wtorek, 30 czerwca 2015

lody "rocky road" bez mleka, jajek, czekolady


Rocky road to rodzaj anglosaskich deserów, coś jak nasz blok czekoladowy, tylko  z piankami marshmallows, za to bez mleka w proszku. Nazwa malownicza, słodkości same w sobie też malownicze, to postanowiłam zrobić dzieciakom lody rocky road. Nazwa handlowa: Lody Wyboista Droga. Albo: Lody Droga przez Mękę. Albo: Lody Jak Koń pod Górkę. Idealna dla matek alergików, prawda?
Weźmy:

2 szklanki wody
Sinlac - tyle, by uzyskać dość gęstą konsystencję
2 pełne łyżki karobu
pełną łyżeczkę cukru z wanilią
2 łyżki roślinnego mleka w proszku
garść domowych pianek marshmallows (mogą być kupne, najlepiej mini)
opcjonalnie - kilka pokrojonych w małe kawałki krówek

Wodę wymieszać z karobem i podgrzewać, aż składniki się połączą. Przestudzić, dodać mleko w proszku i dosypywać stopniowo sinlac, stale mieszając do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Ostudzić całkowicie, dosypać pokrojone w mniejsze kawałki pianki, wymieszać i wlać do foremek. Wetknąć patyczki i wstawić foremki z lodami do zamrażarki. Przed podaniem wstawić foremkę na chwilkę pod gorącą wodę - wtedy będzie łatwo wyjąć loda z foremki.

Akcja lodowa 2015

niedziela, 28 czerwca 2015

błyskawiczny biszkopt z truskawkami dla NieAlergika


Jestem wybitnie uzdolniona, rzecz oczywista. Kiedyś, będąc młodym dziewczęciem, upiekłam sobie biszkopt z bakaliami. Uwielbiałam ten biszkopt (muszę znaleźć przepis, zaginął mi wieki temu, buuuu...) i piekłam go dość często. Tym razem nażarłam się go tak, że myślałam, że pęknę. Siedzę, trawię i z nudów przeglądam grzbiety książek na półkach. Nagle dociera do mnie, że coś jest nie tak, jak zwykle bywa. I po chwili odkrywam, że wszystkie niebieskie,
i tylko niebieskie, elementy w moim polu widzenia jarzą się jakimś nieziemskim światłem. Ja to niezła jestem, pomyślałam o sobie ciepło, żadnego grzyba czy kryształa, a haluksy są. Jak nic - to przez biszkopt! W przeciwieństwie do mojego odkrycia, biszkopt z owocami z pewnością nie jest niczym odkrywczym, ale za to jest wypiekiem prostym, szybkim i bardzo smacznym. I uwielbianym zwłaszcza przez dzieci. Niestety, ten konkretny nie wywołuje halucynacji. Szkoda.
Potrzebować będziemy:

4 jajek
szklanki cukru
szklanki mąki*
2 łyżek wrzątku
łyżki oleju
łyżki octu (białego winnego lub jabłkowego)
pełnej łyżeczki cukru z wanilią
pełnej łyżeczki proszku do pieczenia
świeżych truskawek - na oko, ok. 2 szklanek na dużą formę

Truskawki umyć, odszypułkować i odłożyć, by dobrze obeschły. Jajka zmiksować z wrzątkiem przez ok. minutę. Dodać cukier i miksować dalej, aż masa nabierze lekkiej, puszystej konsystencji. Wtedy dodać cukier z wanilią, ocet oraz olej i miksować jeszcze chwilę, a następnie wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i zmiksować krótko do połączenia składników. Formę wysmarować masłem i wysypać bułką tartą (wielkość formy zależy od tego, czy lubicie ciasta wysokie, czy płaskie; my lubimy płaskie, więc dałam duża formę prostokątną) lub wyłożyć papierem do pieczenia. Na cieście poukładać truskawki. Wstawić ciasto do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piec 30-35 minut.

*można dać 1,5 szklanki mąki - wtedy ciasto będzie mniej słodkie, mniej delikatne, ale za to truskawki nie "utoną"

piątek, 26 czerwca 2015

sandacz z musem z fenkułu


Lubicie fenkuły? Bo myśmy polubili. Zwłaszcza dzieciom może posmakować, bo fenkuł jest warzywem delikatnym i aromatycznym, a mus z niego do ryby sprawdza się szczególnie celnie. W ogóle mam wrażenie, że najsmaczniejsze są te warzywka, które akurat wielkiej popularności nad Wisłą nie zdobyły, zapewne z powodu cen i dostępności. Taki karczoch na przykład.
A i szparagowy szał zaczął się stosunkowo niedawno. A skorzonera? Pasternak?
Ja wiem, że kapucha i buraki też są pyszne. No i domestic, choć nuda. Ach, marzy mi się przeprowadzka do jakiegoś ciepłego kraju, w którym nie tylko kapuchą i burakami asortyment rolniczy stoi... A póki co - rybka na piąteczek.
Potrzebujemy:

ok. 500 g filetów z sandacza (ze skórą)
na mus:
2 fenkuły
opcjonalnie: 1/2 łyżeczki soku z białej porzeczki*
nieco mielonego anyżu, soli i pieprzu do smaku

Bulwy kopru pozbawić naci, odkroić też spód i ewentualnie wierzchnie liście, Fenkuły pokroić wszerz w plastry, podlać odrobiną wody i udusić do miękkości. Przetrzeć, dodać sok z porzeczki i doprawić. Sandacza umyć, oczyścić z łusek i pokroić na porcje. Porcje ryby posolić, popieprzyć (jeśli nie ma alergii na cytrusy, to także skropić sokiem z cytryny) i odstawić na pół godziny, a następnie usmażyć na oleju - najpierw skórką do dołu, przez 5-6 minut, na niezbyt dużym ogniu, a następnie przerzucić i smażyć jeszcze 3-4 minuty. Podawać z przetartym fenkułem.

*porzeczki różnej maści rosną mi w ogrodzie - biała jest bardzo kwaśna, więc zbieram ją, robię z niej surowy soko-mus i mrożę, by potem używać do różnych potraw, sosów, zastępować ocet balsamiczny etc.

środa, 24 czerwca 2015

chronimy alergika


Pojechał tatuś z Niną na plac zabaw. Wraca i mówi "A na placu zabaw był chłopczyk w skarpetkach na rączkach. Pewnie ma azetesa, jak Jeremi, gdy był mały". Pewnie ma i nie ma się czemu dziwić. Ta mężowska uwaga przypomniała mi sytuację sprzed lat: byliśmy z młodym w sklepie, Jeremi miał wtedy ze 2-3 lata i bardzo zaostrzone zmiany skórne. Był upał, syn miał podkoszulkę i krótkie spodenki. W tym samym sklepie był też tatuś z córeczką, dziewczątkiem mniej więcej w wieku Jeremiego. Oczywiście dzieci natychmiast się dogadały. Jak tatuś córeczki zobaczył mojego syna, to stracił oddech, a następnie dyskretnie zaczął próbować własnym ciałem zasłaniać małą przed parchatym. No a co? Wiadomo, na co ten dzieciak jest chory? A jeśli to zaraźliwe? Przez ułamek sekundy zrobiło mi się przykro, ale zaraz sobie pomyślałam, że ten tata dobrze robi, bo przecież chroni swoje dziecko. Ale oprócz ewakuacji są inne reakcje obcych na parchatość, a wśród nich najczęściej występujące to dociekliwość, współczucie oraz udawanie, że sprawy nie ma. Wszystkie są dla naszego atopika niedobre, nawet ta ostatnia, bo dzieci bardzo często kierują się wyczuciem. Poza tym, jak ogólnie wiadomo, nie słuchają, a słyszą. Wracając do sklepowego tatusia - też musimy chronić nasze dzieci. Przed niezdrową ciekawością, głębokim współczuciem i nie do końca eleganckimi zachowaniami innych rodziców. Jak?
Przede wszystkim nie rozmawiajmy przy dziecku o jego chorobie. Z nikim. Ani w domu, ani poza domem. Do naszej alergolog trzeba chodzić z osobą towarzyszącą, bo po badaniu dziecko musi opuścić gabinet. Dlaczego? Nie tylko dlatego, żeby można było spokojnie porozmawiać, ale też po to, by dziecko nie słyszało tego, co się będzie o nim mówić. O chorobie rozmawiaj natomiast z dzieckiem. Wytłumacz, co mu jest, dlaczego, od czego i jak temu można zaradzić. Nie dramatyzuj, rozmawiajcie pogodnie. Jeśli ktoś obcy się zainteresuje naszym maleństwem, zacznie go oglądać ze zbolałą miną i artykułować litość - od razu utnijcie. E tam, to tylko alergia, najadł się truskawek i go wysypało, za dwa dni mu przejdzie. A słyszała pani, że ubranka dla dzieci znowu mają zdrożeć? Jeśli nasz interlokutor ma choć odrobinę taktu - nie będzie drążył. Jeśli nie ma nawet odrobiny - zmywajmy się. Jeśli natomiast zobaczymy, że rodzic w panice oddala się wraz z ze swą pociechą od naszej - odpuśćmy. Nie tłumaczmy, nie przekonujmy. Zajmijmy szybko czymś naszego malucha, żeby odwrócić jego uwagę od sytuacji. Wierzcie lub nie, ale dzieci wyczuwają sytuacje, mają jakiś taki zmysł, i czują, że coś jest nie tak. Poza tym warto stosować prewencję. Ubierać dziecko w koszulki z długim rękawem i długie spodnie. Latem w jasne, leciutkie, bawełniane, batystowe. Po pierwsze, gdy zmiany są ostre, lepiej ich nie odkrywać ze względów higienicznych, a po drugie - pod materiałem nie będą widoczne.
No dobrze, powiecie, póki dziecko jest małe, to jakoś możemy go przed ostracyzmem chronić. Ale co ciocia Dobra Rada zaordynuje na czas przedszkola, a zwłaszcza szkoły? O to się nie martwcie. Dzieci w przedszkolu Jeremiego nawet nie zauważały jego zmian skórnych. Zainteresowały się natomiast jego jedzeniem, ale po uzyskaniu informacji o powodzie takiego żywienia, zupełnie o sprawie zapomniały. No, pominąwszy fakt, że od czasu do czasu musiał kogoś poczęstować swoją wałówką, bo dzieciaki są po postu ciekawe i chcą próbować czegoś innego. W szkole poszło jeszcze lepiej. Zmiany były już bardzo niewielkie, a jak w okolicach października, jak zwykle pogorszyła się skóra dłoni, to któraś z koleżanek zauważyła i z wielką troską w głosie zapytała, co mu się stało. Zleciało się jeszcze kilkoro, Jeremi wytłumaczył, w czym rzecz, dzieci przyjęły do wiadomości i do tematu nigdy nie powrócono. Bo dzieci są fajne, otwarte i pełne zrozumienia. Takie drobnostki są po prostu zupełnie nieważne. Słusznie, prawda?

poniedziałek, 22 czerwca 2015

lekki fit deser z miodowym crunchy (bez cukru) dla NieAlergika


Matka Smakołyk, zupełnie jak ten Lenin, nie tylko wiecznie młoda, ale też wiecznie na diecie. Nie wiem, cóż za dietę stosuję, ale raczej na niej nie chudnę i podejrzewam, że pies pogrzebany jest w fakcie, że nie bardzo mam chęć i czas dupę w stylu cardio ruszyć. Chęć mam za to na deser i w związku z tym popadam w czarną rozpacz, że teraz muszę się deserkiem fit zadowalać. Kroków cardio nie liczę, ale przynajmniej staram się postawić jakieś kroki w kierunku eliminacji cukru ze swojego menu. I stąd takie deserki. Całkiem dobre, zresztą, choć do tiramisu im daleko, oczywiście.
Należy mieć:

500 ml naturalnego jogurtu typu greckiego
5 łyżek płatków owsianych
2 łyżki miodu
ulubione sezonowe owoce - minimum szklankę

Wymieszać płatki z miodem i rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg), po 10 minutach przemieszać, by płatki równomiernie się opiekały i piec jeszcze ok. 10 minut. Razem z płatkami, ale w osobnym naczyniu wstawić do piekarnika umyte i pokrojone owoce i zapiekać je do momentu, aż nieco zmiękną (czas zależy od rodzaju i wielkości owoców). Płatki oraz owoce wyjąć i wystudzić. Do szklanych, raczej wysokich naczynek nakładać warstwami mocno schłodzony jogurt, płatki i owoce.

piątek, 19 czerwca 2015

bezmleczny, wegański sos karmelowy


Owsiany sos toffi jest bardzo wporzo, ale kto nie szuka, ten w kółko je to samo. Serczując sieć w poszukiwaniu czegoś, czym moglibyśmy sobie polewać lody waniliowe, trafiłam na ten przepis. Okrutnie mi się spodobał, więc czym prędzej podymałam po cukier palmowy (bo dotąd jakoś nie używałam) i uwarzyłam. Dobry jest ten sos karmelowy, oj dobry. Warząc go, trzymałam się oryginału. Mniej więcej. Natomiast jeśli chodzi o Jego Karmelowatość, to... No cóż, należy się również przygotować na kokosowość.
Trzeba mieć:

puszkę naturalnego mleka kokosowego bio (400-450 ml)
szklankę cukru palmowego
1/4 szklanki syropu klonowego
pełną łyżkę oleju kokosowego
miąższ z 1/3 laski wanilii
sporą szczyptę soli (himalajskiej lub morskiej)

Mleko kokosowe, cukier oraz syrop klonowy krótko zmiksować, przełożyć do rondelka i zagotować. Zmniejszyć ogień i gotować powoli, mieszając przez ok. 20 minut. Zdjąć z ognia, dodać tłuszcz, sól oraz wanilię i wymieszać. Odstawić, by sos wystygł, a następnie ponownie krótko zmiksować. Przełożyć do szczelnie zamykanego słoika i przechowywać w lodówce, do 7 dni.

środa, 17 czerwca 2015

[przed]szkolne śniadania część 4


No to pyk - kolejna część przed/szkolnych śniadanek. Nie nudzą Wam się te posty?

Poniedziałek: makaron z duszoną cukinią i pieczarkami (prosta rzecz, ale jeśli ktoś chce przepis, to proszę dać znać w komentarzu)
Wtorek: kanapka z kokosellą i sezamki
Środa: sałatka owocowa i ciasteczko ryżowe
Czwartek: chlebek daktylowy
Piątek: ryż z jabłkami (ryż ugotowany na sypko i wymieszany z jabłkami upróżonymi lekko na maśle klarowanym, dosłodzony melasą)

Jeśli macie jakieś specjalne życzenia dotyczące przedszkolnego menu - piszcie, coś wymyślimy.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

sernikowe lody czekoladowe z chrupkami (bez jajek) dla NieAlergika


Do licha! Coś się zesrało, post zniknął na amen, i teraz jak tu odtworzyć przepis, skoro był to przepis w stylu "damy co mamy"? Spróbujmy... A jesli ktoś sobie zapisał czy coś, to proszę, niech się podzieli. Dziękuję.
To chyba szło tak:

500 g mascarpone
250 ml śmietanki 30%
2-3 łyżki cukru
2-3 łyżki kakao
łyżeczka cukru z pieczoną wanilią
garść czekoladowych płatków śniadaniowych

Śmietankę podgrzewać z obydwoma rodzajami cukru i kakao, aż cukier się rozpuści. Mascarpone zmiksować lekko, dodać ostudzoną śmietankę, krótko zmiksować. Schłodzić masę lodową, a następnie lekko zmrozić - w maszynie lub pojemniku. Dodać płatki, wymieszać i wstawić lody do zamrażarki.

Akcja lodowa 2015

sobota, 13 czerwca 2015

idealna konfitura z płatków róż


Do różanej konfitury przymierzałam się kilka razy. Korzystałam z różnych różanych przepisów - ucierających, obgotowujących, i za każdym razem to była jakaś kompletna poracha, zmieniająca aromatyczne płatki w sianowaty glut. W końcu stwierdziłam, że skoro tak, zrobię to po swojemu, najprościej i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wyszło dokładnie to, czego oczekiwałam. Płatki zachowały swój cudowny aromat, a ja nie mogę powiedzieć, żebym się narobiła. Narobię się za to w Tłusty Czwartek, zawijając tę konfiturę w pyszne pączki.
Trzeba mieć:

płatki róż
cukier: 2-3* razy tyle, ile płatków
nieco wody
kilka kropel soku z cytryny (opcjonalnie, alergicy pomijają)

Z cukru i odrobiny wody ugotować jasny syrop, wrzucić do niego umyte płatki (ja nie obcinam białych części płatków) i gotować powoli, od czasu do czasu mieszając, aż płatki będą szkliste. Przełożyć do wyprażonego słoika i zakręcić.

*ilość cukru zależy od tego, czy lubimy bardziej, czy mniej słodkie, jak się zachowają płatki i jak długo konfitura ma "wytrzymać"

środa, 10 czerwca 2015

frustra i hejt


Dawno dawno temu, co prawda nie za siedmioma górami, ale nad naszym pięknym, acz chłodnym morzem siedziały sobie dwie matki. Plaża, może, słońce... pełny relaksik teraz, a nawet mały melanżyk w planach. Wokół nich biegały ich parchate pociechy, a w tle majaczyły dziesiątki dziecięcych, nieparchatych sylwetek. I wtedy, "w tak pięknych okolicznościach przyrody", jedna z matek odzywa się do drugiej w te słowa:
Nienawidzę tych wszystkich zdrowych bachorów, które mogą wszystko żreć
Drugą matkę solidnie zatkało, bo choć aniołkiem nie jest, to jednak wydaje jej się, że pierwsza trochę przesadziła. Oczywiście za chwilę okazało się, że to dowcip. Uwielbiam Bachę między innymi właśnie za jej poczucie humoru. Ona żartowała, ale problem się ujawnił. Problem zazdrości, frustracji, zniechęcenia, bezsilności. Matko Alergika, pamiętaj, że masz prawo do takich uczuć! Nie duś ich w sobie i nie udawaj, że ich nie ma, jeśli już naprawdę są. Takie emocje mogą się pojawić zwłaszcza w czasie, gdy jesteś oderwana od codziennego kieratu, zrelaksowana. To właśnie wtedy najwyraźniej widać, jak inne jest twoje dziecko i jak w związku z tym skomplikowane jest twoje życie. I może się pojawić gniew, dojmujące poczucie niesprawiedliwości dziejowej oraz ślepoty losu. No cóż... Nakręć się, wyrzuć to z siebie. A potem pomyśl o tym, że to tylko alergia. I że alergia jest szansą na zdrowsze życie. A że średnio wygodne? Witarianie na przykład robią to sobie z premedytacją. Alergik w pierwszych latach życia ma szansę nie zakosztować "dobroci" w stylu milkiłejów czy danonków. To mu na pewno wyjdzie tylko i wyłącznie na zdrowie. Ja rozumiem, że matki uczuleniowców boją się niedoborów, wymiękają ze strachu, że ich dziecko, w związku z ograniczeniami dietetycznymi będzie się czuło gorsze i tak dalej. Nic takiego się nie wydarzy, spoczi. Tylko musisz tych kwestii dopilnować. Alergia co prawda całkiem nigdy nie minie, ale czas działa na waszą korzyść, alergeny pokarmowe przestaną być zapewne alergenami, a objawy alergii wziewnej mogą być nikłe. Pomyśl też o matkach dzieci naprawdę ciężko chorych, pomyśl o dzieciach, które nie mogą nic jeść nie z powodu alergii, a plagi głodu. To nie jest zbyt eleganckie poprawiać sobie samopoczucie kosztem cudzego nieszczęścia. Ale powinno być zawstydzające, bo przecież to tylko alergia. Matka alergika, zwłaszcza z azetesem musi wrzucić na luz, bo dziecko wszystko czuje, więc stan psychiczny matki może wpływać na jej malucha, a stan psychiczny malucha na pewno wpływa na stan jego skóry. A jeśli nie dajesz sobie rady, poproś o pomoc psychologa, nie ma się co męczyć. Powodzenia!

poniedziałek, 8 czerwca 2015

lekki truskawkowiec dla NieAlergika


W szkole Jeremiego niezwykle żywa jest tradycja festynów, na które każdego roku matki uczniów pichcą i wypiekają, aby mieć czym częstować gości. Ja należę do grupy wypiekającej. W tym roku, z braku czasu umaiłam błyskawicznego truskawkowca. Jak piekę na festyn, to piekę dla NieAlergika, zatem truskawkowiec też jest z tej bajeczki, natomiast alergicy mają swojego truskawkowca w mojej książce. To taki trochę jakby fit a'la sernik, lekki, smaczny, a przede wszystkim samsięrobiący i to błyskawicznie. Polecam, jest bardzo dobry.
Należy mieć:

500 ml zmiksowanych truskawek
400 ml jogurtu naturalnego
400 ml wody
4 łyżki cukru
2 galaretki truskawkowe
2 łyżki żelatyny
paczka okrągłych biszkoptów
do polania - paczka galaretki truskawkowej

Kwadratową formę wyłożyć papierem do pieczenia (dno i boki). Poukładać biszkopty jeden obok drugiego. Mus zmiksować z jogurtem. Wodę zagotować i zalać nią mieszankę cukru, galaretek w proszku i żelatyny. Mieszać, aż składniki się rozpuszczą i odstawić do ostygnięcia. Wymieszać z masą jogurtową i wstawić do lodówki na kilka minut. Cienką warstwą masy polać biszkopty - dzięki temu nie wypłyną. Odstawić, by warstwa na biszkoptach zastygła. Gdy masa zacznie lekko tężeć, miksować ją, aż nabierze lżejszej, piankowej konsystencji. Wtedy wylać ją na biszkopty i wstawić całość do lodówki. Gdy stężeje, polać ją galaretką przygotowaną według przepisu na opakowaniu i wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

piątek, 5 czerwca 2015

szynka z dzika - peklowana i pieczona


Wujek Marcin jest zapalonym myśliwym, a jego małżonka, czyli Mariolka (tak, ta od najlepszych ogórków małosolnych) zapalonym rozdawcą dóbr przywiezionych przez ślubnego z lasu. W ten oto sposób Smakołyki łapią się na krzywy ryj na dziczyznę. Lubimy bardzo i pieczemy szynki, pasztety, dusimy króliki i tak dalej. Tym razem ciotka wręczyła mi mięso z kością, przepis (nadmieniając, żeby robić głównie na oko) i kazała upiec. Upiekłam i padłam na kolana. O 4 rano, jak tylko mięcho wystygło i mogłam go spróbować, klęczałam na zimnych kuchennych kafelkach. Warto było, powiadam Wam... Szkoda, że Mariola tego nie widziała.
Weźmy:

mięso z dzika (szynka, łopatka - ja robiłam obie jednocześnie)
na marynatę:
po 1 gramie na kilogram mięsa: pieprzu czarnego, kolendry, liści laurowych, ziela angielskiego
pół grama goździków na kilogram mięsa (dałam z 5 sztuk)
sól peklowa - na ok. 4 kg mięsa dałam jedno opakowanie
sól kamienna - na ok. 4 kg mięsa dałam 60 g tej soli*
woda - na ok. 4 kg mięsa dałam ok. 3 litry wody

Przyprawy utrzeć w moździerzu, zalać wodą, dodać sól kamienną i zagotować. Mięso zdjąć z kości (z kości z pozostającym na nich mięsem można ugotować rosół). Do przestudzonego wywaru dodać sól peklową i dobrze wymieszać. W dużym naczyniu (szklanym, emaliowanym) ułożyć mięso i zalać marynatą - dzik powinien w niej luźno pływać. Przykryć, wstawić do lodówki do 5-6 dni, co dwa dni obrócić. Po tym czasie mięso przełożyć na durszlak i zostawić 2-3 godziny, by wstępnie obciekło. Następnie obwiązać naturalnym sznurkiem i powiesić na kolejne 2-3 godziny. Rozgrzać piekarnik z termoobiegiem do 150-160 stopni. Mięso zamknąć w rękawie do pieczenia i ułożyć na blasze. Wstawić do piekarnika i piec ok. 2 godziny. Wyłączyć piekarnik i zostawić w nim mięso do całkowitego wystudzenia. Upieczonego dzika przechowywać w lodówce.

*miałam tylko jedną paczkę soli peklowej, poza tym wiecie, jaki jest mój stosunek do chemii, więc z premedytacją podmieniłam odpowiednią ilość peklosoli na sól kamienną

wtorek, 2 czerwca 2015

konkurs z Ballarini Lucca - rozwiązanie


Bardzo serdecznie dziękuję Wam za udział w konkursie Ballarini Lucca! Propozycji było sporo, a wybór niezwykle trudny, bo wszystkie brzmiały tak wspaniale, że chcielibyśmy spróbować każdej z konkursowych pyszności. Naprawdę ciężko było... Ale po wielogodzinnych dyskusjach i nieprzespanych nocach doszliśmy w końcu do porozumienia w tej kwestii, czyli do wniosku, że najbardziej chcielibyśmy uraczyć się warzywnym indyjskim daniem pełnym niezwykłych aromatów, bo kochamy warzywa, zwłaszcza w takich aranżacjach:

"Uprażyłabym na oliwie czarną gorczycę, kmin i adżwan, następnie drobno posiekaną cebulkę, imbir i kurkumę, szczyptę asafetydy i liście curry. Kiedy mamy już aromatyczną podstawę dajemy co tylko dusza zapragnie, kawałek brokuła, kalafior, cukinię, paprykę, zielony groszek i seler naciowy. Podsmażamy to chwilę, podlewając wodą lub bulionem, aż warzywa zmiękną.Wlewamy puszkę mleka kokosowego, przykrywamy i dusimy 15 minut. Następnie doprawiamy do smaku solą, skrapiamy sokiem z limonki, obsypujemy natką pietruszki i zjadamy z ryżem."


Tym samym widoczny na zdjęciu garnek z pokrywką zamieszka w kuchni Łucji.

Gorąco gratulujemy zwycięzcy!