sobota, 28 lutego 2015

granola czekoladowo-pomarańczowa dla NieAlergika


Uwielbiam granolę i robię w kółko. Baza jest zawsze ta sama, tylko dodatki, a co za tym idzie, także smaki się zmieniają. Dziś moja ulubiona, czekoladowa z nutką pomarańczową. Bardzo prosta i wyjątkowo smaczna. Popylam ją często jako deser, pochrupując z rozkoszą. Ale jako śniadanie też jest wyśmienita.
Trzeba mieć:

2 paczki płatków owsianych (moich ulubionych wychodzi 800 g)
2/3 szklanki pestek słonecznika
1/2 szklanki rodzynków (niesiarkowanych)
4 pełne łyżki nasion lnu
100 g migdałów (słupki lub płatki)
2 gorzkie czekolady
2-3 łyżki posiekanej kandyzowanej skórki pomarańczowej
100 ml karmelu lub syropu klonowego*
łyżeczka cynamonu

W misce wymieszać wszystkie składniki oprócz rodzynków, czekolady oraz skórki pomarańczowej. Przełożyć do blaszki, wstawić na nagrzanego do 170 stopni piekarnika (termoobieg) i piec, od czasu do czasu mieszając, aż mieszanka się lekko zrumieni - ok. 20 minut. Dodać rodzynki, skórkę oraz posiekane czekolady, wymieszać, wyłączyć piekarnik i zostawić w nim granolę jeszcze na kilka minut. Po ostudzeniu przesypać do szklanego słoja.

*może być też miód, syrop z agawy etc.

czwartek, 26 lutego 2015

idealna dieta dla alergika


To, że alergik pokarmowy powinien być na diecie jest oczywiste, i tak naprawdę nie o tym tu będzie... Będzie o tym, nie co, a JAK powinien jeść alergik.
Fakt takowy dawnymi czasy nastąpił, że syn mój zareagował na domowe pyzy. Domowe, podkreślam. Mocno mnie to dotknęło, więc poleciałam zaraz do naszej alergolog na skargę.
I dowiedziałam się, że owszem, że czemu nie. No jak to, czemu nie, przecież na ziemniaki nie jest uczulony. A pyzy składają się z ziemniaków i ziemniaków. No to jak to? No tak to, że biochemia rzecz magiczna i sposób przygotowania danego pokarmu może mieć znaczenie. Na szczęście nie maltretowano mnie szczegółami reakcji, powiedziano jedynie, że dieta alergika musi być prosta. Zwyczajna. Normalna. Niekłopotliwa. Tradycyjna. Czyli po bożemu. Nie wiem, jak to się ma do pyz, bo akurat to potrawa prosta i tradycyjna, no ale wnikać nie będę, Wyrocznia ma zawsze rację.
Postanowiłam temat wziąć sobie do serca. Czyli nie wydziwiać. Niewydziwianie polegało po pierwsze na tym, by jeść to, co urosło na podwórku naszej szerokości geograficznej. Czyli nie komosa, tylko gryka (i to niepalona, wracając do kwestii obróbki), nie granat, tylko śliwka i tak dalej. Takie żywienie wychodziłoby nawet całkiem niedrogo, gdyby nie fakt, że w amoku kolekcjonowania produktów z własnych i zaprzyjaźnionych grządek oraz zagród, nabyłam sprzęt specjalistyczny, czyli zamrażarkę. Kosztowała, nie powiem. Jednakowoż opłacało się.
Wracając do prostoty pokarmowej: oprócz tego, że jedzenie powinno być swojskie w sensie geograficznym, powinno też być przygotowywane jak najzwyczajniej. Nie bardzo mogłam zrozumieć, o co chodzi, dopóki na jakimś zdrowotnościowym blogu nie zobaczyłam, czego można dokonać ze zwykłej jaglanki. Jaglanka ta była tam przerobiona na jakąś paciaję. Paciaja była kładziona porcjami na patelnię, na te porcje nakładana była korona z nadzienia, potem to się jakoś składało w pierogi, czy coś takiego - słowem: fuj. Alergik tak jeść nie powinien. Alergik powinien mieć na talerzu porcję ugotowanej jaglanki, a obok składniki nadzienia, ugotowane lub surowe, ale z zachowaniem prostoty przygotowania. Pominąwszy fakt, że smażone potrawy to nie jest fajna rzecz, bo obciąża i tak nadwyrężony już brzuszek alergika.
Coś w tej prostocie (o ile nie prostackości) musi być, bo moje dzieci tak właśnie lubią jeść. Jeremi wolał zawsze mięsa gotowane w bulionie warzywnym, a szczytem wykwintu był schab w morelach, czy indyk ze śliwką. Wolał pochrupać kalarepkę pokrojoną w plastry, niż męczyć się z wieloskładnikową surówką. Nina jest bardziej awangardowa w tym temacie, ale też znacznie mniej alergiczna, niż jej brat.
Czyli: nie pyzy, tylko ziemniaki z wody, nie pierogi-paciaje z patelni, tylko klasyczne (mogą być z mąki i skrobi kukurydzianej) etc. Jeśli chodzi o przyprawy, lepiej ziołowe niż korzenne, bo te drugie częściej uczulają. Straszna nuda. No ale co poradzić...
Prostota to słowo kluczowe numer jeden. Drugim jest rotacja. Jeśli jemy w kółko to samo, to w końcu może toto zacząć uczulać. Poza tym trudno wtedy znaleźć alergen. Jak Jeremi miał trzy lata, to jadł chyba z pięć produktów na krzyż, więc łatwo nie było. Musiałam się nakombinować i uprawiałam kulinarną ekwilibrystykę monotematyczną. Ale jak już mamy takich produktów kilkanaście, sprawa staje się znacznie prostsza. Wystarczy zrobić rozpiskę, co możemy, a potem tak to porozkładać, żeby ten sam pokarm jeść nie częściej niż co 3-4 dni. Na kilku produktach to bardzo trudne, ale nie niemożliwe. Załóżmy, że możemy jeść dziesięć podstawowych produktów. Niech to będzie:
1. jagły
2. gryka
3. brokuł
4. dynia
5. gęsina
6. indyk
7. jagody
8. gruszki
9. ziemniaki
10. makaron kukurydziany
Co wtedy? Wtedy możemy ustawić dietę "monodzienną". Ja to robiłam tak: na śniadanie - płatki jaglane z gruszką, na drugie śniadanie kanapka (z chleba na miksie kukurydzianym)
z pasztetem z indyka, na obiad makaron z dynią i indykiem, a na kolację to, co na śniadanie. Następnego dnia podobne menu, tyle, że w trybie gryka-gęsina-brokuł-jagody. Następnego gwiazdą stawały się ziemniaki. Ciężka sprawa. Najdziwniejsze, że dziecku wszystko smakowało, nie było też niedoborów. Taka dieta jednak nie jest fajna i trzeba się starać ją rozszerzać tak szybko (i ostrożnie), jak to tylko możliwe. Wybierając produkty do "testów", bierzmy pod uwagę te najbardziej wartościowe odżywczo oraz przydatne kulinarnie. Wyrażając się bardziej obrazowo, gdybym miała do tej listy coś dodawać, to byłyby to warzywa i owoce, najchętniej fasolka szparagowa, buraki, awokado i melon. Bo mięsa nie musimy jeść każdego dnia. Ale spróbowałabym perliczki. Potem poddałabym próbie komosę albo amarantus. Tak, wiem, nie z własnego podwórka, ale za to zdrowe i bezglutenowe, a wtedy nie mogliśmy glutenu. Gdyby to przeszło, byłaby rozpusta.
Próbujcie, kombinujcie i specjalnie się nie przejmujcie. Bo wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija, jakby mawia w trudnych chwilach mój kolega. I tego się trzymajmy.

wtorek, 24 lutego 2015

soba z brokułami i pieczarkami


Jak żem pierwsze dziecię we wnętrzach swych nosiła, to nawet nie przyśniło mi się, że nie należy się obżerać w chińskich knajpach, smakdonaldsach i innych świątyniach "dobrego smaku". Za tę niewiedzę słono zapłaciłam, choć może zamiast słono, powinnam na przykład powiedzieć, że umami zapłaciłam, czy jakoś tak. W każdym razie z drugim brzuchem omijałam takowe świątynie szerokim łukiem i drugie dziecię jest alergiczne w stopniu nikłym. Przypadek, czy nie? W każdym razie, jak kogo złapie chuć na oriental, niech sobie zrobi danie z niniejszego przepisu. Będzie szybciej, taniej i bezpieczniej, a tak w ogóle to wege i zdrowo. No chyba, że jest uczulenie na soję. Wtedy zamiast sosu sojowego dajmy po prostu sól. Też będzie pysznie i zdrowo, z tym, że mniej orientalnie. Danie typu fast food, więc dla zabieganych jak znalazł.
A zatem przygotujmy:

ok. 500 g brokułów (typowa porcja sklepowa)
pół paczki (150 g) makaronu soba
5-6 dużych pieczarek
kawałek pora (ok. 15 cm)
kawałek imbiru (ok. 2 cm)
3 ząbki czosnku
3-4 łyżki oleju
2 łyżki sosu sojowego
pieprz i chili w płatkach do smaku
niełuskany sezam do psypania

Brokuły podzielić na różyczki, zalać lekko osolonym wrzątkiem. Gotować na wolnym ogniu 3 minuty, odcedzić i odstawić. Pieczarki pokroić na cząstki, pora w plastry, czosnek przecisnąć przez praskę, a imbir zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. W woku lub głębszej patelni rozgrzać olej, wrzucić pora i pieczarki, obsmażyć szybko, a następnie zmniejszyć ogień i powoli dusić, aż pieczarki zmiękną i odparują. Wówczas zwiększyć ogień, dodać imbir, czosnek i sos sojowy (lub sól) i podsmażać razem chwilę. Dodać brokuły, posypać danie sezamem i jeszcze chwilę razem podsmażać, nie mieszając już, tylko podrzucając składniki na patelni. Doprawić pieprzem i chili. Makaron ugotować według przepisu na opakowaniu i podawać z dodatkiem przygotowanych warzyw.

niedziela, 22 lutego 2015

deser 'owocowe kostki'


Z bliżej nieznanych powodów dzieci uwielbiają kostki galaretki pokryte bitą śmietaną. Fuj. Chociaż pewnie jako dziecko też lubiłam... Do dziś pamiętam miny moich latorośli stojących przed chłodniczą wystawką z takimi przysmakami. No ale jak nie wolno, to nie wolno, a poza tym matka na pewno coś wymyśli. I wymyśliła. A że kostki nieprzezroczyste, no trudno. Oto deser w stylu vintage łamane przez nadbałtycki kurort (pomijając gofry), z tym, że zdrowy, 
i oczywiście bezmleczny. Powiem więcej - nie tylko zdrowy, ale też pyszny. 
Przygotujmy:

szklankę przetartego mango
szklankę przetartych malin (mogą być mrożone)
małą puszkę naturalnego mleka kokosowego (bez dodatków)
agar lub żelatynę
łyżeczkę cukru pudru
coś do dekoracji (najlepiej pokrojone owoce, ale cukrowa posypka też może być)

Mleko kokosowe w opakowaniu mocno schłodzić. Agar (lub żelatynę) przygotować według przepisu na opakowaniu (ilość potrzebną do stężenia pół litra płynu). Mango wymieszać z połową przygotowanego agaru i rozprowadzić w płaskim naczyniu wyłożonym folią spożywczą. To samo zrobić z musem malinowym. Naczynia odstawić, by przeciery zastygły. W tym czasie ubić śmietankę kokosową: oddzielić „masło” od „mleka” (płyn zachować!) i przełożyć do wysokiego naczynia. Masło kokosowe ubijać mikserem na najwyższych obrotach, a gdy zrobi się puszyste, dosypać cukier i dalej ubijać, aż nabierze lekkiej konsystencji – gdyby masa była zbyt zwarta, dodać nieco odlanego płynu, tyle, by osiągnąć lżejszą konsystencję. Musy owocowe pokroić w kostkę. Do szklanek nakładać po kilka kostek owocowych, nieco kokosowej śmietany i dekorować deser świeżymi owocami.

czwartek, 19 lutego 2015

makaron z sosem seroresztkowym dla NieAlergika


Danie z rodzaju ekonomicznych i zarazem wybitnie smakowitych. Jak już może wiecie, nie znoszę marnować jedzenia, więc wszelakie resztki sobie na przykład mrożę, i jak się nazbiera, to wyciągam i pichcę. Taki junk food, czy może raczej jedzeniowy recycling, z którego robię quiche lorraine czy francuskiego paja z mięsem. Ale nie myślcie sobie, że można się nim struć. Wśród tychże resztek bywają wędliny i sery żółte, z których powstaje sos zwany w moim niealergicznym kukbuku sosem seroresztkowym. Bardzo lubimy.
PS. Ja jednak nie powinnam robić zdjęć tego typu paciajom...
Weźmy:

na beszamel:
łyżkę masła
pełną łyżkę mąki
sporą szczyptę startej gałki muszkatołowej
liść laurowy
ziele angielskie
mleko*
oraz:
łyżkę oliwy
małą cebulę
szklankę pokrojonej w kosteczkę wędliny
szklankę pokrojonych w kostkę żółtych serów
sól, pieprz, chili, rozmaryn, bazylia, tymianek - do smaku

Przygotować lekki beszamel: rozpuścić w garnuszku masło, dodać mąkę i chwilę razem przesmażać. Dodać przyprawy i dolewać stopniowo mleko, ciągle mieszając, do uzyskania sosu o dość płynnej konsystencji. Jeśli zrobią się grudki, wyjąć przyprawy, zblenderować, ponownie wrzucić przyprawy. Sos doprowadzić do wrzenia, zdjąć z ognia, dodać sery i mieszać, aż się rozpuszczą. Na patelni rozgrzać łyżkę oliwy i podsmażyć na niej pokrojoną w kostkę cebulę oraz wędliny. Doprawić ziołami i przełożyć do beszamelu z serem. Wymieszać i podgrzewać kilka minut, nie doprowadzając do wrzenia. Ugotować makaron, polać sosem i podawać.

*niestety, dokładnie ile mleka, to nie wiem, bo dolewam stopniowo, na oko i nie wiem, ile tego wchodzi, ale podejrzewam, że może nawet z pół litra

poniedziałek, 16 lutego 2015

szybki cobbler wegetariański


Dziś na rzeczy przepis na danie błyskawiczne, ultrałatwe i bardzo smaczne. Tak proste, że właściwie trudno mówić o przepisie. Najlepsze jest dyniowe, ale z różnych warzyw mieszanych też smakuje jak należy. Ja mam ostatnio jakąś warzywną obsesję, no ale w lutym to wiadomo - do wyboru mam głównie mrożonki. Mrożone też się nadają, oczywista. Kruszonka załatwi sprawę chrupkości, ale warto nie rozpaćkać warzyw przed zapieczeniem.
Weźmy:

na ciasto:
100 g mąki pełnoziarnistej orkiszowej
50 g bezmlecznej margaryny
2 łyżki płatków owsianych
sporą szczyptę soli
zimną wodę
na farsz:
2 szklanki pokrojonych ulubionych i dozwolonych warzyw (u nas resztki pieczonych ziemniaków oraz groszek, fasolka, kukurydza, brokuł, cebula i papryka)
2 łyżki oleju
ulubione przyprawy - do smaku (dałam zioła prowansalskie i sól)

Wszystkie składniki ciasta zagnieść, dodając tyle wody, by uzyskać ciasto o konsystencji nieco bardziej zwartej niż kruszonka. Warzywa poddusić na tłuszczu, doprawić i przełożyć do żaroodpornego naczynia. Ciasto odrywać po kawałeczku, rozpłaszczać między palcami i płatami ciasta pokryć warzywa. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i zapiekać ok. 15 minut, aż kruszonka nabierze złocistego koloru. Podawać z surówkami.

sobota, 14 lutego 2015

afrodyzjaki dla alergika


Moi Drodzy, dzisiejszy wpis sponsoruje Lumpiata. Mnie by takie bezeceństwa przecież nawet do głowy nie przyszły, jako że w moim sędziwym wieku świntuszyć nie wypada już, niestety. I oto po raz pierwszy (ale nie wiem, czy ostatni) na Smakołykach zagościł Eros.
Walentynki. Święto obce, ale jakże sympatyczne. Można go spożytkować jak należy i, na przykład, zrobić ukochanemu alergikowi/ukochanej alergiczce, seksowną kolację, która będzie smakowitym preludium wiecie do czego. Ale żeby uczuleniowcowi spuchło to, co trzeba, a nie, dajmy na to, krtań lub powieki, należy ją przygotować z wielką starannością.
Maria podrzuciła mi ten link, abym wytresowanym alergią okiem rzuciła na listę best afrodyzjaków ever. Musiałam poczynić kilka grubych, czarnych (podobno takie są najlepsze) kresek, ale to, co zostało wygląda nie tylko sexy, ale też zdrowo i smacznie. Zróbmy szybki przegląd podniecającej żywności, a potem poczynimy jakieś konkretne ustalenia dotyczące walentynkowego menu.
Ostrygi - no cóż, od razu skreślamy, i to bez wielkiego żalu. Może i mają mnóstwo cynku, ale też skłonność do uczulania, a czasem nawet ołów. Jak to owoce morza.
Papryczka chili jest spoko. Nie dość, że pobudza zmysły, to jeszcze odchudza. Podobno.
Awokado to jest to! Biorę. Przy okazji wchłonę takie ilości witaminy E, że odmłodnieję jak ta lala.
Czekolada - odpada, przykro mi. Nawet nie wiecie, jak, kurde, bardzo mi przykro...
Banany - smaczne, rzadko uczulają, no i ostatecznie mogą się przydać, jeśli ukochany się na kolacji nie pojawi.
Miód? Sorry, alergicy...
Kawa - jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś reagował na kawę, ale pamiętajcie, że to produkt palony, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne i tak dalej, czyli niezbyt zdrowo. Z tym, że Walentynki są raz w roku, to może ujdzie.
Arbuz. Byłby super, ale o tej porze roku w naszej szerokości geograficznej? Z podobnego powodu odpadają nam także figi, truskawki, karczochy i wiśnie. I brzoskwinie. Chyba że traficie eko.
Orzeszki piniowe - ja mam na nie alergię, a kto nie ma, niechaj się pokusi, bo zdrowe.
Rukola, oliwki, szparagi - niom!
Chai tea - powiało wielkim światem... Niby wporzo, ale mam pewne zastrzeżenia. Po pierwsze, jeśli z mlekiem, to roślinnym. Po drugie - sporo w niej przypraw korzennych, a te potrafią uczulić. Zatem do rozważenia i niekoniecznie.
Granat - tu różnie bywa. Jakiś czas temu mnie uczulał, teraz nie...
Pestki dyni - jakoś mało erotycznie mi się kojarzą. Owszem, dobre, zdrowe, ale jak tu je zaaranżować, żeby jakoś erotycznie zabrzmiały?
Bita śmietana - ta z mleka krowiego to zły pomysł, ale z kokosowego to zupełnie inna sprawa, a też będzie seksownie.

Sexy menu

Miecz wojownika
szparagi (nie wiem, jak teraz z dostępnością takich eko, to może weźcie słoikowe) maczane w wegańskim sosie musztardowym (śmietankę roślinną doprawcie solą, pieprzem, odrobiną cukru, musztardy i wina)
Tajemnice Wenery
zielone i czarne oliwki - każda faszerowana "orzeszkiem" dyniowym
Ognisty podmuch
sałatka z rukoli, awokado i pestek granatów, oczywiście z winegretem na oliwie, ze szczyptą chili z piniami, jeśli nie uczulają
Daj mi tę noc
pieczone banany z polewą karobową i śmietanką kokosową (czyli ubitym mlekiem kokosowym)

Na koniec chciałam jeszcze przypomnieć, że lateks często uczula...

środa, 11 lutego 2015

pączki dziadka Kazika dla NieAlergika


Dziadek Kazik był z zawodu dyrektorem. I oszałamiająco pięknym mężczyzną. Niestety, nastawiony był do życia hedonistycznie i to go stosunkowo wcześnie postawiło przed bramą Świętego Piotra. Lubił za dobrze zjeść, po prostu. Nie ma się zatem co dziwić, że jego pączki to najlepsze pączki, jakie kiedykolwiek jadłam, a znam się na rzeczy, bom Wielki Pączkożerca. Przepis przedwojenny! Piekę je od lat, a raz mi tylko nie wyszły - być może coś było nieteges z drożdżami. W oryginale było 10 żółtek na 500 g mąki, ale uważam, że wcale niegorsze jest użycie 7 żółtek na 650 g mąki. Pączki są idealnie słodkie i puszyste, lekkie, nie chłoną tłuszczu. Wypróbujcie, nie pożałujecie.
PS. Przepis na pączki dla alergików (też pyszne) znajdziecie w mojej książce, a na faworki tutaj.
Przygotujmy:

650 g (w oryginale 500 g) mąki
½ szklanki cukru
75 g drożdży
80 g masła
7 (w oryginale 10) żółtek
¾ szklanki mleka
szczyptę soli
2-3 łyżki spirytusu
500 g smalcu
lukier i skórka pomarańczowa do dekoracji

Ubić na ciepło cukier z żółtkami, drożdże rozprowadzić z ciepłym mlekiem, łyżeczką cukru i mąki. Gdy zaczyn wyrośnie, wyrobić z jajami i mąką (mikserem z hakami do ciasta), pod koniec dodać roztopione masło, miąższ z wanilii i spirytus. Ciasto powinno być niezbyt miękkie, elastyczne. Odstawić do wyrośnięcia, a gdy podwoi objętość formować pączki z dżemem i odstawić je do wyrośnięcia. Rozgrzać smalec (temperatura jest odpowiednia, gdy zanurzony w nim drewniany patyk „bąbelkuje“) i smażyć pączki – przewracając tylko raz. Osączyć, polukrować i posypać kandyzowaną skórką pomarańczową.

wtorek, 10 lutego 2015

idealne a'la digestive


Przepis poznany na warsztatach w CookUp, tak jak ten na zupę-krem z batatów, i schowany głęboko w sercu ze względu na wybitny smak. Pichcąc je dodałam czerwonego pieprzu, chili 
i rozmarynu, ale jeśli chcemy mieć prawie digestive, dosypmy zamiast przypraw łyżkę 
cukru - właśnie z cukrem zrobiłam w domu. Wspaniałe, gorąco polecam.
Należy mieć:

310 g pełnoziarnistej mąki pszennej (użyłam orkiszowej)
110 g masła (alergicy biorą bezmleczną margarynę)
łyżeczkę soli
30 g cukru
ok. 120 ml zimnej wody
po odrobinie (do smaku): czerwony pieprz, chili, rozmaryn lub łyżka cukru

Wszystkie składniki wyrobić w malakserze lub ręcznie, dodając tyle wody, by ciasto się skleiło. Ciasto rozwałkować dość cienko i pokroić w kwadraciki lub wycinać dowolne kształty. Ciasteczka ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (termoobieg) i piec ok. 10-15 minut, w zależności od wielkości, aż się dobrze zrumienią.

niedziela, 8 lutego 2015

mrówcze gniazdo dla NieAlergika


Przepis na to ciasto znalazłam zupełnie przypadkowo tutaj. Zachwyciłam się i zrobiłam. I co? No i jest nawet niezłe, ale niestety, nie wyszedł mi tak spektakularny efekt mrówczych korytarzy. Może dlatego, że piekłam z termoobiegiem, a może karmel był za gęsty i gdyby bardziej płynął, to by wydrążył korytarzyki jak należy, a może za dużo sody. Możliwe też, że to dlatego, że piekłam je w zbyt dużej tortownicy. Ciasto jest mocno puchatym spong cake'iem wyżej i znacznie mniej puchatym niżej, tam, gdzie ma "mrówcze drogi". Jego smak trudno jednoznacznie określić - ni to karmel, ni to jakby może kawa zbożowa... nie wiem. Smak nawet ciekawy, ale gumowata konsystencja nie dla naszych niewyrobionych podniebień.
Przygotować należy:

250 ml wody
210 g cukru
180 g mąki pszennej luksusowej
160 g mleka skondensowanego słodzonego
80 g masła
6 jajek
2i1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

Na patelni bardzo ostrożnie (nie mieszając, ewentualnie potrząsając) roztopić cukier - powinien być jasnobrązowy. Wlać wodę i mieszać, aż cukier się rozpuści, a płyn odrobinę zgęstnieje. Zdjąć z ognia, dodać masło i mieszać, aż tłuszcz się rozpuści. Odstawić do wystudzenia. Jajka miksować z mlekiem skondensowanym przez 5 minut, dodać mąkę z sodą i wymieszać łyżką do połączenia się składników. Nie przerywając mieszania, wlewać powoli syrop karmelowy. Gdy składniki się połączą, wlać ciasto do tortownicy, której dno jest wyłożone papierem do pieczenia, a boki posmarowane masłem. Tortownicę odstawić na kilka minut, i gdy na powierzchni ciasta zaczną się pojawiać pęcherzyki powietrza, wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni (termoobieg) i piec ok. 50 minut - do suchego patyczka. Upieczone ciasto wyjąć z piekarnika i odstawić, by całkowicie wystygło. 

piątek, 6 lutego 2015

ratunek przy biegunce


   Jelitowe pasaże wchodzą w prestissimo, zwiększa się częstotliwość wizyt w WC oraz ilość zużytego papieru toaletowego. Można również nabrać podejrzeń, że w brzuchu zalągł się obcy. No i te skurcze... Tak, biegunka to nic przyjemnego, potrafi nieźle pogonić. Jej przyczyny mogą być różne. Najczęściej jest wynikiem zatrucia pokarmowego i "jelitówki",
o kupkach-nerwówkach nie wspominając, ale można też zaliczyć ją po zjedzeniu alergenu. Czego wynikiem by nie była, jeśli trwa dłużej, niż kilka dni, to nawet, jeżeli samopoczucie "biegacza" się nie pogarsza, i tak musi udać się do lekarza. Z jednej strony to bardzo dobrze, że ją mamy, bo w ten sposób organizm pozbywa się tego, co mu zaszkodziło. Z drugiej strony może być bardzo niebezpieczna, zwłaszcza dla małych dzieci, bo pojawia się ryzyko odwodnienia organizmu. Zatem trzeba się ratować.
   Najważniejsza rzecz podczas biegunki - dużo pić! Nawadniać, nawadniać i jeszcze raz nawadniać. Wodą, lekką herbatką (zwykłą, z rumianku lub korzenia lukrecji) oraz specjalnym płynem nawadniającym, np. Orsalitem. Taki płyn wyrówna poziom elektrolitów, utraconych w wyniku biegunki i sprawi, że "biegacz", mały czy duży, nie tylko wyjdzie z choroby bez szwanku, ale też wyjdzie z niej szybciej. I o to chodzi.
   No dobrze, ale czy i co jeść przy biegunce? Jeśli jest apetyt, to trzeba coś zjeść. Jemy mało, dosłownie kilka łyżeczek, mniej więcej co 2 godziny. Z wypróbowanych przeze mnie "posiłków dla biegacza" mogę polecić gotowane, przetarte warzywa (dynię, marchew, pasternak), na amen rozgotowany biały ryż, przeciśniętego przez praskę, dobrze ugotowanego kartofelka, ewentualnie papkę z upróżonego banana. Żadnych cukrów, smażenin, mlekopochodnych, surowizny.
   Na koniec najważniejsze - jak rozpoznać odwodnienie. Czasem bywa tak, że mimo odwodnienia, nie czujemy pragnienia - po prostu początek procesu nie daje objawów, choć już nie jest wesoło. A małe dzieci po prostu nie potrafią wyraźnie zasygnalizować, że chce im się pić. Mocno zaniepokoić się należy, jeśli w buzi jest jakby za mało śliny, a usta są suche. Także wtedy, gdy dziecko rzadko siusia lub moczu bardzo mało i jest on ciemny. Gdy maluch jest osłabiony, boli go głowa szybko i płytko oddycha, zauważycie efekt zapadniętych oczu, podniesie się temperatura ciała. To oznacza, że żarty się skończyły. Albo zaczniecie się czym prędzej nawadniać, jednocześnie wyrównując elektrolity, albo skończycie pod kroplówką. Nie chcę Was straszyć, ale takie rzeczy się po prostu zdarzają. Dlatego trzeba być czujnym.
A zatem - bądźcie czujni. I zdrowi!

środa, 4 lutego 2015

sałatka z kalarepki na ciepło


Cudowna - lekko słodka, delikatna kalarepka plus konkretna kiełbaska lub boczek tworzą zgrany zespół. Taka sałatka doskonale wchodzi ze zrumienioną pajdą chleba, ale można ją też podać jako dodatek do makaronu. Ja się odchudzam, więc zajadam się nią bez towarzystwa. Czy boczek jest dietetyczny, że tak zapytam a propos odchudzania?
Weźmy:

2 kalarepy
ok. 200 g kiełbasy lub wędzonego boczku
niedużą cebulę
2-3 pomidory
sól, pieprz
2-3 łyżki oleju

Kalarepy obrać, pokroić w kostkę o boku ok. 1-1,5 cm. Kiełbasę i cebulę też pokroić w kostkę, ale mniejszą. Podsmażyć cebulę z kiełbasą na oleju, dodać kalarepę, zmniejszyć ogień i powoli dusić wszystko razem, aż kalarepa nieco zmięknie. Dodać obrane ze skóry i pokrojone w ósemki pomidory, i dalej dusić ok. 5-10 minut, w zależności od tego, jak miękkie warzywa lubimy. Doprawić pieprzem i ewentualnie solą. Podawać z domowym chlebem.

niedziela, 1 lutego 2015

sterylna czystość, czyli przepis na... alergię


   Jak wiecie, jestem zwolenniczką "brudnego chowu". To dlatego, że choć mamy dobre i złe bakterie, obecność obydwu frakcji jest dla naszego zdrowia niezbędna. Nic a nic nie ściemniam!
Gdzie jest najwięcej alergików? W miastach, w dobrze sytuowanych rodzinach. Alergicy to zazwyczaj wychuchane dzieci, które w kółko myją rączki, a jak pożywienie spadnie na podłogę, to mimo, że godzinę nie leżało, ląduje w śmietniku. Ich mamy sterylizują butelki i codziennie bardzo dokładnie sprzątają cały dom. Dom ten staje się jałowy, więc układ immunologiczny szaleje z nudów. I wtedy rzuca się na cokolwiek, no bo przecież coś musi robić. Atakuje białka mleka, na przykład. I wiele różnych innych rzeczy. A miejska, nowoczesna matka jest ogromnie zdziwiona, że przecież jej dziecko ma tak wspaniałe warunki, jak to możliwe, że zachorowało na alergię!? A tak to, właśnie. To nie oznacza, że można w ogóle nie sprzątać, jeść z podłogi i się nie myć. Chociaż chyba to już byłoby lepsze niż sterylność, w połączeniu z chemią i zanieczyszczeniami środowiska...
   No dobrze, pogadałam o tym, co oczywiste, to teraz zobaczmy, co można zrobić, żeby nie załatwić dzieciaka brakiem bakterii. Przede wszystkim postarajmy się wrócić trochę do stanu naturalnego, czyli pozwolić sobie na kontakt i ze złymi, i z dobrymi bakteriami. Porzućmy gotowanie butelek, czy smoczków i nastawianie zmywarki na najwyższą temperaturę. Nie zmieniajmy ręcznika po każdym prysznicu. Mydło przeciwbakteryjne zamieńmy na zwyczajne, szare. Mycie rąk? Tylko przed jedzeniem i po pobycie w ubikacji oraz piaskownicy. Pieski i kotki są po to, żeby je głaskać. A jak naszej latorośli upadnie bułeczka na dywan? Jemy! Tego manewru unikamy jednak, gdy bułeczka wyląduje na chodniku, No bo bez przesady, prawda? Nie ma potrzeby codziennego szorowania podłóg oraz sanitariatów, wystarczy ze dwa razy w tygodniu. Zabierajmy alergika na wycieczki, nawet krótkie - niech poznaje różne bakterie, z różnych miejsc.
   Takiemu treningowi powinno towarzyszyć wzmacnianie odporności organizmu od wewnątrz. Czyli jemy zdrowo, wiadomo, warzywka (także kiszone), owoce, żadnych żarciośmieci, cukier tylko w Słodkie Soboty i tak dalej. Oprócz tego - probiotyki. Alergicy mają zazwyczaj zaburzoną naturalną florę bakteryjną jelit, bardzo często ich brzuszki zostają zasiedlone przez candidę i niepożądane bakterie. Gdy Jeremi miał kilka miesięcy, zrobiłam mu posiew kału. Wynik badania omal nie przyprawił mnie o zawał - ogromny przerost grzyba i obecność patologicznych szczepów bakterii, w tym klebsiella pneumoniae. Kilka miesięcy stosowania probiotyków załatwiło najeźdźców na cacy. To wtedy zostałam Wielką Wyznawczynią Dobrych Bakterii. Z tym, że preparat preparatowi nierówny. Pamiętajcie, że ten dla alergika musi być bezpieczny. Nie może mieć w składzie żadnych pochodnych mleka! Najlepiej, żeby także był bezlaktozowy i bezglutenowy, tak jak np. mój ulubieniec, czyli Latopic. Probiotyk trzeba podawać długo, ja podaję od lat, choć nie non stop. Na początku najlepiej zrobić coś w rodzaju kuracji - podawać przez 4-6 miesięcy, robiąc co miesiąc tydzień przerwy. Potem w razie potrzeby - przy i po antybiotyku, podczas infekcji, jesienią, gdy zaczyna się sezon przeziębień oraz w czasie wyjazdów.
   Zachęcam Was do wypróbowania probiotykowej mocy - nie pożałujecie, a nawet jestem pewna, że będziecie zaskoczeni, ile mogą zdziałać nasi mikroskopijni dobrzy przyjaciele.