wtorek, 20 stycznia 2015

jak znaleźć dobrego alergologa


W mailach, które od Was dostaję, zadajecie różne pytania, ale częściej niż inne pojawia się pytanie o dobrego alergologa. To świadczy o tym, że brakuje w naszym kraju fachowców, którzy spełnią oczekiwania matek małych alergików. Smutne. Ja, mimo, że jestem ostro zaprawiona w alergicznych bojach, znam tylko dwóch, których mogłabym polecić z czystym sumieniem. Ale mam nadzieję, że jest ich więcej, tylko trzeba dobrze poszukać. Kto szuka, ten znajdzie, prawda?

Gdy Jeremi w siódmym tygodniu życia zaczął dostawać jakichś dziwnych krostek i plam, poszłam z nim do alergologa. Chociaż prawdę powiedziawszy najpierw podejrzewałam, że skórę młodego podrażnia supermodny wówczas trzydniowy zarost mojego małżonka. Jakże byłam naiwna! Byliśmy też przedtem u pediatrów i w drogiej poradni laktacyjnej, nikt pary
z gęby nie puścił. Gdy w poradni zapytałam (bo już mnie tknęło, że zmiany na klatce piersiowej nie mogą być od tatusiowych pocałunków, bo tatuś całuje właściwie tylko poliki
i stópki), od czego ta kaszka, to się dowiedziałam, że to "takie tam, natłuszczać, samo zejdzie" (nie zeszło, jak się zapewne domyślacie). Ale wróćmy do wizyty lekarskiej. Pani doktor najpierw usiadła na moim dziecku. No cóż, w końcu taki maciupeńki pacjent, jak go dojrzeć zza obfitych kształtów? Następnie zerknęła pobieżnie, stwierdziła "alergia może być"
i z uśmiechem podała mi karteczkę mówiąc "proszę się do tego stosować, do widzenia". Nie, nie była to lekarka z państwowej przychodni. To była prywatna klinika. Ale do kwestii darmo/płatnie wrócę jeszcze.

Po powrocie do domu przejrzałam odbity na xero świstek. Stało tam, żeby nie dawać mleka
i przetworów, jajek, czekolady i cytrusów. Żeby kąpać w takich to a takich środkach (uczulały akurat) i że można zrobić testy. Hmmm... Byłam jeszcze wtedy zupełnie zielona w temacie, ale zmysłem numer sześć czy siedem obczaiłam, że skoro karmię, to zapewne sobie też mam nie dawać. No to nie dawałam. Tygodnie mijały, stan się nie tylko nie poprawiał, ale nawet zaostrzał do ran sączących włącznie, a na dodatek kupy zaczęły wyglądać tragicznie. Wtedy poszłam do innego alergologa. Dowiedziałam się, że to alergia i że mam dawać lek antyhistaminowy. W syropku, a jakże. Tak, owszem, z dodatkami i konserwantami. No i dieta eliminacyjna, tak, tak. Taka jak na świstku od poprzedniej lekarki. Wtedy wreszcie zrozumiałam, że w ten deseń dziecku nie pomogę. Wbiłam na internet i jak śledczy przeglądałam wszystko, co było na temat alergii. Znalazłam profesora Kaczmarskiego, napisałam do niego maila. Odpisał, zaprosił na wizytę. Już mieliśmy się wybrać w daleką podróż, gdy trafiłam na agorowe forum Alergie. Dziś to miejsce nie jest już tym, co dziesięć lat temu, ale wtedy miałam wrażenie, że trafiłam do matkoalergikowego raju na ziemi. Okazało się, że uczulać może nie tylko to, co wypisano na świstku, że dieta to nie wszystko, że ważne są też pozapokarmowe alergeny. I wiele innych rzeczy. Matki dzieliły się wiedzą, pomagały sobie nawzajem, to było coś niesamowitego. Niektóre przyjaźnie z forum przetrwały do dziś! Spotkałam też naszego anioła - Olkę M. aka kruffę. Kruffa wzięła mnie za rączkę i poprowadziła trudną drogą matki alergika. Dokładnie, cierpliwie. Podzieliła się też namiarem na naszą Jedyną&Ukochaną Alergolog, dzięki czemu nie musiałam robić setek kilometrów do profesora Kaczmarskiego (który jest równie znakomitym alergologiem, ale niestety, mamy do niego bardzo daleko). Ale zanim się to wydarzyło, pojawił się u nas w domu, zupełnie przypadkiem, niepłatny (wracając do tej kwestii) pediatra, wezwany do gorączkującego niemowlęcia. Niestety, nie pamiętam nazwiska tego doktora. Tak się szczęśliwie złożyło, że interesował się alergiami u dzieci i trochę wstępnie otworzył mi oczy. A jeszcze szczęśliwiej się złożyło, że w trakcie wizyty Jeremi zrobił kupę. Doktor zobaczył ją, przygładził zjeżone jej widokiem włosy i natychmiast wypisał skierowanie do Sanepidu na pełną diagnostykę kału. A potem było już z górki. Z Jedyną&Ukochaną Alergolog, zwaną pieszczotliwie Wyrocznią jakoś dałyśmy radę.

Po tym przydługim wstępie (w którym i tak nie udało mi się napisać wszystkiego, o czym bym chciała) mogę chyba już przejść do rzeczy. Jak znaleźć dobrego alergologa? Po pierwsze spytać Wujka Gugla, a potem przetrenować polecanych lekarzy, jednego po drugim, wnikliwie i krytycznym okiem. Po drugie: podczas wizyty zwracajcie uwagę na to, jak lekarz patrzy na Wasze dziecko. Czy jest to pobieżny rzut okiem? Czy może dokładne badanie - także brzuszka, noska, uszków, oczków, gardziołka? Z wykorzystaniem narzędzi? Czy lekarz przygląda się dziecku też ogólnie? Po trzecie: lekarz nie musi mieć tzw. podejścia do dziecka, ale musi mieć podejście do opiekuna. Czy po badaniu spokojnie Wam wszystko tłumaczy? Jak jest teraz, i co będziemy robić, żeby to zmienić? Doktor Wyrocznia nam wszystko jednocześnie zapisywała, ale jeśli nie ma szans na takie luksusy - sami róbcie notatki. Po czwarte: zwróćcie uwagę, czy wyraża chęć zobaczenia Was za jakiś czas. Jeśli tak, jest szansa, że to lekarz, który chce zobaczyć efekty swoich zaleceń, czyli stara się, zależy mu. To jest najmniej czuły test, ale warto go zrobić. Jeśli lekarz proponuje kurację, która budzi Wasze obiekcje - powinniście dostać wytłumaczenie. Steroidy do nosa, ale jako to, doktorze!? Ano tak, że jak teraz pacjent dostanie taki lek, to potem nie będzie problemu z przewlekłym nieżytem. Tylko proszę podczas kuracji stosować następujące zabiegi... Rozumiecie, co mam na myśli?

Moja współpraca z Wyrocznią wyglądała idealnie, czyli mniej więcej tak: ja bez szemrania wykonywałam jej polecenia, a ona uważnie wsłuchiwała się w moje spostrzeżenia. Byłyśmy jak jeden organizm, maszynka, która ma tylko jeden, jasno określony cel: zdrowie pacjenta/mojego dziecka. Patrzyła na Jeremiego nie tylko okiem alergologa, ale też pediatry, wyłuskując od czasu do czasu dolegliwość, którą zajmował się potem inny specjalista. Początkowo widywaliśmy się raz w miesiącu, potem, w miarę jak coraz lepiej sobie radziłam, raz na trzy miesiące, pół roku... Teraz tylko do Niej dzwonię, gdy coś się dzieje. No chyba, że stanie się coś naprawdę niefajowego, wtedy się pokazujemy.

Życzę Wam serdecznie, żebyście znaleźli naprawdę dobrego alergologa, bo to podstawa radzenia sobie z chorobą. I mam nadzieję, że ten wpis Wam w tym pomoże.
Wiem, o co teraz chcecie zapytać. Niestety, nie mogę powiedzieć. Doktor Wyrocznia by mnie zabiła, bo i tak ma zbyt wielu pacjentów.
O wszystko inne pytajcie, chętnie odpowiem!

7 komentarzy:

  1. Bardzo interesujący tekst, niestety o dobrego lekarza większości specjalizacji teraz trudno. Trzeba szukać, szukać i nigdy nie traktować słów jednego jako wyroczni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-* Oj tak, masz rację... :/

      Usuń
  2. Postępuje podobnie ,kiedy chce skorzystać z porady czy badania jakiegoś specjalisty ,google i krytyczne oko i jakoś się jeszcze nie rozczarowałam.Pozdrawiam i zdrówka życzę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja trafiłam do dobrego alergologa, dzięki pewnemu profesorowi. Wizyta u niego kosztowała słono, ale skierował mnie do szpitala, tam do najlepszego lekarza na oddziale i dzięki temu dzisiaj alergia nie jest mi straszna.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieję, że wszystkim chorym uda się znaleźć dobrego lekarza na czas :) Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. W przypadku mojej córki 2 alergologów powiedziało mi, że dziecko nie ma alergii i "mama nie potrzebnie męczysz dziecko". Cóż, ciężko było im uwierzyć, że można obserwować zmiany i dostosowywać dietę. Jeden z nich jest autorytetem w okolicy, ordynatorem oddziału pediatryczno-alergologicznego. I oczywiście dla wszystkich mleko krowie = mleko kozie. Mojej córeczce krowie szkodzi natomiast po mleko kozim nie ma objawów alergii, ale teoria ważniejsza. Ostatecznie trzeba sobie radzić samemu, z pomocą takich blogów jak Twój. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak bywa niestety, dlatego ten blog. My mieliśmy farta i polecono nam super alergologa, no ale to się nie zdarza często :(

      Usuń

Smakołyki uwielbiają Twoje komentarze i bardzo za nie dziękują!