niedziela, 29 maja 2016

[przed]szkolne śniadania część 13


Zestawienie numer 13. Szparagi wywołały u współbiesiadników efekt pięciozłotowych oczu. Dziwne... Tymczasem na stronie z przedszkolnym menu pojawiły się informacje dotyczące alergenów! W każdym posiłku coś, więc sorry. Śniadaniowe inspiracje są w zakładce śniadanie/kolacja.

Poniedziałek
obiad: pierogi z mięsem i ogórek kwaszony
podwieczorek: kawałek jabłecznika

Wtorek
obiad: krupnik
podwieczorek: suszone owoce i deserek ryżowy

Środa
obiad: kotlet mielony i szapargi
podwieczorek: jabłko prażone z cynamonem i batonik amarantusowy

Czwartek
obiad: naleśniki z jabłkami i syropem klonowym
podwieczorek: banan i krakersy

Piątek
obiad: zupa rybna
podwieczorek: kawałek placka z brzoskwiniami*

*zamiast moreli użyłam brzoskwiń ze słoika bio

środa, 25 maja 2016

wegański eton mess na Dzień Matki Karmiącej


Dla każdej matki, na przykład też matki-weganki, ale ze szczególnie ciepłym uśmiechem dla wszystkich mam, które nawet w swoim dniu nie mogą sobie dogodzić prawdziwym eton messem, bo karmią małego alergika. Eton mess to niestety jeden z moich ulubionych deserów. Niestety, bo kaloryczny skurczybyk. Ten wegański też fit nie jest. Ale w końcu matka karmiąca potrzebuje kalorii prawda? A ja, jako że już od dawna nie karmię, jak zjem, to gdzieś wyskaczę i tyle.
Weźmy:

kilka bez wegańskich
puszkę mleka kokosowego bez dodatków
szklankę dozwolonych owoców*

Mleko kokosowe mocno schłodzić. Otworzyć puszkę, zlać płyn z wierzchu (zachować), a "śmietanę" ubić tak jak normalną, dodając nieco płynu, gdyby śmietana była zbyt zwarta. W szklance układać warstwami lekko pokruszone bezy, bitą śmietanę oraz owoce i natychmiast podawać.

*na zdjęciu są truskawki, ale bardzo dobrze smakowo wypadają tu maliny

niedziela, 22 maja 2016

zielona sałatka ze szparagami


Misa zielonego zdrowia, ha ha. Fotę dorzucę następną razą, bo naprawdę nie wyszła (ciężko na lunchu, i trochę wstyd, robić zdjęcia swojemu korytku), ale na pewno zrobię nie raz, więc nic straconego. Dla NieAlergików dorzucam tu jeszcze jajko w koszulce, a sos robię na bazie jogurtu. Można ją na zimno, można na ciepło i my właśnie na ciepło wolimy. Podana z mięsem robi za elegancki fit obiadek. Idealna jako lunch matki karmiącej. Pamiętajcie, że curry, choć bardzo zdrowe, może uczulić, więc jakby co, doprawiajcie sos dozwolonymi ziołami. Jak już się wam wielokrotnie spowiadałam, coraz mocniej zbaczam w stronę wege. Nie wegan, bo wegan mam dość po latach diet eliminacyjnych. Problem mam tylko taki, że może i na diecie z przewagą warzyw łatwiej mi zrzucać tłuszczyk, ale za to jakoś tak na krótko się nasycam. Też tak macie?
Trzeba mieć:

pęczek zielonych szparagów
szklankę młodego bobu
garść zielonej fasolki
garść łuskanego zielonego groszku
2-3 łyżki kiełków słonecznika
na sos:
kilka łyżek majonezu wegańskiego
curry - do smaku
do posypania (opcjonalnie) - odrobina płatków chili

Kiełki bardzo dobrze umyć pod bieżącą wodą i odstawić, by ociekły. Szparagi odciąć w połowie, zdrewniałe części wyrzucić, a drugą połowę gotować 7 minut, osączyć i pokroić w kawałki. Bób i groszek gotować 5 minut, a fasolkę al dente, czyli ok. 10; odcedzić warzywa i bób obrać. Gotowane warzywa przekładać do rondla, który należy trzymać w ciepłym miejscu. Wymieszać składniki sosu, polać nim warzywa, a następnie posypać potrawę kiełkami i ewentualnie płatkami chili.

piątek, 20 maja 2016

tort warzywny dla NieAlergika


Tort warzywny zawsze przypomina mi, że należy dbać o wzrok i uważać, komu się macha. Albowiem w drodze na szkolenie, odbywające się gdzieś pod Warszawą, odmachałam kolegom z pracy, którzy wyminęli mnie elegancko, jak tylko droga zrobiła się dwupasmowa. Potem ja wyminęłam kolegów (po co wymijali, skoro znów wolno jechali?), którzy znowu mi pomachali i wtedy zorientowałam się, że to nie byli moi koledzy. Nie przejęłabym się tą wpadką szczególnie, gdyby nie fakt, że nie moi koledzy poczęli objeżdżać mój samochód uśmiechając się i machając zapraszająco do zjechania na pobocze. Wielokrotnie. Co prawda to też byłoby do zniesienia, gdybym po pierwsze dysponowała jakąś sportową furą, która pozwoliłaby mi na ucieczkę, a po drugie - nie była w zaawansowanej ciąży. Dlatego trochę mi się rączki zaczęły pocić. W końcu, po piątym kategorycznym i odmownym pokręceniu głową, chłopcy odpuścili, podobnie jak moje nerwy, które poczęły rodzić w mojej wyobraźni widok min tych chłopaków, patrzących, jak wysiadam się z nimi zapoznać, dumnie prężąc swój ośmiomiesięczny brzuszek. Gdybym jeszcze wtedy ukryła zaobrączkowany paluszek i zapytała, czy któryś ma ochotę uratować mój honor, stając ze mną przed ołtarzem... No, zdecydowanie się po ich odjeździe zrelaksowałam, zwłaszcza, że zaraz po przybyciu na szkolenie, dostaliśmy coś do jedzenia, między innymi właśnie pyszny tort warzywny. Był znacznie bogatszy niż niniejszy, bo zapewne stanowił przegląd tygodnia, ale pamiętajcie, że tego typu wypieki można robić z dowolnych, ulubionych warzyw. Pyszności.
Weźmy:

4 marchewki (uczuleni na marchew biorą dynię)
2 pietruszki
3 ząbki czosnku
średnią cukinię
pełną garść liści jarmużu
cebulę
pół pora
pół selera
3 łyżki masła klarowanego (lub oleju)
3 jajka (uczuleni na jajka biorą pełną łyżkę zmielonego lnu)
3 łyżki mąki orkiszowej razowej
sól i pieprz do smaku
ulubione zioła - do smaku (u nas rozmaryn, bazylia, tymianek i odrobina chili)

Marchewki, pietruszki i cukinię zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Jarmuż posiekać, cebulę pokroić w kostkę, a pora w talarki. Czosnek przecisnąć przez praskę. W rondlu rozgrzać masło lub olej, wrzucić cebulę oraz pora i lekko podsmażyć. Dodać czosnek, wymieszać, a następnie dodać starte warzywa oraz jarmuż i podsmażać razem, często mieszając, na dużym ogniu. Jeśli warzywa "puszczą" wodę - odparować. Doprawić i odstawić do wystygnięcia. Jajka zmiksować na puszysty sos, dodać mąkę, szczyptę soli i jeszcze chwilę miksować, aż składniki się połączą. Delikatnie wymieszać z warzywami. Tortownicę (20 cm, my lubimy płaskie, to zrobiłam w większej) wysmarować masłem i wysypać bułką tartą. Przełożyć do niej masę i wyrównać. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piec 40-45 minut.

wtorek, 17 maja 2016

chleb żytni na zakwasie z ziarnami


TerNinanor znalazła na YT filmik minecraftowy nagrywany przez jakąś dziewczynę. Ogląda, ogląda i zaczyna: "Ale jak to możliwe, żeby jakaś dziewczyna...", w tym momencie wchodzę ostro z lewacką propagandą, "Ale co? Że jak dziewczyna to już nie może filmików minecraftowych nagrywać?". "Nieeeee, jak to możliwe, że jakaś dziewczyna lubi Minecrafta bardziej niż ja!"
Fejspalm. Wyszłam do kuchni odreagować. Poza tym i tak miałam chlebek upiec...
Kurde bele, jak mawiał Lobo, i zrobiłam ten chleb na oko, okazał się pyszny i teraz nie wiem, czy dobrze wszystkie proporcje zapamiętałam... Ale nawet jeśli nie - nie szkodzi. To wszak chlebek na zakwasie, więc urośnie ile by mu nie nasypał. Dodałam odrobinkę drożdży, bo mi się spieszyło bardzo, a zakwas jakoś leniwy był, ale jak kto drożdży nie może, to niechaj nie dodaje, bo i bez drożdży będzie git, tylko dłużej bocheneczek będzie sobie rósł. To jest w sumie normalny chleb, więc podejrzewam, że o jego smakowitości może decydować typ użytej mąki - niezbyt często spotykany numer 960.
Należy mieć:

na zaczyn:
150 ml mąki żytniej typ 2000
5-6 łyżek zakwasu żytniego
lekko ciepłą wodę
na chleb:
400-500 g mąki żytniej typ 960
100 g mąki orkiszowej chlebowej (jaśniejszej, nie razowej)
po minimum 1/2 szklanki słonecznika i lnu
lekko ciepłą wodę (minimum szklankę)
kilka łyżek zakwasu
1/2 łyżki soli
pełną łyżeczkę cukru

Zaczyn: wymieszać zakwas z mąką i dodać tyle wody, by uzyskać konsystencję ciasta naleśnikowego. Przykryć i odstawić w ciepłe miejsce. Gdy zacznie bąbęlkować dodać obie mąki i sól. Nie mieszać. W mąkach zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zalać odrobiną wody i posypać cukrem. Gdy drożdże "ruszą", wlać szklankę wody i wyrabiać ciasto mikserem (z hakami do ciasta), dolewając wodę do momentu, aż ciasto będzie miało lżejszą, ale zwartą konsystencję. Wówczas dodać ziarna i jeszcze chwilę wyrabiać. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia. Gdy urośnie o 1/3 przełożyć do natłuszczonej keksówki, odstawić do wyrośnięcia, a gdy niemal podwoi objętość wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (termoobieg) i piec ok. 50 minut.

niedziela, 15 maja 2016

sos myśliwski


Bardzo dobry sos, do którego możemy zużyć mniej wdzięczne kawałki mięsa. Nie znoszę marnować jedzenia, więc zawsze znajdę pomysł na to, by wykorzystać wszystko na full. Tak właśnie powstał niniejszy sosik - resztka kiełbasy, ostatnie ogórki, kilka zeszłorocznych grzybków, niedopite winko, niezbyt eleganckie kawałki mięsa, które nadają się tylko do zmielenia albo na pasztet. I oto jest: mniamuśmy sos, który możemy podawać z różnymi dodatkami. Ja najbardziej lubię ze śląskimi kluseczkami i sałatą z pomidorami i winegretem, na przykład.
Należy mieć:

500  mielonej dziczyzny (dzik, sarna, daniel etc.) lub wołowego
100 g wędzonego boczku lub kiełbasy
2 pełne łyżki koncentratu pomidorowego
2 ogórki kiszone
2 łyżki smalcu lub masła klarowanego
2 ziarna jałowca
szklankę czerwonego wina lub bulionu, lub wody
łyżeczkę musztardy
małą garstkę suszonych grzybów
małą cebulę
ząbek czosnku
sol i pieprz do smaku

Grzyby opłukać i zalać odrobiną wody. Gdy napęcznieją, wyjąć (wodę zachować) i drobno posiekać. Ogórki, kiełbasę i cebulę pokroić w kostkę, czosnek przecisnąć przez praskę. Rozgrzać tłuszcz i podsmażyć na nim cebulę z wędliną, następnie dodać mięso i przesmażać razem, aż się zrumieni. Dodać przecier pomidorowy, ogórki, czosnek oraz grzyby i jeszcze chwilę podsmażać, mieszając. Podlać winem i wodą z grzybów, dodać przyprawy, wymieszać i dusić powoli pod przykryciem, aż mięso zmięknie. Gdyby sos okazał się zbyt lekki, można go zagęścić mąką. Podawać do wyboru: z wegańskimi kopytkami lub makaronem (także bezglutenowym), kluskami kładzionymi, blinami (to dla NieAlergika) lub domowym chlebem oraz ulubioną surówką.

piątek, 13 maja 2016

dieta eliminacyjna w ciąży


Jakiś czas temu powstał pomysł, by ciężarna, która już urodziła alergika, przeszła na dietę eliminacyjną. Rozmawiałam z takimi matkami i mam wrażenie, że ta dieta jest zupełnie bez sensu. Bo jedne rodziły jeszcze gorszego alergika, inne w ogóle dzidzię bez alergii, a jeszcze inne takiego samego alergika jak rodzeństwo. Nasza alergolog kazała mi w drugiej ciąży jeść normalnie, czyli zdrowo, znaczy się bez żadnych ograniczeń eliminacyjnych, ale i bez chemii, nadmiaru świeżego mleka (przetwory na luziku), fastfoodów etc. Nasz specjalista medycyny ludowej natomiast nakazał mi dodatkowo zmniejszenie spożycia orzechów do minimum. Posłuchałam obu specjalistów i powiem wam, że... Nie. Nie powiem, że dobrze zrobiłam, bo tego nie wiem. Ale powiem wam, że różnica między sposobem prowadzenia się w obu ciążach i różnica między stopniem alergii u moich dzieci może być przykładem, że taka dieta działa. Otóż mając w brzuchu Jeremiego pracowałam w smogu magnetycznym, wysiadywałam w korkach, jadłam byle co, chińczyki, cateringi, knajpy i zachcianki-poczwary w postaci, na przykład, jakichś koszmarnych musów czekoladowych nabombanych chemią po wieczko. I co? No i koszmar. Z Niną było zupełnie inaczej - nie pracowałam, jadłam domowo, a na śmieciożarcie poszłam sobie raz (i wcale nie żałuję, bo to pozwoliło mi zrozumieć, czym jest tak zwany orgazm kulinarny), ograniczyłam mleko i orzechy (he he, młoda może orzechy, a mleka nie, więc mamy tu fakt przeczący tezie) i urodziłam dziewuchę, o której można powiedzieć, że w porównaniu z bratem to w ogóle nie ma alergii. Dwuletnia Nina miała jedną plamkę pod kolanem, a dwuletni Jeremi był takimi plamkami niemal cały pokryty. Jest jeszcze inna sprawa: Nina jest czarnooką szatynką, a Jeremi szarookim blondynem (nie nie, obydwa gówniarze są moje i z prawego łoża, jeno samczyk wdał się w teściową, a samiczka we mnie), więc może tu sprawdza się ludowe przekonanie, że bardziej atopowe są dzieciaki, na widok których serce hitlerjugend biłoby mocniej. Nie wiem, ale na pewno warto w ciąży, nie tylko drugiej po alergiku, starać się żyć na bakier z chemią. To jest moment, w którym należy oszczędzać na wyjściach na miasto, a najlepiej w ogóle przenieść się do jakiejś podmiejskiej posiadłości i porzucić pracę. Łazić po lasach, uważając na kleszcze, bo antybiotyk to jedna z najgorszych rzeczy, jaka się może przydarzyć matce alergika w stanie błogosławionym, łagodnie emocjonować się podczas przygody z ekokuchnią, uprawiać maliny oraz szeroko pojęty relaks, zarówno aktywny, jak i kanapowy. A jeśli chodzi o dietę, to uważam, że sprawa powinna wyglądać mniej więcej tak:

Zdecydowanie na "nie"
fast food, catering, większość restauracji
produkty spożywcze z super i hipermarketów, giełd, targów
produkty spożywcze wysokoprzetworzone
duża ilość kosmetyków - pachnących, kolorowych, tych popularnych i chemii gospodarczej
częste przebywanie w galeriach handlowych, hipermarketach etc.
praca, zwłaszcza, jeśli musimy się nawąchać spalin w drodze do niej, a potem siedzieć w klimie (którą, muszę to przyznać, błogosławię, gdy dojdzie do pylenia brzozy)
mieszkanie w centrum dużego miasta
Tak, wiem, dwa ostatnie punkty to mrzonki. Ale ja się człowiek zaweźmie, to kto wie...

Zdecydowanie na "tak"
domowe jedzenie - proste, świeże, bez kostek rosołowych i innego magi
produkty spożywcze eko - najlepiej takie naprawdę eko, na przykład z własnego ogródka czy chowu - warto rozejrzeć się i popytać wśród krewnych i znajomych królika
ograniczenie picia słodkiego mleka (uhatego to w ogóle nie tykajcie!), obżerania się orzechami i czekoladą
ograniczenie w stosowaniu kosmetyków - ja myłam się zwykłym ekomydłem, a smarowałam emolientami dla atopików
zamiana agresywnej chemii gospodarczej na wodę z octem
jak najczęstsze przebywanie na łonie natury

Tak na koniec przypomniałam sobie jeszcze, że tylko raz w życiu miałam prawdziwą grypę i było to w 8 miesiącu ciąży z Ninuchą. Myślałam, że wykituję... Zatem może przechorowanie czegoś konkretnego w ciąży trenuje też immunologię dzidziusia i potem rodzi się mniejszy alergik? Nie namawiam niniejszym do ostrzykiwania się Yersinia pestis, tylko tak rozmyślam... może ktoś coś wie na ten temat?

środa, 11 maja 2016

tort truskawkowy dla NieAlergika


Przyjemne połączenie kakaowego biszkoptu i truskawkowego kremu, szczególnie ciepło przyjęte przez dzieci. Niestety, nie ma zdjęcia przekroju, bo nie mogłam przekroić, jako że tort miał do solenizantki trafić w całości, więc musicie wierzyć mi na słowo, że krem był ładnie, pastelowo różowy. Prosty, szybki, pyszny. Alergików zapraszam do przepisy na torty do zakładki "Torty".
Należy mieć:

biszkopt rzucany kakaowy
na krem:
500 g mascarpone
500 g truskawek
200 ml śmietanki 30%
6 pełnych łyżek cukru pudru
2 pełne łyżeczki żelatyny + ok. 60-70 ml wody
łyżeczka cukru waniliowego
do nasączenia: 3/4 szklanki słodkiej herbaty z rumem (dla dzieci z aromatem zamiast alkoholu)

Truskawki zmiksować. Mascarpone wymieszać z cukrami i lekko zmiksować, dodać truskawki, krótko zmiksować. Ubić na sztywno śmietanę, delikatnie wymieszać z masą serową. Żelatynę namoczyć w wodzie, a następnie rozpuścić podgrzewając (nie dopuścić do zagotowania!). Lekko ciepłą dodać do kremu i delikatnie zmiksować na wolnych obrotach. Odstawić, by krem lekko stężał. Biszkopt przekroić na trzy balaty, każdy blat nasączyć i przełożyć, zostawiając nieco kremu do dekoracji. Udekorować według gustu i uznania. Odstawić do lodówki, najlepiej na całą noc.

niedziela, 8 maja 2016

dietetyczna wędlina gotowana

Dawno dawno temu mieliśmy szczęście spotkać pana Janka. Pan Janek jest rolnikiem, ale jeśli chodzi o diagnostykę, przy Janku dr House to pikuś. Janek patrzy i widzi. I tak się złożyło, że wiele u nas wypatrzył. I nie tylko u nas. Ale do rzeczy. Jeremi, jak już nie raz wam mówiłam, mając kilka latek mógł jeść kilka produktów. W związku z tym jak jechał do pana Jasia, to na drogę dostał kanapkę z wafla ryżowego z gotowaną polędwicą wieprzową i kiszonym ogórkiem. Zjadł, bo lubił, a jeśli nawet nie lubił, to zjadł, bo był głodny a wyboru nie miał. Wchodzi do Janka, a Janek patrzy na młodego i wykrzykuje: "Chłopie! Ale żeś się wieprzowiny najadł! Nie jedz, szkodzi ci!". Ale to i tak nic. Pojechał do niego kolega małża mego z dzieckiem, u którego wykryto białaczkę. Jasiek patrzy na młodego, patrzy na jego tatę i mówi: "Dziecko nie ma żadnej białaczki, ale pan to jesteś za młody, żeby umrzeć na to, co się panu w gardle zrobiło". Tata dziecka oburzony, toć jakiś wiejski znachor nie będzie poddawał w wątpliwość badań medycznych! Po jakimś czasie okazało się, że badania dziecka pomylono, więc jego tacie zmiękła rura i poszedł zbadać gardło. Znaleźli mu guza tarczycy, jak się zapewne domyślacie... Dlatego powiadam wam, szacun dla naturalnej medycyny i ludzi, którzy mają dar, czyli prawdziwych znachorów.
A teraz przepis na dodatek do kanapek - wyjątkowo lekki, dietetyczny i niealergizujący, pod warunkiem, że użyjemy mięsa, które nie szkodzi, ha ha. Z archiwalnego kukbuka, więc bez foty, ale z drugiej strony - cóż tu jest do fotografowania? Jednak wbrew pozorom i miernej urodzie to bardzo smaczna wędlinka, a jej przygotowanie jest niezwykle proste.
PS. Nie proście o kontakt do pana Janka. Nie chodzi o to, że żałuję czy coś, po prostu nie mieliśmy potrzeby jeździć do niego od wielu lat i kontakt się najzwyczajniej zdezaktualizował. 
Musimy mieć:

zwarty kawałek dozwolonego mięsa bez kości - ok. 500 g
litr bulionu warzywnego
opcjonalnie: majeranek, kminek lub inne dozwolone zioła

Zagotować bulion (ewentualnie z ziołami) i na gotujący wrzucić mięso. Przykryć, szybko ponownie zagotować, a następnie zmniejszyć ogień i gotować mięso, w zależności od rodzaju, aż będzie miękkie, ale nie rozgotowane, czyli 20-40 minut. Wystudzić w rosole, wyjąć, zawinąć w pergamin i przechowywać w lodówce do 3 dni. Wywar z gotowania można zużyć na zupę.

piątek, 6 maja 2016

ogórki z miodem z mniszka


O ogórkach maczanych w miodzie dowiedziałam się jakieś 20 lat temu i wtedy ten pomysł, rodem chyba z kuchni litewskiej, zupełnie do mnie nie przemówił. Ale latka lecą, człowiek staje się bardziej elastyczny, a jak ma alergiczne dzieci, to każdą ideę przełknie. A ogórek z miodem to fajny pomysł na deser. Oczywiście z miodem z mniszka, który to miód jest bardzo zdrowy, i teraz właśnie mamy sezon na jego robienie, więc zapraszam na czyste łąki po kwiatki, a na Smakołyki po przepis na miód z mniszka.
Weźmy:

kilka ogórków (najlepiej bio)
kilka łyżeczek miodu z mniszka (łyżeczkę na ogórka)
odrobinę różowej soli

Ogórki obrać i przekroić wzdłuż na ćwiartki. Usunąć pestki, lekko posolić i polać miodem. Można też podać miód z mniszka w miseczce, doprawiony odrobiną kardamonu lub cynamonu.

poniedziałek, 2 maja 2016

kurczak orientalny z brokułem


Lubimy kurczaki. Zwłaszcza dzieciaki lubią kurczaki, bo to delikatne i łagodne w smaku mięso. Jak nie mam dostępu do drobiu "szczęśliwego", to kupuję pakowany, bo wtedy mam spokojną głowę - wiem, że jest świeży, wiem, że był przebadany weterynaryjnie i sanitarnie, skąd pochodzi oraz kto jest producentem i jaki był rodzaj chowu. To jest dla mnie ważne, ale cenię sobie także to, że pakowane mięso może trochę poczekać, zanim się za nie zabiorę, no i pudełko jest nie tylko wygodne, ale też szczelne, więc przyjemnie się je przechowuje w lodówce. Dziś wyjęłam z opakowania filety z piersi kurczaka i przygotowałam z nich prostą, pyszną i fit potrawę o lekko orientalnej nucie. Polecam ją na błyskawiczny obiad, podaną z makaronem soba lub ryżem, albo lekką kolację, jeśli bez dodatków.
Przygotujmy:

500 g filetów z kurczaka bez skóry
brokuła
6-7 dużych pieczarek
3 łyżki sosu sojowego
2 łyżki masła klarowanego lub oleju
po łyżeczce cukru muscovado i octu ryżowego
1/2 łyżeczki startego imbiru
ząbek czosnku
szczyptę chili
sól i pieprz do smaku

Mięso pokroić w niedużą kostkę i posypać pieprzem. Wymieszać imbir z sosem sojowym, cukrem, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, chili oraz octem i tak przygotowaną marynatą zalać kurczaka i odstawić na 30 minut. Pieczarki pokroić na plasterki o grubości 0,5 cm, a brokuła podzielić na różyczki. Rozgrzać łyżkę masła i powoli karmelizować pieczarki, aż się zrumienią i nieco zmiękną. Brokuła wrzucić do osolonego wrzątku, gotować 3 minuty i odcedzić. Pieczarki zdjąć z patelni, dołożyć drugą łyżkę masła, zwiększyć ogień i wrzucić na patelnię razem z marynatą. Smażyć 3-4 minuty, od czasu do czasu mieszając, dodać pieczarki, wymieszać i smażyć razem kolejne 3-4 minuty, a na koniec dodać różyczki brokuła i wszystko razem jeszcze chwilę smażyć, już nie mieszając, tylko potrząsając patelnią. Doprawić do smaku i podawać. Smacznego!


Projekt finansowany ze środków Funduszu Promocji Mięsa Drobiowego