukierniczego lub wyciskarki do ciastek. Trzy blachy wyłożyć papierem do pieczenia. Na papier wyciskać po odrobinie ciasta (u mnie średnica tylki 0,5 cm), odcinając porcje cienki, niedużym i ostrym nożykiem. Wstawić blachy do piekarnika nagrzanego do 175 stopni i piec ok. 8 minut. Wystudzić przed zdjęciem z blachy i przechowywać w szczelnym pojemniku.

wtorek, 10 stycznia 2017

szkolne śniadania część 5


Kolejna część lunchboxowych inspiracji. Jest coraz trudniej, bo wybór zimowy nie należy do rozpieszczających swą obfitością. No ale coś tam się zawsze znajdzie...

Poniedziałek

Wtorek
donuty z ciasta cukiniowego, gruszka 

Środa
kanapka z szynką i papryką, mus owocowy (kupny)

Czwartek
krakersy żytnie z awokado, cykorią i pomidorem, suszone daktyle

Piątek

sobota, 7 stycznia 2017

angel food cake czyli anielskie ciasto dla NieAlergika


Jak kto ma nadmiar białek, a bezy, dakłazy i inne makaroniki się ponudziły, to może zużyć białka na takie właśnie ciasto. Samo w sobie nie jest szczególnie grzeszne, bo bez tłuszczu. No, ale z cukrem. Samo w sobie ma jeszcze coś - jest po prostu ok. Taka lekka, nieco płaska w smaku spondżka. Ale gdy je podać z bitą śmietaną i owocami, albo tak jak na focie - ze śmietaną i musem malinowym - nabiera charakteru, i to wybornego. Przepis stąd, prawie niczego nie zmieniałam, tylko cukru wanilinowego (żeby czarne kropeczki nie psuły efektu bieli) dodałam, bo od razu wyczułam że to będzie gniot bez smaku, nie dałam też kamienia winnego. Wszystko poszło, że tak powiem, książkowo, tylko że to ciasto wcale nie jest takie białe jak mówią. Ani takie pyszne...
Trzeba mieć:

szklankę białek
szklankę cukru
3/4 szklanki mąki
opakowanie cukru wanilinowego
łyżkę soku z cytryny

Białka wlać do misy i zostawić na blacie, aż nabiorą temperatury pokojowej. Mąkę przesiać i wymieszać z 1/3 ilości cukru, odstawić. Białka spienić, dolać sok z cytryny i ubić na sztywno (ale nie na bardzo sztywno), dodać resztę cukru oraz cukier wanilinowy i ubić na masę sztywną, ale też bez przesady. Stopniowo, po 2 łyżki, dodawać mąkę z cukrem, delikatnie mieszając szpatułą. Ciasto przełożyć do dużej keksówki (niczym nie posmarowanej), wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piec ok. 40 minut. Ciasto najpierw urośnie, a ok 10 minut przed końcem pieczenia opadnie nieco. Sprawdzić patyczkiem, czy jest suche w środku. Jeśli tak, odwrócić formę z ciastem do góry nogami i studzić na kratce - ciasto na kratce, w formie, musi leżec do całkowitego wystygnięcia. Następnie nożykiem oddzielić je od boków formy i wyjąć, lekko postukując w jej spód (jeśli się opiera, lekko podważać z każdej strony aż wyjdzie). Podawać z dodatkami.