poniedziałek, 30 listopada 2015

tarta ze szpinakiem i fetą dla NieAlergika


Bardzo, ale to bardzo lubię tarty wszelakie. Najbardziej to chyba poczciwego quiche lorraine, choć tarta z brokułami, pominąwszy specyficzny aromat brokuła, też jest niczego sobie, podobnie jak andźkowa tarta z kurkami. Bo są dobre i na zimno, i na ciepło, i fajnie łączą chrupiące z kremowym, i można je zabrać do roboty jako lunch, i zamrozić na "w razie czego". Słodkie tarty też lubię, owszem, ale wytrawne jakoś tak bardziej. Tym razem na kruchy spód wrzuciłam szpinak z fetą, całkiem całkiem wyszło, nie powiem...
Przygotujmy:

na ciasto:
200 g mąki
100 g masła
szczypta soli
lodowata woda
na farsz:
350-400 g świeżego szpinaku*
opakowanie fety (200 g)
2 ząbki czosnku
jajko
1/2 szklanki śmietanki 30%
garść startego żółtego sera
pełną łyżkę masła
szczyptę startej gałki muszkatołowej
sól i pieprz do smaku

Szpinak umyć, posiekać i udusić na maśle. Gdy przestygnie, dodać drobno pokrojoną fetę, przeciśnięty przez praskę czosnek i doprawić do smaku gałką, solą i pieprzem (uważać na sól, bo feta jest słonym serem). Odstawić. Składniki ciasta wyrobić, dodając tyle wody, by ciasto było elastyczne. Wylepić nim formę do tarty lub tortownicę (spód i 2 cm boki; średnica formy ok. 22-24 cm), ponakłuwać i podpiec w 175 stopniach (termoobieg) przez 15 minut). Jajko wymieszać ze śmietaną oraz masą szpinakową, powstałą masę wyłożyć na podpieczone ciasto, posypać startym żółtym serem, wstawić z powrotem do piekarnika i zapiekać ok. 30-35 minut.

*można też użyć odpowiedniej ilości mrożonego

sobota, 28 listopada 2015

w co pakować lunch, kanapki


Być może temat nie wydaje się wart uwagi, ale wierzcie mi - jest wart pochylenia się. Rozglądam się i widzę, że wszyscy pakują w folię aluminiową lub plastikowe torebki czy pojemniki. A przecież dobrze wiemy, że plastik wcale nie jest fantastik. Ponoć też alufolia potrafi podtruć, bo aluminium z niej przechodzi do żywności i potem chodzimy świecąc niczym łuna radioaktywna. Ale w coś trzeba jedzenie do przedszkola lub szkoły naszemu małemu alergikowi pakować… Teoretycznie najlepiej byłoby w szkło, ale że to materiał ciężki i niebezpieczny w razie swej dezintegracji, trzeba sobie radzić inaczej.
Jak byłam mała, to mamusia owijała mi kanapki czym tam miała. Czyli zwykłym papierem śniadaniowym. Nie raz i nie dwa skutkowało to upaćkaniem zeszytów, bo wiadomo, że sam papier wielce wygodny nie jest. Jednak zaufanie do papieru śniadaniowego mam, więc zanim wpakuję kanapkę do plastikowego lunchboxa, owijam ją w pergamin. Zwykły, najlepiej niebielony. Żadnej alufolii, żadnych woreczków śniadaniowych. Będzie nie tylko zdrowiej dla alergika, ale też dla Matki Ziemi. Najchętniej wszystko bym włożyła do papierowej torby, ale mając na uwadze jako taką integralność posiłku, muszę pozostać przy plastikowym pudle. Rozglądam się też za lunchboxem PBA-free, ale póki co zwykłe pudło plus warstwa papieru mi wystarczy. Gorzej z posiłkami typu lunch, zwłaszcza ciepłymi. Tu już termosik czy specjalny pojemnik obiadowy musi być bez PBA, bo ponoć ta szkodliwa ingrediencja plastiku szczególnie chętnie przechodzi do potraw ciepłych i mających w składzie tłuszcz.
Z drugiej strony nie należy popadać w amok. Moja mama, ta sama, która mi ekologicznie owijała kanapki pergaminem, sama jadła czasem drugie śniadanie z gazety, bo czasy były wielce wówczas niedoborowe. I żyje, i ma się zdrowo, znaczy się, nie ma co przeginać. Pamiętam też sensacyjne doniesienia o tym, że ołów ze szkła w termosach dyfuzował w zupkę i truł. Ile w tym prawdy, to sprawdzać mi się nie chce, ale ziarno niepokoju zostało zasiane.
A Wy w co pakujecie jedzenie swoim dzieciom? Co polecacie?

środa, 25 listopada 2015

sagoo kokosowe


Dziś na Smakołykach gościmy Dżordżę, autorkę arcyciekawego bloga Zimno i Pada. Z Mają znamy się od dawna, ma alergicznych chłopaków, a teraz, wzbudzając we mnie nieznane nawet mnie samej pokłady zazdrości wzięła i wyjechała sobie pomieszkać na Mauritiusie.
I właśnie z tego rajskiego miejsca przymajlował pełny przepis na bezglutenowe i bezmleczne kokosowe sagoo. Wraz ze zdjęciem! Pyszne, gorąco polecam, podobnie jak dżordżowego bloga - laska fajnie pisze!
Trzeba mieć (na 4 porcje):

ok. 1/2 kubka sagoo (czyli kulek tapiokowych, jak mniemam)
mleko kokosowe
2 łyżki cukru
nieco wiórków kokosowych
mus owocowy (najlepiej ze świeżego mango)
wodę

Kulki namoczyć w wodzie, a następnie gotować ok. 10 minut często mieszając, aż staną się przejrzyste i będą przypominać kawiorowy kisiel. Dodać nieco mleka kokosowego oraz wiórki i cukier, wymieszać. Masę przełożyć do miseczek i dać na wierzch (uwaga, teraz będzie cytat):
• w wersji bounty  - gorzką czekoladę. 
• w wersji owocowej, mus np. z mango (u nas wiosna i właśnie mango dojrzewają), ale można pewnie wszelkie możliwe kombinacje, co kto lubi i może.
Uścisk
Maja




niedziela, 22 listopada 2015

aromatyczne karczochy z patelni


Uwielbiam karczochy, choć w naszym pięknym kraju miłośnik tych kwiatków łatwo nie ma, bo i karczochów tu raczej nie ma. A jak są, to potwornie drogie. O świeżych mówię. Obróbka tych świeżych też nie należy do bułek z masłem, w związku z czym aż podskoczyłam z radości na widok mrożonych karczochowych serduszek, na które to natknęłam się w pewnym aspirującym dyskoncie. Na ten tychmiast nabyłam i przyrządziłam potrawkę z kiełbaską, którą można podać zarówno z makaronem, jak i chlebem, a nawet jako dodatek do obiadu - wtedy kiełbaski można poniechać lub dać minimum, tak tylko dla smaczku. Jeśli pokusicie się o przygotowanie jakże rzadko powodujących reakcję alergiczną, należących do tej samej rodziny co słonecznik świeżych karczochów, to pamiętajcie, by cytrynę wymienić na naturalny ocet, np. jabłkowy. Z podgotowanymi postępujcie następnie tak, jak ja tu z mrożonymi. Ta potrawka jest też bardzo pyszna z dodatkiem papryki czy pieczarek, ale to już musicie sami sobie wypróbować.
Trzeba mieć:

ok. 300 g serc karczochów
2-3 nieobrane ząbki czosnku
2-3 łyżki oliwy
wędlina (kiełbasa, boczek, wędzona szynka etc.) - odrobina, ok. 50 g
sól, pieprz, chili i tymianek (i/lub oregano) do smaku
naturalny ocet, biały - jeden "prysk" z butelki z atomizerem, czyli pewnie ok.1/2 łyżeczki

Rozgrzać oliwę, wrzucić czosnek i pokrojoną w kostkę lub półplasterki kiełbasę. Gdy wędlina lekko się zrumieni dodać serca karczochów i smażyć razem na niezbyt dużym ogniu przez kilka minut. Doprawić, spryskać octem, wymieszać i podawać.

Menu dla diabetyka

piątek, 20 listopada 2015

pasztet z dzika z żurawiną dla NieAlergika


Oto pyszny pasztet babci Huberta, z dodatkiem dziczyzny i suszonej żurawiny. Oraz magicznym gestem kulinarnym dotyczącym jajek. No cóż, babcia Huberta robi go na oko, to ja też tak musiałam. Starała się podać mi jakieś proporcje, ale nie miałam sumienia jej ostro gnębić, bo ona go naprawdę robi na przyczynę śmierci chłopa w szpitalu i nie umie dokładnie powiedzieć ile czego. To zrobiłam tak cirka/ebałt, wyszedł mi ciutasek zbyt zwarty, bo różnica między warszawską kajzerką, a opolską bułką jest jednak znacząca, powinnam podwoić ilość kajzerek. No cóż... mojemu pasztetowi do babciohubertowego troszkę daleko, ale pocieszam się, że trening czyni mistrza. Poza tym nie omieszkam wykorzystać każdego spotkania z autorką przepisu na zgłębianie tajemnic przysmaku.
Należy posiadać:

1 kg dziczyzny (dałam dzika)
1 kg mięsa wieprzowego, tłustego (np. po połowie karkówki i podgardla)
ok. 300 g wołowiny
ok. 250 g wątróbki
3 jajka
3 duże bułki (np. małgorzatki aka cipki)
porcję włoszczyzny (bez kapusty)
cebulę
po płaskiej łyżeczce pieprzu i nasion kolendry
2 liście laurowe, 3 ziela angielskie
2 jagody jałowca
goździk
sól do smaku
sporą szczyptę gałki muszkatołowej
100 g masła
pełną garść suszonej żurawiny

Mięsa podsmażyć na maśle razem z cebulą, podlać niedużą ilością wody i dodać wszystkie przyprawy prócz soli i gałki. Przykryć i dusić. Gdy mięsa zmiękną, dorzucić wątróbkę oraz oczyszczoną włoszczyznę i dusić jeszcze ok. 20 minut. Wystudzić. Wywar odcedzić i zachować, całą zawartość garnka zmielić 2-3 razy - wszystko razem: warzywa, mięso, przyprawy. Bułki namoczyć w wywarze, lekko odcisnąć i dodać do masy, wyrobić. Jajka ubić na puszystą masę, wymieszać z masą mięsna i wyrobić dłońmi. Dosolić pasztet oraz dodać gałkę - do smaku. Gdyby masa była zbyt zwarta, dodać wywaru z duszenia mięs. Na koniec wmieszać żurawinę. Keksówkę natłuścić i posypać tartą bułką. Przełożyć do niej masę, wyrównać, wstawić do piekarnika nagrzanego do 160-170 stopni (termoobieg) i piec ok. 40 minut. Odstawić do całkowitego wystudzenia, następnie wyjąć, owinąć alufolią i trzymać w lodówce przez ok. 2 godziny przed krojeniem, żeby dobrze stężał.

środa, 18 listopada 2015

[przed]szkolne śniadania część 7


Chłodniej się robi, świeżych owocków zaczyna brakować, ale jakoś próbujemy dawać radę. Śniadań jak zwykle nie opisuję, bo to kanapka lub deserek wegański typu jogurtowego z granolą, poszukajcie inspiracji zaglądając do śniadań/kolacji.

Poniedziałek
obiad: naleśniki z grillowanymi warzywami (cukinią i papryką)
podwieczorek: jabłko i kawałek babki łaciatej

Wtorek
obiad: risotto (ryż pełnoziarnisty z kurczakiem i groszkiem)
podwieczorek: szaszłyki z suszonych owoców

Środa
obiad: śmietniczek z pęczakiem
podwieczorek: deserek-mus owocowy i otrębusek (kupne, niestety)

Czwartek
obiad: schab w morelach z brokułem
podwieczorek: gruszka

Piątek
obiad: fiszburger (w bułce pełnoziarnistej, z jarmużem)
podwieczorek: budyń karobowy

Proszę, podrzucajcie swoje pomysły w komentarzach!

niedziela, 15 listopada 2015

masło dyniowe


Masło dyniowe to nie jest przysmak z naszego kulinarnego kręgu kulturowego, ale warto go sobie zaanektować, bo to smarowidełko nie tylko smaczne, ale też zdrowe, łatwe do zrobienia i wielozadaniowe. Bo takowym masłem można nie tylko smarować tosty. Może być farszem do naleśników lub tart czy tartaletek, może być składnikiem ciasta, nadzieniem kruchych pierożków i tak dalej. No i dynia rzadko uczula. Gorzej z przyprawami, dlatego użyjcie tych, które są bezpieczne albo żadnych - masło dyniowe nawet bez przypraw jest smaczne.
Weźmy:

litr puree z pieczonej dyni
1/2 szklanki cukru trzcinowego
2 łyżki kwaśnego soku*
łyżeczkę cynamonu
po szczypcie soli, gałki muszkatołowej i ziarenek wanilii

Wymieszać wszystkie składniki w płaskim szerokim rondlu lub na patelni i smażyć na niezbyt dużym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż masa się zredukuje i mocno zgęstnieje. Gdy masa zacznie gęstnieć, mieszać częściej, by się nie przypaliła. Przełożyć do wyprażonych słoiczków, zakręcić i odstawić. Gdy wystygnie przechowywać w lodówce i zużyć w ciągu tygodnia.

*nie jest to konieczne, ale dobrze wpływa na smak

Bezglutenowe śniadanie dla dziecka

piątek, 13 listopada 2015

czekoladowe ciasto z gruszkami dla NieAlergika


Czasem człowiek kupi gruszki, a potem stwierdzi, że owoce coś twarde takie i może by z nich ciasto upiec... No i piecze. A potem je, bo dobre. I dupa rośnie. No trudno, widocznie taki los blogera. Ale jak tak dalej pójdzie to porzucę Smakołyki i założę bloga typu fit. Dobry pomysł?
PS. Alergicy znajdą przepis na ciasto karobowe z gruszkami w mojej książce.
Trzeba mieć (na większą keksówkę):

4 gruszki
3/4 litra wody
250 g cukru
goździk
kawałek kory cynamonu
1/4 laski wanilii
na ciasto:
350 g mąki
+/-250 ml mleka
200 g cukru 
100 ml roztopionego masła
2 jajka
3-4 pełne łyżki kakao
2 łyżeczki proszku do pieczenia
½ łyżeczki sody
miąższ z 1/2 laski wanilii
sporą szczyptę kardamonu

W rondelku zagotować wodę z cukrem i przyprawami, włożyć obrane całe gruszki i powoli gotować pod przykryciem ok. 15 minut. Wyjąć gruszki i odłożyć. W misce wymieszać suche składniki, dodać mokre i zmiksować na gładką masę, w razie potrzeby dodając nieco mleka, by uzyskać lekko płynną konsystencję. Masę wylać do natłuszczonej i wysypanej tartą bułką keksówki i powtykać w nią gruszki. Ciasto wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piec do suchego patyczka, ok. 35 minut. 

wtorek, 10 listopada 2015

schabowe panierowane bez jajka


Dawno dawno temu, na obiedzie u babci podano schabowe. Oczywiście NieAlergikom, dla mojego syna był schab w morelach czy tam ze śliwką, mniejsza z tym. Trzeba wam wiedzieć, że schabowe babci, czyli mojej mamy to najlepsze schabowe na świecie, rozkosznie chrupiące i aromatyzowane kminkiem oraz majerankiem, poezja smaku. Jemy sobie, niom niom, nie ma to jak mamusiny obiad, gdy nagle widzę, że syn mój wpatruje się w nasze kotlety (konkretnie w giganta na talerzu taty) takim wzrokiem, jaki zazwyczaj mają ludzkie samce patrząc na nagie panie. No cóż, to wiele mówiące spojrzenie zostało do dziś, z tym, że teraz kierowane jest w dobrą stronę, znaczy się na ładne koleżanki. Trochę w tym mojej zasługi, jako że natychmiast po tamtym pamiętnym babcinym obiedzie, poczyniłam rozkminę dotyczącą schabowego w panierce bez jajka. Dlatego nie ma zdjęcia - to przepis z archiwalnego kukbuka. Sposób jest nieprzyzwoicie prosty, w związku z tym może i nie ultraskuteczny, ale za to bez fujowatych udziwnień. Pycha. Idealny, bo jakże jednak polski, na świętowanie odzyskania niepodległości.
Weźcie:

schab środkowy - ilość plastrów w zależności od żądanej porcji
masło klarowane lub kokosowe
na panierkę do wyboru: pokruszone płatki kukurydziane bio lub bułka tarta
sól, pieprz, mielony kminek i majeranek - do smaku
olej lub inny tłuszcz do smażenia

Kotlety rozbić cienko, posolić, popieprzyć, ewetualnie pomajerankować oraz pokminkować i odstawić na 10-15 minut, by mięso nabrało aromatu. Następnie posmarować roztopionym tłuszczem i wycisnąć w panierce z pokruszonych płatków kukurydzianych lub bułce tartej, Smażyć z obu stron jak tradycyjne schabowe. Po usmażeniu układać na papierze kuchennym, by odsączyć nadmiar tłuszczu.

niedziela, 8 listopada 2015

dieta przeciwgrzybicza w alergii


Dieta wymierzona w grzyby to jest to! Zwłaszcza u alergików, u których flora jelitowa jest chyba w każdym przypadku zaburzona. Można, oczywiście, zaaplikować latorośli jakąś farmację, tylko nie wiem, czy warto, skoro dietą i probiotykami można zdziałać cuda. U nas się to sprawdziło i bez żadnych leków pozbyliśmy się przerostu candidy. Trochę to trwało, ale się udało.
Sieć pełna jest propozycji diet antygrzybiczych, tylko że nie zawsze można je tak po prostu zaaplikować naszym małym alergikom. No bo cóż małemu alergikowi po dozwolonych w takiej diecie cytrusach? Albo jajach?
Jak żem 10 lat temu zobaczyła wynik badania (zrobiony w oddziale sanepidu) to żem z lekka zemdlała. Truchtem podymałam do naszej rejonowej pediatry z pożółkłym (nie wiem, czemu był taki vintage, bo data była ok), sanepidowskim świstkiem w zębach i żądaniem ratunku. Dostałam zalecenie wielomiesięcznego podawania probiotyków i... tyle. I dobrze. Bo o jakiej diecie mogła być mowa, skoro młody jadł wówczas z pięć produktów na krzyż? Jednakowoż poczęłam grzebać tu i ówdzie, i z tej grzebaniny wyszło mi, że należy dodatkowo być na diecie, na której to trzeba unikać produktów, których nawet nie mogliśmy jeść. Supcio zatem. Z tym, że okazało się, że odpada nam jedyny wówczas dozwolony "cukierek", znaczy się kostka cukru. I nie wolno smażyć. I że trzeba jeść jak najbardziej naturalnie, a to oznacza, że jeśli jabłko surowe uczula, a ugotowane nie, to tym ugotowanym nie bardzo można się żywić. W skrócie: razem z candidą zagłodziłabym też własne dziecko. Na to nie mogłam sobie pozwolić, co nie? Uzgodniłam więc sama ze sobą własne zasady diety przeciwgrzybiczej. Zadziałało, więc podaję dalej:
1. Karmienie piersią - jak najdłużej, na żądanie.
2. Probiotyki - nie tylko lactobacillusy, ale też wyjątkowo hejtujące w stronę candidy saccharomyces boulardii. Jeden rano, drugi wieczorem. Długo, przez wiele miesięcy, robiąc co miesiąc tygodniową przerwę i dostosowując dawkę do wieku małego candidowca.
3. Zero cukru! Zero czegokolwiek słodkiego! Nawet suszonych owoców.
4. Połączenie diety antycandidowej z antyalergiczną. To nie jest łatwe, gdy okazuje się, że z pięciu dozwolonych w diecie produktów trzy są zakazane przy leczeniu przerostu candidy. Olejcie dietę antycandidową w takim przypadku. Ale wprowadzając nowe produkty starajcie się, by były to warzywa, bo grzyb ich generalnie nie lubi, kwaśne owoce, amarantus, pieczywo na zakwasie etc. Jemy to, co możemy, jemy zdrowo w miarę możliwości. Nie smażymy, gotujemy na parze, pieczemy. I nie szalejemy. Niektóre diety przeciwgrzybicze zabraniają spożywania kiszonek. Na mój chłopski rozum to kompletna bzdura, przecież kiszonki to probiotyki.
5. Trzeba dużo pić. Najlepiej źródlanej wody. Naprawdę dużo, żeby organizm się oczyszczał.
6. Ruszamy się - to też wspomaga oczyszczanie organizmu.
7. Siódme - nie kradnij. Pochowajmy wszystkie słodycze, żeby nasz maluch ich nie mógł niepostrzeżenie chapnąć. To bardzo ważne.
8. Trzymamy dietę przez 2 miesiące i powtarzamy badanie. W sanepidzie, albo specjalnym labo, w którym kał bada się pod mikroskopem, nie idziemy się "badać" z kropli krwi. Jeśli jest ok, powoli wprowadzamy zakazane rzeczy, ale jeszcze przez kilka tygodni nie rezygnujemy z probiotyków. Jeśli nie jest ok - zostajemy na diecie przez następne 2 miesiące, znów powtarzamy badanie i tak dalej...
9. Dorzućmy coś, co wspomaga odporność, może tran? Może zioła? Jeremi dostawał kroplę leciutkiego naparu z neurotoksycznego piołunu na przykład. Nie wyglądał na nawalonego, ale takich sztuczek bez konsultacji z dobrym zielarzem nie polecam.
10. Dziesiąte przykazanie brzmi prosto, ale w praktyce jest trudne - unikajcie powikłań po infekcjach wirusowych. Takie powikłanie często kończy się antybiotykiem, a taki antybiotyk może zniweczyć wasze wielomiesięczne wyrzeczenia (mam na myśli cuksy, rzecz jasna). Zatem starannie oczyszczamy nosy, by się nam nie wdało zapalenie ucha albo oskrzeli. W odpowiedniej porze roku wzmacniamy odporność młodzieży ruchem na nasłonecznionym świeżaku.
Walka z candidą jest długa, ale wychodzi na zdrowie, więc nie poddawajcie się. Powodzenia!

Kup zanim zniknie! 

Wyprzedaż "100 smakołyków..." - tylko 19 zł! 


Zapraszamy na smakołykowy fanpejdż :)

piątek, 6 listopada 2015

batoniki musli z żurawiną dla NieAlergika


To sławne batoniki śniadaniowe Nigelli, jednakowoż półkoszerne, bo w moim wydaniu, czyli z mlekiem skondensowanym (bo dzieciaki już odrobinę mogą), ale bez orzechów (bo nie mogą, to znaczy Jeremi może, ale tylko fistaszki, a Niny jeszcze się boję prowokować). Takie batoniki są niezwykle wdzięczne, jako że stanowić mogą bazę dla własnych smaczków i dodatków. I uczą matmy. Ponieważ oryginalny przepis podaje jakąś idiotyczną gramaturę mleka, chłopcy musieli przysiąść i wyliczyć mi proporcje na naszą rodzimą gramaturę oraz podmienione produkty. Dobrze wyliczyli, bo batony wyszły świetne. Tak świetne, że nie bardzo miałam co fotografować, choć wyszła ich spora blacha...
PS. Alergicy znajdą batoniki dla siebie w zakładce "batoniki, cukierki...".
Należy mieć:

puszkę skondensowanego mleka słodzonego
330 g płatków owsianych*
160 g pestek słonecznika
130 g suszonej żurawiny
100 g rodzynków
50 g gorzkiej czekolady
50 g niełuskanego sezamu
30 g kandyzowanej skórki pomarańczowej

Wszystkie suche składniki wymieszać w misce. Mleko lekko podgrzać, dodać do suchych składników i dokładnie wymieszać. Blachę (ok. 25x30 cm) wyłożyć papierem do pieczenia, na papierze rozłożyć masę i wyrównać, ale nie ubijać. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 125 stopni (termoobieg) i piec godzinę. Odstawić, by całkowicie  wystygło, a następnie kroić na nieduże batoniki.

*dorzuciłam jeszcze ze 3 łyżki, ale to chyba nie było konieczne

środa, 4 listopada 2015

gulasz z daniela


Było deszczowe, niedzielne popołudnie. Ciemno i ponuro. Nagle dzwoni Wujek Myśliwy i mówi, że za godzinę wbije mi na chatę z danielem. Nie z Danielem, tylko z danielem. Jak powiedział, tak zrobił, w związku z czym mieliśmy niepowtarzalną okazję obejrzeć, jak wujek tego młodego, uroczego jelonka wiesza za nóżki, oskórowuje, dzieli na rzeźnickie porcje... Sprawnie, fachowo i bez emocji. Na koniec Krwawy Wuj przyniósł mi do kuchni jakieś okrawki, mówiąc: "najlepsze na gulasz, szkoda mrozić". Tylko dzięki wujkowej poker face miałam odwagę potem z tego mięska gulasz zrobić. Warto było. Gulasz jest wyborny, aromatyczny, a mięso delikatne. Nigdy nie zrozumiem, co to znaczy mieć serce myśliwego. Ale delektować się dziczyzną - to ja rozumiem!
Należy mieć:

mięso z daniela - ok. 3/4 kg
2 łyżki masła klarowanego
łyżeczkę musztardy
łyżeczkę przecieru pomidorowego
niedużą cebulę
ok. 100 g dobrej wędzonki (kiełbaska, boczek etc.)
ząbek czosnku
2 spore szczypty kolendry
ziele angielskie i liść laurowy
ziarno jałowca
sporą szczyptę tymianku
sól i pieprz do smaku
opcjonalnie: 100 ml śmietanki (roślinnej lub 30% dla NieAlergików)

Mięso pokroić w kostkę, cebulę posiekać i razem podsmażyć na maśle. Dodać musztardę, przecier oraz wszystkie przyprawy prócz soli i pieprzu i przesmażać jeszcze chwilę. Podlać wodą* tak, by mięso było przykryte, posolić i popieprzyć. Dusić godzinę (lub dłużej, do miękkości) na wolnym ogniu, tuż przed podaniem zagotować ze śmietanką.

*ja zalewam wodą patelnię, na której smażyło się mięso, a potem tą wodą podlewam potrawę

poniedziałek, 2 listopada 2015

cynamonowe bułeczki z rodzynkami


Matka Smakołyk lekko nie ma. Może gdyby doba trwała z pięćdziesiąt godzin, byłoby jej lżej. Ale nie trwa i tak to zdarza się, że dziecko jedno z drugim odkrywa, że matka nie zrobiła wałówki do szkoły/przedszkola. Zapomniała, cholera jedna. Wtedy można się sposiłkować jakimś owocem, własnoręcznie umajoną kanapką oraz zajrzeć ratunkowo do zamrażarki i znaleźć tam, na przykład, proste i smaczne bułeczki śniadaniowe ad hoc do lunchboxa. Taka buła zamiast zdrowej, wypełnionej domowym pieczystym, warzywami i kiełkami kanapeczki zawsze jest, niestety, mile widziana. No trudno.
Należy mieć:

na ciasto:
500 g mąki (najlepiej jasnej orkiszowej)
150 g cukru
łyżkę cukru z pieczoną wanilią
ok. 1,5 szklanki wody lub mleka roślinnego
25 g świeżych drożdży
80 ml klarowanego masła lub bezmlecznej margaryny
szczyptę soli

na nadzienie:
5-6 łyżek ghee lub bezmlecznej margaryny
cukier brązowy
cynamon
rodzynki (lub inne suszone owoce, pokrojone)*

Z pół szklanki letniej wody, rozkruszonych drożdży, łyżeczki cukru i łyżeczki mąki zrobić rozczyn, a gdy "ruszy", dodać go do reszty mąki wymieszanej z solą, obydwoma rodzajami cukru i mlekiem (lub wodą). Dobrze wyrobić mikserem z hakami do ciasta, dolewając ewentualnie tyle mleka lub wody, by ciasto miało elastyczną, dość zwartą konsystencję. Dodać rozpuszczone masło i dalej wyrabiać. Gdy ciasto będzie gładkie, odstawić je w ciepłe miejsce, by podwoiło objętość. Wyrośnięte ciasto przełożyć na wysypany mąką blat i rozwałkować prostokąt o grubości +/- 1 cm. Posmarować je roztopionym tłuszczem, posypać cienką warstwą cukru oraz cynamonem (do smaku). Rozłożyć bakalie i zwinąć roladę wzdłuż dłuższego boku. Następnie roladę pokroić na plastry o grubości ok. 2-3 cm i poukładać je "bokiem" na natłuszczonej blasze. Odstawić do wyrośnięcia, a następnie piec ok. 25 minut w piekarniku nagrzanym do 150 stopni (termoobieg).  

*bułeczki wspaniale smakują z dodatkiem kandyzowanej skórki pomarańczowej - jeśli taka skórka was nie uczula, dodajcie koniecznie nieco posiekanej skórki do nadzienia

Kuchnia skandynawska 2015