czwartek, 18 sierpnia 2016

alergik w restauracji


Jakiś czas temu mieliśmy epizod rodem z horroru. Poszliśmy na urodziny kolegi Jeremiego do restauracji indyjskiej. Przestudiowałam menu, wybrałam danie bezpieczne, a potem okazało się, że młody dostał bardzo silnej reakcji alergicznej, bo jednak w potrawie były nerkowce, choć miało ich tam nie być. Jaki z tego morał? Nie, nie taki, żeby alergika do restauracji w ogóle nie zabierać. Ale trzeba to robić z głową i według starej, dobrej zasady, która brzmi: "Kontrola podstawą zaufania".
Dawno, dawno temu, gdy Jeremi był uczulony na prawie wszystko, jadał w knajpach. Ale to, że jego alergia bardzo się wyciszyła, wyciszyło też moją, jak by nie patrzeć, nadmierną kontrolę. Kiedyś nasza wizyta w restauracji zaczynała się od mojej rozmowy z kucharzem. Omawialiśmy problem, mistrz proponował bezpieczne produkty, ustalaliśmy nawet sposób przyrządzenia (z wody, z pary, smażone na umytej patelni i nowym tłuszczu, jakie przyprawy i tak dalej). I potem dziecko jadło i nic mu nie było. Nigdy! A najpiękniejsze w tym było to, że kucharze, czy to z elegantszych restauracji, czy mazurskich smażalni podchodzili do wyzwania zawsze tak samo - byli ewidentnie ożywieni, zaangażowani, chętni, kreatywni i proaktywni. Cudownie. Czyli wychodzi na to, że wszystko zależy od opiekuna. Pamiętajcie o tym.
Są jednak miejsca, których alergik powinien unikać, a rozmowa z kucharzem może niewiele pomóc. To przede wszystkim restauracje "obce", w których obsługa jest słabo polskojęzyczna - chińskie, indyjskie etc. oraz takie, których kuchnia jest po prostu pełna alergenów - indyjska, afrykańska, a nawet trzeba uważać na włoską, bo jednak pesto to pinie czy migdały. Dobrze wypytać o składniki warto też w wegańskich, bo tam w menu zazwyczaj sporo orzechów czy soi. No to jaki mamy wybór, zapytacie. Bardzo prosty - wybierajmy się tam, gdzie kuchnia jest prosta, swojska, a kucharz kumaty. Rozmawiając z kucharzem na maksa wyolbrzymiajmy problem - jeśli nawet wasze pociechy po alergenie mają tylko trochę wysypki, zawsze mówcie, że kontakt  z alergenem może się skończyć bardzo źle. Możecie nawet dać delikatnie do zrozumienia, że nie straszne wam sprawy sądowe. Nie chodzi nam co prawda o to, żeby mistrz patelni trząsł portkami, tylko żeby mu uświadomić problem bardzo, ale to bardzo dosadnie.
No a co zrobić w sytuacji, gdy naprawdę chcemy zacząć przyzwyczajać dziecko do światowego życia lub w knajpie po prostu musimy się pojawić, bo, tak jak w naszym przypadku, tam się odbywa jakaś poważna impreza, a nie jesteśmy w stanie, bez względu na powód, zaufać i zamówić danie? Weźmy swoje, wytłumaczmy obsłudze problem i poprośmy o możliwość podania własnego jedzenia przez kelnera, na dobrze wymytym talerzu restauracji. Myślę, że nie będą robić problemu, bo ludzie związani z kulinariami to zazwyczaj istoty o gołębich sercach. I przy okazji będzie wilk systy i owca cała, bo młode zje jakby zamawiane, a jednak w pełni skontrolowane i bezpieczne. Czyli ogólnie nie taki diabeł straszny, tylko opiekun musi włączyć myślenie. Ja nie włączyłam i wesoło nie było, mam nauczkę.
Udanych biesiad!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakołyki uwielbiają Twoje komentarze i bardzo za nie dziękują!