poniedziałek, 29 lutego 2016

chałka dla NieAlergika


To moja pierwsza chałka, więc nie wyśmiewajcie się ze mnie, proszę. Chałkę upiekłam dla tatusia, i dobrze widziałam, że ukrywał bekę z jej kształtu. Jeszcze nie rozkminiłam konsystencji ciasta, no i wobec tego faktu trochę mi się buła rozpłynęła. Ale następna będzie już zapewne ładniejsza. Zawsze mi się wydawało, że zrobienie chałki to coś, co absolutnie pozostaje poza moimi możliwościami kulinarnymi. Jednak jako typ lubiący się od czasu do czasu sprawdzić, nie wytrzymałam i przystąpiłam. Nie korzystałam z żadnego przepisu, bo tyle się ich naoglądałam w czasach, gdy tęsknym acz beznadziejnym spojrzeniem serczowałam net w poszukiwaniu kurażu, że dałam po uważaniu. Dobrze dałam - chałka jest puszysta, delikatna, chrupiąca i aromatyczna. Jej plecenie poszło mi niestety w stronę warkocza, żeby nie powiedzieć mumii, ale co tam. A! Alergicy pomijają jajko, zamiast mleka krowiego dają wodę, zamiast masła zwykłego - klarowane. I maja chałkę również niczego sobie.
Należy mieć (na jedną dużą lub dwie mniejsze chałki):

500 g mąki
ok. 180 ml mleka*
100-120 g cukru**
50 g masła
25 g świeżych drożdży
2 żółtka lub 1 jajko
łyżkę cukru z pieczoną wanilią
1/2 łyżeczki soli
sporą szczyptę skórki startej z cytryny (opcjonalnie)
nieco mleka i grubego cukru trzcinowego - do posypania

Mleko ogrzać, by było lekko ciepłe. Dodać do niego drożdże, łyżeczkę cukru, łyżeczkę mąki, wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce, by rozczyn ruszył. Do wyrośniętego dodać jajko, roztopione masło, cukier i roztrzepać widelcem. Wlać do mąki z solą i wyrobić zwarte, elastyczne ciasto (potrwa to ok. 6-8 minut). Odstawić w ciepłe miejsce, a gdy podwoi objętość, podzielić na cztery równe części i uformować cztery wałki - węższe na końcach, grubsze w środku. Wałki ułożyć równolegle na oprószonym mąką blacie. Zlepić końce wałków i zaplatać je jak warkocz. Zlepić drugie końce. Uformowaną chałkę ułożyć na wysmarowanej masłem blasze i odstawić w ciepłe miejsce, by urosła. Następnie posmarować ją mlekiem i posypać grubym cukrem. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 150 stopni (termoobieg) i piec ok. 30 minut.

*ilość mleka zależy od mąki; można dodać go nieco więcej w trakcie wyrabiania, jeśli poczujecie, że ciasto jest zbyt twarde
**w zależności od tego, czy lubicie mniej, czy bardziej słodkie ciasta

sobota, 27 lutego 2016

dziwne, nietypowe objawy alergii


Wszyscy jesteśmy świadomi takich objawów uczulenia jak wysypka czy kichanie. Ale czasem alergia płata nam figla i pokazuje się w jakiś dziwny sposób. Nie miałabym o to do niej pretensji gdyby nie fakt, że takie nieswoiste objawy bardzo utrudniają wykrycie alergenu. Oto kilka momentów, w których przyłapałam ją na ściemie, i to grubej. Wszystkie spostrzeżenia przekazałam naszej alergolog i dostałam potwierdzenie, że owszem, może tak być, i że słusznie biorę takie rzeczy poważnie.
No to wyliczam:
1. Wyjątkowe uwielbienie lub niechęć do danego pokarmu.
Syn mój zawsze bardzo lubił dynię - i miąższ, i pestki. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia stwierdził, że pestek nie chce i nie będzie jadł, fuj. Nie naciskałam i co się okazało na testach skórnych? Że miąższ nie uczula, a pestki owszem. Niezbadane są drogi, którymi kroczy alergia... Teraz natomiast potomek męski zapija się krowim mlekiem (sic!) oraz zajada fistaszkami. I co? I po kilku dniach jedzenia większej ilości orzeszków pojawia mu się skorupka na zgięciach łokci, a po mleku - kichanie. A skoro jesteśmy przy kichaniu...
2. Objawy ze strony górnych dróg oddechowych po alergenie pokarmowym.
Jak zjemy coś, co nas uczula, możemy liczyć nie tylko na ból brzucha czy biegunkę lub wysypkę albo OAS. Równie dobrze możemy zacząć kichać, albo będą nas swędziały oczy, uszy, nos. Zwróćcie uwagę, gdy wasze dzieci zaczną trzeć nosek jakiś czas po zjedzeniu czegoś - bo katar nie musi być koniecznie, a nosek swędzieć może.
3. Zaparcia.
Zazwyczaj po alergenie mamy sraczkę, ale jeśli pojawia się zaparcie, warto przyjrzeć się menu i to dokładnie, bo znalezienie alergenu, który skutkuje twardym klocuszkiem nie jest łatwe.
4. Bóle głowy.
Ból głowy może być objawem alergii, a najgorsze jest to, że pojawia się jakiś czas od zjedzenia/wchłonięcia alergenu. Trudno więc powiązać jedno z drugim, ale warto powziąć podejrzenia oraz inwigilować.
5. Niepokój.
Młode nie chce spać? Jest niegrzeczne? Boisz się, że ma coś niehalo z główką? Zanim wydasz krzywdzącą opinię zastanów się, co może być przyczyną nadpobudliwości...
6. Rogowacenie skóry głowy u starszych dzieci.
Córka ma lubi niestety kakao. Zatem czasem dostaje, czasem nawet za często. Co się wówczas dzieje? Pięcioletnia pannica dostaje ciemieniuchy niczym niemowlaczek! Warto zatem od czasu do czasu przyjrzeć się, co pod bujną już czupryną się dzieje. To samo dotyczy zmian za uszami, które tak naprawdę rzadko bywają powodowane brakiem higieny.
7. Swędzenie uszu i nadmierne wydzielanie się woskowiny.
O ile swędzenie w środku ucha jest raczej na 100% objawem alergii, to z woskowiną może być różnie, może to być cecha osobnicza, jak to mówią. Ale przyjrzyjmy się uszkom w kontekście alergii, bo naprawdę warto.
8. Nieprzyjemny lub "chemiczny" oddech.
Objaw niezbyt często zauważany i zbyt często niedoceniany. A powąchać warto, oj warto, bo to może wiele powiedzieć nie tylko o alergii pokarmowej, ale i wziewnej.
9. Objaw skórny po alergenie wziewnym.
Moja ulubiona i wspominana tu nie raz i nie dwa koleżanka Kruffa leciała kiedyś ze swoja małą do szpitala, bo dziecko zrobiło się całe czerwone, a niczego nowego nie zjadło. Co się okazało? Kumulacja roztoczowych kup spowodowała uogólnioną pokrzywkę u półtorarocznego malucha. Nieźle, co? Trudno uwierzyć, a jednak.
A jakie są wasze spostrzeżenia dotyczące nietypowych objawów alergii?

czwartek, 25 lutego 2016

[przed]szkolne śniadania część 10


Jubileuszowy, dziesiąty wpis z propozycjami przedszkolnych i szkolnych wałówek. Jak zawsze inspirowany menu na stronie przedszkola - naprawdę serdecznie polecam tę metodę, bo znacznie ułatwia sprawę. Nie zawsze oczywiście da się dopasować idealnie, ale przecież nie ma obligu. Jeśli wasze przedszkole nie chwali się swoim menu on-line, spiszcie sobie menu na miejscu. W zakładce śniadanie/kolacja znajdziecie trochę pomysłów na ten najważniejszy posiłek dnia

Poniedziałek
obiad: pomidorowa* z makaronem
podwieczorek: banan, suszone daktyle i krakersy

Wtorek
obiad: tortilla z fasolą i warzywami (przepis wkrótce)
podwieczorek: drożdżówka cynamonowa

Środa
obiad: kapuśniak
podwieczorek: kawałek babki łaciatej

Czwartek
obiad: stripsy z groszkiem
podwieczorek: granola dyniowa z deserkiem ryżowym

Piątek
obiad: pstrąg z brokułem
podwieczorek: jabłko i ciastko owsiane

*robię pomidorówkę na własnym przecierze, cierpliwie majonym z podłużnych pomidorów, ale jak nie macie, to możecie użyć passaty bio, też się super sprawdza

poniedziałek, 22 lutego 2016

granola żurawinowa z białą czekoladą dla NieAlergika


Uwaga, mrożąca krew w żyłach historia z czasów głębokiego PRLu! Otóż wujek Bodzio kształcił się był na lotnika. Nie byle jakiego, bo samolotów odrzutowych, a w kolorowych marzeniach widział się nawet Hermaszewskim. Po prostu uwielbiał latać, a że głupi nie był, dostał się do naszej sławnej szkoły lotniczej i tam rozwijał skrzydła. Niestety, pech chciał, że gdy młody Bogdan był na drugim roku, rodzinę mojego taty postanowiła odwiedzić babcia Stacha. Niby cóż w tym złego, wszak fajnie jest z rodziną dobrze wychodzić nie tylko na zdjęciu?, spytacie. Ano to, że babcia była z Ameryki. Nie wiem, jak się Dęblin o tym dowiedział, ale wujek zaraz został wezwany na rozmowę z jakimś swoim wykładowcą czy kimś takim i dowiedział się, że nigdy nie będzie latał. A jeśli chce w ogóle zostać w szkole, to ewentualnie jako nawigator. Rozgniewał się mój przyszły wuj do czerwoności, zabrał papiery i opuścił mury szkoły, która miała spełnić jego marzenia. Ta opowieść okrutnie mnie zasmuciła. Zatem na pocieszenie granola w stylu amerykańskim, z żurawiną, syropem klonowym i pekanami. Słodko-kwaśna. Jak gloria victis.
Trzeba mieć (choć od razu radzę podwoić ilość składników):

paczkę 400 g płatków owsianych
120 ml syropu klonowego
100 g białej czekolady
po sporej garści pekanów i żurawiny
łyżkę cukru z wanilią

Wymieszać płatki z syropem i cukrem waniliowym oraz przepołowionymi orzechami. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, rozsypać płatki, wstawić do piekarnika z termoobiegiem nagrzanego do 170 stopni i piec ok. 20. Po 10 minutach przemieszać. Czekoladę grubo posiekać. Piekarnik wyłączyć, do granoli dodać czekoladę i żurawinę, wymieszać, zamknąć piekarnik i zostawić granolę na 5 minut. Wyjąć i wystudzić. Przechowywać w szczelnym słoju.

piątek, 19 lutego 2016

rozgrzewająca zupa curry z jagnięciną


Zaprawdę smakowita i w dodatku fit zupka. Można ją zrobić w wersji błyskawicznej, korzystając z gotowej mrożonej mieszanki warzywnej. Matka Smakołyk jest wielkim leniem, więc zazwyczaj z takiej właśnie opcji korzysta, dorzucając ewentualnie to i owo. Ale można też dopieścić, co również mi się zdarza. Jeśli nie możecie curry, użyjcie dozwolonych w waszej diecie ziół.
Trzeba mieć:

500 g jagnięciny (lub innego dozwolonego mięsa)
4 spore kubki pokrojonych warzyw - ja używam w równych proporcjach: papryki, cukinii, pomidorów, marchwi, pieczarek, dorzucam cebuli, groszku i kukurydzy
10 cm kawałek pora
100 ml mleka kokosowego
2 łyżki oliwy lub oleju
2 łyżki łagodnego żółtego curry
łyżeczkę czerwonego curry
sól i pieprz do smaku

Pora pokroić w plasterki, warzywa w plasterki lub kawałki. W garnku rozgrzać tłuszcz, wrzucić pora, chwilę podsmażyć i dodać mięso. Smażyć, mieszając, aż mięso się przyrumieni. Dodać oba rodzaje curry, wymieszać. Podlać wodą (tylko tyle, by przykryć mięso), dodać sól oraz pieprz do smaku i dusić pod przykryciem, aż mięso będzie prawie miękkie (różnie to potrwa w zależności od rodzaju i jakości mięsa, ale na pewno nie mniej niż 20 minut). Wtedy dodać pokrojone warzywa, dolać mleko kokosowe i tyle wody, by uzyskać konsystencję gęstej zupy i dusić jeszcze ok. 15 minut - by warzywa były jędrne. 

wtorek, 16 lutego 2016

Bebilon Alerlac - test i KONKURS


Dziś przetestujemy nowy produkt dla małych alergików - Bebilon Alerlac, bezglutenowy produkt zbożowy, w którym nie ma białek mleka i soi.
Do marki Bebilon mam duży sentyment, bo bez ich preparatu mlekozastępczego moje dzieci nie miałyby co jeść. Wiecie, o czym mówię, prawda? Dlatego entuzjastycznie zareagowałam na propozycję przetestowania produktu Alerlac. Odebrałam przesyłkę, rozrzewniłam się nad znanym mi logo i... najpierw sama, na sucho spróbowałam zawartości eleganckiego pudełka. Za chwilkę pojawiły się moje latorośle z miskami i groźnymi minami. Wobec powyższego musiałam odłożyć własne rozważania i dogodzić młodzieży. Ale zanim powiem wam, co młodzież miała do powiedzenia na temat testowanego produktu, opowiem o samym produkcie. Czyli teraz dużo opowieści, a w drugiej części wpisu przejdziemy do czynów.
Alerlac jest preparatem, którego już sama nazwa do mnie mówi, bo jej brzmienie kojarzy mi się z "lack of allergen". Brawa dla copywritera! Rzeczywiście, producent postarał się, by jego dzieło spełniało wymagania małych alergików, dlatego nie znajdziemy w posiłku laktozy, glutenu, białek mleka i soi, natomiast znajdziemy to, czego organizm na diecie może potrzebować - wapń, witamy D, A i C, żelazo, cynk i jod. Skład preparatu oparto na bogatej w wartościowe białko mące z kiełków ziaren chleba świętojańskiego oraz ryżu. Alerlac można podawać dzieciom po 4. miesiącu życia i jest polecany jako jeden z pierwszych pokarmów stałych. Tyle informacja producenta. A teraz informacja matki Smakołyk.
Po pierwsze, produkt jest naprawdę smaczny - delikatny, niezbyt słodki. Po drugie jest łatwy i szybki do przyrządzenia, zarówno na zimno, jak i na ciepło. Opakowanie jest duże i wydajne, a jego cena bardzo rozsądna (18-19 zł). Paczka naprawdę starcza na minimum 10-12 porcji. Po trzecie: moim dzieciom bardzo smakuje, mnie również (podżeram im, na sucho, pycha), a ich podniebienia są, jak to u dzieci blogerów kulinarnych, wybredne. Po czwarte: nas nie uczula. Oczywiście, jeśli dziecko ma uczulenie na karob czy ryż, to niestety, tego produktu spożywać nie może. Szkoda, bo jest bardzo fajny.
No dobra, to teraz przejdźmy do czynów. Mam dla was konkurs związany w preparatem Alerlac! Są chętni na świetne nagrody? To zapraszam!

Zadanie konkursowe:

Przedstaw swoją propozycję dania lub deseru, którego jednym ze składników jest Alerlac. Pamiętaj, że to ma być przepis uwzględniający ograniczenia dietetyczne małego alergika, nie może w nim zatem zostać użyty żaden z najczęściej uczulających produktów: mleko, jajka, orzechy, miód, cytrusy czy kakao/czekolada.
Swoją propozycję zostaw w komentarzu pod tym postem lub wpisem konkursowym na facebooku, albo przyślij na adres smakolykialergika@wp.pl. Na zgłoszenia czekam od dziś, czyli 16.02.2016 do 26.02.2016 do północy. Spośród nadesłanych przepisów zostaną wybrane 3, których autorzy otrzymają nagrody główne. Dodatkowo autorzy 12 przepisów dostaną nagrody wyróżnienia.
Wyniki konkursu zostaną ogłoszone na moim blogu oraz fan page'u do 10 dni od zakończenia konkursu. Wyboru zwycięskich przepisów dokona Komisja.
Koniecznie zapoznaj się z regulaminem konkursu!


3 nagrody główne:

Projektor Sowa z lampką i pozytywką Skip Hop

12 wyróżnień:

Zestaw produktów Skip Hop (śliniak, talerz, miska i sztućce)

Sponsorem nagród jest Nutricia - producent produktu Alerlac oraz Skip Hop.

Wymyślając przepis konkursowy możecie posiłkować się moimi przepisami, nie ma wymogu, by przepis był autorski. Alerlac to wdzięczny produkt, można go użyć zarówno do zrobienia lodów, ciasteczek, panierki, jak i koktajlu. Ponieważ jest lekko słodki, odnosi się wrażenie, że nie nadaje się do potraw wytrawnych. To tylko wrażenie! Eksperymentujcie, nie obawiajcie się niezwykłych połączeń smakowych. Zapraszam serdecznie do wzięcia udziału w konkursie i życzę powodzenia!

poniedziałek, 15 lutego 2016

biały blok z bakaliami dla NieAlergika


Jestem wielką fanką czekoladowego bloku rodem z PRLu, zatem zupełnie nie wiem, dlaczego tak długo zajęło mi wypróbowanie jego białej, waniliowej wersji. Ale wreszcie się udało. I co? No cóż, obydwa bloki są dobre, z tym, że jeden ma nad drugim zasadniczą przewagę. Zgadnijcie który nad którym. Tak, zgadliście. Blok z kakao ma niezwykłą przyprawę - wspomnienia z dzieciństwa. Dlatego jego smak jest tak wyjątkowy, choć w zasadzie dość parszywy. Poza tym, niestety, fanką białego bloku nie zostanę, szczerze mówiąc. Wyrabiając go posiłkowałam się starym, dobrym przepisem na blok czekoladowy, natomiast w kwestii bakalii sypałam tak, żeby było kolorowo i nie za dużo, bo lubię mleczne masy i nie chciałam, żeby bakalie takową całkiem pochłonęły.
Alergicy oczywiście mają swój blok "czekoladowy" oraz białe czekoladki, więc niech nie płaczą.
Przygotujmy:

400 g mleka w proszku
200 g masła
200 ml cukru
100 ml wody
po 2 łyżki: pistacji*, prażonych migdałów w słupkach, rodzynków, żurawiny, suszonej papai, ananasa i mango
łyżkę posiekanej kandyzowanej skórki pomarańczowej
opcjonalnie: 5 herbatników typu petit beurre**
1/2 laski wanilii

Masło, cukier, ziarenka z rozciętej wzdłuż wanilii i wodę zagotować. Mleko wsypać do sporej miski, dodać bakalie i ewentualnie połamane herbatniki, zamieszać. Wlać 1/3 gorącego płynu do mleka z bakaliami i energicznie mieszać. Następnie dolać kolejne 1/3, dobrze mieszać. Resztę płynu dolać tylko w takiej ilości, by masa się zlepiła (w zależności od rodzaju mleka w proszku oraz tego, czy wolicie blok twardszy czy bardziej miękki zostać może ok. 50 ml niewykorzystanej mieszanki, można ją zużyć do jakiegoś ucieranego ciasta; prawdopodobnie blok z dodatkiem herbatników "weźmie" cały płyn). Wymieszać na tyle dobrze, na ile się da i jeszcze gorącą masę przelać do formy wyłożonej folią spożywczą. Gdy wystygnie wstawić do lodówki.

*nie dałam, choć wiżual by zyskał, bo dzieciaki uczulone
**nie dałam, bo chciałam, żeby ten blok był naprawdę inny od kakaowego

sobota, 13 lutego 2016

sałatka "miłosny eliksir"


Karmiąca matka alergika też kobieta. Zatem należy jej się walentynkowy wieczór, a zwłaszcza noc. Ale przed "zwłaszcza nocą" musi się odpowiednio posilić. O afrodyzjakach dla alergików produkowałam się już kiedyś, to dziś rozwinę temat i zaproponuję sałatkę tak nabombaną afrodyzjakami, że "4 razy po 2 razy", jak śpiewał diskopolowy bard ze 30 lat temu, gwarantowane. Powiedzcie to swoim małżom, a będą wam takie sałatki robić co wieczór. I dobrze, bo o ile wpływ jej ingrediencji na libido można ewentualnie by podważyć, to ich dobroczynny wpływ na urodę jest udowodniony empirycznie, a nawet chyba klinicznie. A tak poza wszystkim - sałatka jest po prostu przepyszna. Foty na razie nie ma, bo sałatkę zrobię jutro. Jak mi się uda, to sfotografuję, a jak nie, to nie. Bo nigdy nie wiadomo, co się po zjedzeniu sałatki będzie działo... Ale będę ją robić częściej, więc na pewno kiedyś okazja do foty nadejdzie.
Zmieszajmy (dla dwojga):

2 garście rukoli
awokado
słoiczek szparagów
3 łyżki oliwek
po 2 łyżki pestek granatów i dyni
na sos:
100 ml wegańskiego majonezu
po szczypcie curry i chili
sól i pieprz do smaku

Umyć rukolę, osuszyć i rozłożyć na dużym talerzu. Na sałacie ułożyć obrane, pozbawione pestki awokado, pokrojone w plastry. Na awokado poukładać osączone szparagi i posypać je oliwkami oraz pestkami granatu i dyni. Całość skropić sosem i podawać.

czwartek, 11 lutego 2016

bezglutenowy groszek ptysiowy bez jajek


Kolejny skarb z archiwalnego kukbuka, zatem z fotą poglądową jeno. Powstawał przy okazji pieczenia bezglutenowego chleba i bardzo smakował, choć tak naprawdę wcale nie był groszkiem ptysiowym. Przyczyną jego podobieństwa była lekkość, "dziurawość", charakterystyczna dla ptysiowego ciasta. Jeremi się nim zajadał i wyobraźcie sobie, że dziś za normalnym groszkiem ptysiowym, choć może go jeść, nie przepada tak, jak przepadał za tamtym. Ten groszek to też fajny sposób na zupę krem, która z taką posypką od razu nie tylko lepiej wygląda, ale też smakuje. Z tego co pamiętam, naprawdę był pyszny.
Weźmy zatem:

150 g skrobi kukurydzianej*
50 g mąki kukurydzianej
lekko ciepłą wodę**
łyżkę oliwy
po łyżeczce soli i cukru
3 g suszonych drożdży (płaską łyżeczkę)

Wymieszać skrobię, mąkę z solą, a z wodą resztę składników. Wyrabiać mikserem z hakami ciasta przez 10 minut na najwyższch obrotach miksera, uformować natłuszczonymi palcami kuleczki wielkości małych orzechów laskowych, posmarować tłuszczem i wodą, odstawić na godzinę do wyrośnięcia (aż podwoją objętość). Wstawić do piekarnika z termoobiegiem nagrzanego do 200 stopni, po chwili zmniejszyć temperaturę do 170 stopni i piec ok. 10-15 minut.

*10 lat temu groszek ptysiowy powstawał z miksu, który z Węgier przywoziła ciocia Noemi, ale ten miks miał właśnie taki skład, jak podaję w przepisie
**napisała do mnie pani Ewelina z cenną informacją, że podana przeze mnie na początku ilość wody jest zdecydowanie za duża (być może mix od cioci Noemi miał więcej gramów, a może ja coś źle zapisałam), dlatego dodawajcie wodę na oko, po troszku, do uzyskania lekkiej lecz zwartej konsystencji ciasta

wtorek, 9 lutego 2016

domowe sposoby na przeziębienie vs alergia


Jak wszem i wobec wiadomo, ogólnie znane domowe sposoby radzenia sobie z infekcją w przypadku alergików sprawdzają się różnie. Miód i cytrusy zazwyczaj uczulają, ostre przyprawy nie nadają się dla dzieci, a tradycyjne tłustopicie, czyli mleko z miodem, masłem i czosnkiem może się dla alergika okazać wręcz mordercze. No to jak sobie radzić? Ano, jakoś trzeba, a jak trzeba - to poradzimy.
Po pierwsze - stary, dobry syrop z cebuli. Wystarczy posiekać cebulę, przesypać cukrem i podawać 2 razy dziennie powstały po kilku godzinach syropek. Po drugie - syrop z pędów sosny. To raczej dla matek karmiących, bo o ile się orientuję, ten syrop można chyba od 2 czy 3 roku życia. Po trzecie - paracetamol, pamiętajcie, by nigdy nie podawać aspiryny (i to się tyczy nie tylko alergików, i obowiązuje przynajmniej do 12 roku życia), a leki oparte na ibuprofenie też ostrożnie. To w miarę bezpieczna podstawa. Mamy też syrop z malin, no i środki ziołowe (lipa, jeżówka etc.), ale z tym już trzeba ostrożniej, zwłaszcza z ziołami. Ja podaję też wtedy większą dawkę witaminy D i, niestety, sztuczną witaminę C, choć staram się, by była ona ona jak najbardziej naturalna, czyli w postaci wyciągu z jakichś acai itp. Daję też pewne popularne lizaki, ale nie wiem, czemu to robię... Chyba po to, by osłodzić smutę choroby, choć może jestem niesprawiedliwa i do lizaków żadnych wątów mieć nie powinnam. Odważne mamy mogą spróbować naparu ze świeżego imbiru, ale raczej dla starszych alergików, bo imbir jest pikantny. Ja wiem, jak to zabrzmi, ale i tak to powiem: smarowanie klatki piersiowej i pleców gęsim smalcem. Wiem, "lek" z gatunku ludowych, ale stosowaliśmy i... no na pewno nie zaszkodził. A! Zapomniałabym, a sposób jest genialny. Dzieci czosnku nie tkną, ale jak zasną, warto im w okolicach klatki piersiowej i noska położyć czosnkową laleczkę, czyli zawinięty w gazę i ściśnięty recepturką, przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku. Dziecko z zatkanym noskiem może nawet nosić taką laleczkę jak naszyjnik, i tak nie poczuje smrodu. Fajna jest też maść majerankowa, o ile nie macie uczulenia na majeranek, rzecz jasna.
Przy infekcji z niezbyt wysoką gorączką warto dziecię "wypocić". Stara metoda zakłada wymoczenie stóp w bardzo ciepłej wodzie, wypicie naparu z lipy i szczelne schowanie się pod kołderkę. Przy wyższych temperaturach raczej musimy się ochładzać, dlatego nie przegrzewajmy dziecka, zmieńmy zimową kołderkę na kocyk, a przykładając mu zmoczone chłodne ściereczki pamiętajmy, by ich nie kłaść na czoło (nie chcemy zapalenia zatok, prawda?), ale tam, gdzie płynie krew - zgięcia łokci i pod kolanami. Postarajmy się znaleźć takie zabawy, które przytrzymają naszą pociechę w pozycji odpoczywającej, bo nawet jeśli chore dziecko dobrze się czuje i nie chce leżeć, to jednak powinno nie być zbyt aktywne.
Jeśli chodzi o dietę, to pamiętamy, że w czasie choroby nie wprowadzamy nowości. Poimy dziecko nadmiernie, niech się płucze, karmimy lekkostrawnie i delektujemy się tzw. żydowską penicyliną, czyli konkretnym rosołkiem. I spokojnie wracamy do zdrowia.

niedziela, 7 lutego 2016

maślana tortilla de patatas dla NieAlergika


Niezbyt koszerny przepis na hiszpańską tortillę, bo po pierwsze z ziemniaków już ugotowanych, a po drugie, zamiast oliwy jest klarowane masło. Nie to, żeby oliwa w ząbki koliła, ale jakoś tak na masełku wolę. Danie szybkie, proste i oszczędne, jako że można zużyć niezjedzone ziemniaki obiadowe. Wersja wielce podstawowa, bo zanim zalejemy ziemniaki jajami, możemy do nich wmieszać to, co lubimy lub mamy akurat pod ręką, lub należy szybko zużyć. Na przykład podsmażony boczek lub kiełbaskę, paprykę albo szpinak, grzyby czy pokrojone w kosteczkę sery. Ja na przykład bardzo lubię dodać do masy jajecznej odrobinę adżiki i gotowy placek lekko posypać startym żółtym serem, najchętniej oscypkiem. Kwestia gustu, jak to mówią.
Weźmy:

4 ugotowane ziemniaki*
4 jajka
dużą cebulę
ząbek czosnku
kilka łyżek masła klarowanego**
sól i pieprz do smaku

Ziemniaki pokroić w kostkę, cebulę posiekać, jajka rozbełtać z solą i pieprzem. Cebulę lekko zrumienić na maśle, dodać ziemniaki, wymieszać i chwilę razem podsmażać, dodając ewentualnie więcej masła. Następnie zalać jajkami i smażyć powoli, pod niepełnym przykryciem. Gdy się spód zetnie i przyrumieni, zsunąć placek na talerz, na patelni rozpuścić jeszcze nieco masła i z powrotem położyć na niej placek, tym razem spodem do góry. Gdy tortilla będzie gotowa, przełożyć ją na talerz i podawać z surówkami.

*najlepiej ugotowane w mundurkach i obrane; jeśli kto się uprze na tortillę prawdziwą, znaczy się z surowych ziemniaków, to musi owe ziemniaki pokroić w niedużą kosteczkę i smażyć je powoli aż zmiękną
**oczywiście możemy użyć oliwy

Stop marnowaniu żywności

czwartek, 4 lutego 2016

faworki indyjskie na Tłusty Czwartek


Prościej się nie da. Dwa składniki plus sól i woda. Zatem komu się nie chce robić faworków OSy lub pysznych, ale jednak bardziej pracochłonnych pączków, niechaj zrobi sobie khaja. Kto nie może masła klarownego robi na oleju. Przepis wzięłam stąd i dobrze się sprawdził. To takie jakby prażynki, ale jak się posypie cukrem pudrem, to całkiem nieźle robią za faworki. Zrobiłam w klasycznym kształcie, żeby tradycji stało się zadość. Komu nie chodzi o tradycję, niech je poleje jakimś fajnym syropkiem, np. kawowym z dodatkiem jakiegoś korzenia, albo solonym karmelem.
Wystarczy mieć:

szklankę mąki
2 łyżki oleju lub masła klarowanego
+/- 100 ml cieplej wody
sporą szczyptę soli
do smażenia: olej lub smalec
do posypania: cukier puder

Roztopiony tłuszcz wetrzeć palcami w mąkę, dodać wodę i wyrobić elastyczne ciasto, w razie potrzeby dodając nieco mąki lub wody, by uzyskać pożądaną, "faworkową" konsystencję. Ciasto należy wyrabiać kilka minut, co najmniej 5, a następnie przykryć, np. ściereczką lub naczyniem i odstawić na 15 minut, by odpoczęło. Po tym czasie ciasto rozwałkować bardzo cienko, wyciąć i zawinąć w klasyczne faworki, smażyć partiami w głębokim rondlu na gorącym tłuszczu (tłuszcz ma wystarczającą temperaturę, gdy na włożonym weń drewnianym patyczku pojawiają się bąbelki powietrza), z obu stron, aż się zezłocą, a następnie przekładać na papierowe ręczniki, by osączyć z nadmiaru tłuszczu i posypywać cukrem pudrem.

poniedziałek, 1 lutego 2016

churros na Tłusty Czwartek


Churros. Ze dwa lata się do nich przymierzałam. To wszystko dlatego, że nie mam śmiałości do ciast parzonych. Trening na churrosach nieco ten strach zmniejszył, ale sporo jeszcze wody w Wiśle upłynie, zanim wezmę się, na ten przykład, za ptysie. Churros są wporzo, ale kudy im do naszych pączków czy faworków. Jednakowoż dla matek alergików są idealne, bo bezpieczne i szybko się robiące. Skorzystałam z przepisu Nigelli, mojej bogini. Wystarczy obtoczyć w cukrze z cynamonem, a potem maczać sobie w sosie karobowym. Niom.
Przygotować musimy:

250 ml wrzątku
125 g mąki
łyżeczkę proszku do pieczenia
łyżkę oliwy
olej do smażenia
drobny cukier wymieszany z cynamonem - do obtaczania churros
sos karobowy - do maczania

Wymieszać mąkę z proszkiem, wmieszać oliwę i dodać wrzątek. Mieszać energicznie do uzyskania klejącego się ciasta. W razie potrzeby, by uzyskać odpowiednią konsystencję, dodać nieco wody lub mąki. Odstawić na 10 minut. Rozgrzać olej - będzie odpowiednio gorący, gdy na włożonym do niego drewnianym patyczku będą się tworzyć bąbelki powietrza. Ciasto przełożyć do szprycy lub rękawa cukierniczego. Wyciskać ciasteczka długości 8-10 cm na rozgrzany olej, odcinając je nożykiem lub nożyczkami. Smażyć aż się zrumienią, wyławiać łyżką cedzakową i odkładać na papier kuchenny, by osączyć nadmiar tłuszczu, a następnie obtaczać w cukrze z cynamonem. Podawać z sosem karobowym.