sobota, 31 stycznia 2015

amaretti dla NieAlergika


No, wreszcie! Zawsze chciałam zrobić sobie prawdziwe amaretti. Raz wyszły mi makaroniki, raz zrobiłam kruche ciasteczka migdałowe, a teraz, tadam, do trzech razy sztuka i mam prawdziwe, domowe amaretti do maczania w kawie. Ha! Ta próba była pełna emocji, zupełnie jak na grzybach, bo miałam ostatnią porcyjkę własnoręcznie przygotowanej mąki z pestek moreli. Chyba nie muszę Wam mówić, że niniejszym kupne amaretti to już nie jest coś, co lubię najbardziej?
PS. Przepis ten jest wariacją na temat propozycji z gazetki pewnego popularnego dyskontu, ale nie biedry.
Weźmy:

200 g mielonych migdałów
170 g cukru pudru
30 g mąki pszennej
10 g mąki ziemniaczanej
2 pełne łyżki mielonych pestek moreli
2 białka

Wymieszać wszystkie suche składniki. Dodać białka i najpierw wymieszać łyżką, a następnie wyrobić ciasto rękami. Z ciasta formować kuleczki i układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zostawiając odstępy. Blachę z ciastkami wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni (termoobieg) i piec amaretti przez ok. 20 minut.

czwartek, 29 stycznia 2015

kuchnia gruzińska


Dziś trzecia część relacji z imprezy Blogerzy w Batumi. Kulinarna, czyli dla większości z Was być może najciekawsza. Jeśli macie ochotę, to tutaj jest część I, a tutaj część II.
Kuchnia gruzińska jest tłuściutka, fajnie doprawiona i przygotowywana ze świeżych produktów, zazwyczaj bardzo bio, bo z przydomowych upraw. Zwierzątka też mają się nieźle, chodzą, gdzie chcą, jedzą, co lubią, i zapewne dlatego potem tak dobrze smakują he, he...
Jak się dowiedziałam, że jadę do Gruzji, to zapytałam moją na wpół gruzińską koleżankę o to, czego warto na miejscu spróbować i co przywieźć. Dostałam odpowiedź, że Gruzini są bardzo gościnni i zakarmią na śmierć, więc spróbuję tego, co trzeba. Dostałam też listę kulinarnych pamiątek do przywiezienia. Dyplomatycznie nie wspomniała, że zakarmianie zakarmianiem, a zapijanie zapijaniem. Bo jak tu odmówić kieliszeczka chachy, nawet jeśli to już piąty dzisiaj?
Kuchnia gruzińska jest pyszna, ale nieszczególnie nadaje się dla alergików, bo sporo w niej serów i orzechów. Najbardziej mordercze jest chaczpuri adżarskie, czyli drożdżowe ciasto z serowym nadzieniem, do którego tuż po upieczeniu dodaje się surowe jajko, które po wpływem gorąca i mieszania zamienia się w lekko ściętą jajecznicę.

Adżarskie chaczapuri zaraz wzbogaci się o jajo.

Tradycyjne gruzińskie przysmaki - pchali, chaczapuri, czyli a'la pizzę, lasagnię z serem, pieczarki zapieczone z serem, czy kurczaka w mleku (oszbosz, jakiż on pyszny!) musicie sobie darować, ale jest wiele innych, równie, a może nawet bardziej smakowitych, które możecie jeść. Na przykład szaszłyki, pieczone mięsiwa, potrawy warzywne, sałatki i pyszne, proste pieczywo puri, dojrzałe, słodkie owoce.

                 
                     Pchali - ogólnie smaczne, ale zawinięty bakłażan - boski!


                       Kurczak w mleku - największa strata kulinarna alergików.

Odniosłam wrażenie, że w Gruzji nie jada się prawie wcale słodyczy. Może dlatego, że tutejsza kuchnia jest dość tłusta, co jak wiadomo ogranicza chęć na słodkie, a może po prostu Gruzini za słodkim nie przepadają. Z regionalnych przysmaków odradzam czurczchelę, bo ma orzechy. No chyba, że nie macie alergii na orzechy. Ten bezglutenowy i bezcukrowy deser robi się oblewając syropem z winogron i mąki kukurydzianej nawleczone na nitkę orzechy. Polecam natomiast tklapi aka kwaśny lawasz - zupełnie bezpieczny, figurujący na Smakołykach pod nazwą owocowe skórki-rolki. Robiąc je jakiś czas temu, nie wiedziałam, że to tradycyjny gruziński przysmak. No cóż, jak mówi stare przysłowie, podróże kształcą...



Tklapi w ujęciu Reginy z Na Wschodzie. Dzięki Redżi!

Czurczchela, zwana przez nas pieszczotliwie dildem nabiera kształtu w fachowych 
dłoniach Natalii i Anity.
I się suszy...

No dobra, to cóż dla alergika znalazłam na stole podczas tradycyjnej supry?
Przepyszne i aromatyczne, moje ulubione lobiani, czyli chaczapuri z nadzieniem z czerwonej fasoli. Lobio, czyli gęstą zupę fasolową. Ajapsandali, w którym się po prostu zakochałam. Grillowane kebaby, jagnięcinę w aromatycznych sosach ziołowych, kurczaka i ryby w sosie z granatów, gruzińską odmianę znanych z greckiej kuchni dolmades (z tym, że nie są one zawijane w liście winogron, a miejscowej odmiany botwiny), sławne chinkali, sałatkę z pomidorów ze świeżym estragonem i bazylią, misy pełne dojrzałych w kaukaskim słońcu owoców, między innymi winogron i karalioki (odmiana kaki). Będą na niektóre z tych pyszności przepisy na Smakołykach, bo przywiozłam trochę przypraw. I przepisów.


                                  Lobiani, czyli chaczapuri z fasolą, mój ulubieniec.


       Chinkali dla miłośników pierożków - uwaga, chinkali je się w specjalny sposób!

Siekamy, kroimy, ajapsadali robimy!

Lubię lekką kuchnię, więc w gruzińskiej raczej nie zakocham bez pamięci, ale kilka przysmaków poznanych w tym kraju to rzeczy, za którymi tęsknię. Bakłażany zawijane
z sosem orzechowym, wędzony ser sulguni, ajapsandali, kurczak w aksamitce... Niom.
O gruzińskich winach nie będę pisać, bo wszem i wobec wiadomo, że są wyjątkowe. No ale jakie mają być wina z najstarszego regionu winiarskiego świata? Mnie najbardziej przypadło do gustu to ze szczepów Saperavi. Jest gdzieś w Warszawie sklep z gruzińskimi winami?
No i niezapomniana lemoniada estragonowa...


Mój faworyt - kurczak w aksamitce.

Kwevri - to w nich rodzi się wspaniały smak gruzińskich win.
A to są tradycyjne przyrządy do sprawdzania, czy wino podąża w dobrym kierunku.

No to jak, Moi Drodzy? Gotujemy po gruzińsku?

Bardzo dziękuję Natalii z Poezji Smaku za udostępnienie części zdjęć do tego wpisu. 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

cevapcici


Oszbosz, jakie to dobre! Zupełnie nie wiem, dlaczego zaległo zapomniane w archiwalnym kukbuku. Cevapcici można upiec w piekarniku, ale można też na grillu, i w każdej wersji jest ekstra. My najbardziej lubimy z kuskusem i ratatujem, ale zawinięte w tortillę i podane z ulubioną sałatką oraz adżiką też jest niczego sobie. O ile się lubi jagnięcinę. A jak się nie lubi, to można też zrobić cevapcici z wołowiny, czy innego mięsa, ale moim zdaniem to już nie jest to samo. 
Przygotujmy:

500 g mielonej jagnięciny
małą cebulę
3 ząbki czosnku
łyżeczkę rozmarynu
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki słodkiej papryki
chili, sól i pieprz - do smaku

Cebulę obrać i pokroić w drobną kosteczkę, czosnek przecisnąć przez praskę. Wszystkie składniki wyrobić i odstawić na godzinę do lodówki. Następnie uformować podłużne kotlety. Piekarnik nagrzać do 165 stopni (termoobieg), wsunąć kratkę, a pod nią blachę. Kotlety ułożyć na kratce i piec 30-35 minut.

sobota, 24 stycznia 2015

jogurtowy chleb z czarnuszką dla NieAlergika


Niezwykle smakowity bochen. Idealnie wilgotny i aromatyczny. Brzmi sexy? No, to do piekarników, NieAlergicy! Alergicy też do piekarników, bo przecież macie swój własny chleb z czarnuszką. Dodajcie przyprawy do ciasta, dodajcie też otrąb i nawet nie poczujecie różnicy, między jogurtowym, a jogurtu pozbawionym.
Należy mieć:

300 g mąki pszennej typ 650
200 g mąki żytniej typ 720
3 łyżki dowolnych otrąb
200 ml jogurtu
250 ml ciepłej wody
opakowanie suchych drożdży
łyżkę czarnuszki
łyżkę soli
łyżeczkę cukru

Wszystkie składniki umieść w misce i wyrabiaj mikserem z hakami do ciasta przez ok. 5 minut. Przykryj ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce. Gdy ciasto podwoi objętość, przełóż je do formy i odstaw na 15 minut. Nagrzej piekarnik do 200 stopni, wstaw chleb i piecz ok. 45 minut.

czwartek, 22 stycznia 2015

wołowina teriyaki z sobą


Zaczytuję się Murakamim. Sama nie wiem, dlaczego, bo znam lepsze dokonania literackie. No ale akuracik proza Japończyka najwyraźniej wyjątkowo przypadła mi do gustu. Może dlatego, że jest po prostu fajna, a może dlatego, że jest w niej często o jedzeniu. Takim zwykłym, przygotowywanym w domu, na szybko. Jak na przykład taka wołowina. Bardzo mi smakuje, w dodatku nad miską teriyaki (albo talerzem sushi) zawsze rozmarzam się ciutkę. Marzę tak sobie o wycieczce do Tokio, po prostu. I wciągam tę sobę, i marzę...
PS. Wybaczcie, że bez zdjęcia, podmienię następnym razem. Chociaż sama nie wiem, czy warto, bo to nie jest danie, które by Patyska potrafiła sfotografować.
Należy mieć:

500 g lekko zmrożonej wołowiny przedniej jakości
dużego pora
marynata teriyaki
paprykę (opcjonalnie)
kilka łyżek prażonego sezam do posypania
olej
makaron soba (2-3 wiązki)
prażony sezam do posypania

Wołowinę pokroić w cieniuteńkie plastry (ok. 2 mm), a pora na skośne plasterki grubości ok. 0,5 cm. Mięso zalać marynatą i odstawić na godzinę. Następnie podsmażyć, udusić i odparować. Dodać pora oraz ewentualnie pokrojoną w paski paprykę, podsmażać razem, często mieszając. Makaron przygotować według przepisu na opakowaniu, a następnie dodać do mięsa, wymieszać i chwilę razem przesmażać. Podawać posypane prażonym sezamem. Równie dobrze, a może i lepiej, smakuje odgrzane.

wtorek, 20 stycznia 2015

jak znaleźć dobrego alergologa


W mailach, które od Was dostaję, zadajecie różne pytania, ale częściej niż inne pojawia się pytanie o dobrego alergologa. To świadczy o tym, że brakuje w naszym kraju fachowców, którzy spełnią oczekiwania matek małych alergików. Smutne. Ja, mimo, że jestem ostro zaprawiona w alergicznych bojach, znam tylko dwóch, których mogłabym polecić z czystym sumieniem. Ale mam nadzieję, że jest ich więcej, tylko trzeba dobrze poszukać. Kto szuka, ten znajdzie, prawda?

Gdy Jeremi w siódmym tygodniu życia zaczął dostawać jakichś dziwnych krostek i plam, poszłam z nim do alergologa. Chociaż prawdę powiedziawszy najpierw podejrzewałam, że skórę młodego podrażnia supermodny wówczas trzydniowy zarost mojego małżonka. Jakże byłam naiwna! Byliśmy też przedtem u pediatrów i w drogiej poradni laktacyjnej, nikt pary
z gęby nie puścił. Gdy w poradni zapytałam (bo już mnie tknęło, że zmiany na klatce piersiowej nie mogą być od tatusiowych pocałunków, bo tatuś całuje właściwie tylko poliki
i stópki), od czego ta kaszka, to się dowiedziałam, że to "takie tam, natłuszczać, samo zejdzie" (nie zeszło, jak się zapewne domyślacie). Ale wróćmy do wizyty lekarskiej. Pani doktor najpierw usiadła na moim dziecku. No cóż, w końcu taki maciupeńki pacjent, jak go dojrzeć zza obfitych kształtów? Następnie zerknęła pobieżnie, stwierdziła "alergia może być"
i z uśmiechem podała mi karteczkę mówiąc "proszę się do tego stosować, do widzenia". Nie, nie była to lekarka z państwowej przychodni. To była prywatna klinika. Ale do kwestii darmo/płatnie wrócę jeszcze.

Po powrocie do domu przejrzałam odbity na xero świstek. Stało tam, żeby nie dawać mleka
i przetworów, jajek, czekolady i cytrusów. Żeby kąpać w takich to a takich środkach (uczulały akurat) i że można zrobić testy. Hmmm... Byłam jeszcze wtedy zupełnie zielona w temacie, ale zmysłem numer sześć czy siedem obczaiłam, że skoro karmię, to zapewne sobie też mam nie dawać. No to nie dawałam. Tygodnie mijały, stan się nie tylko nie poprawiał, ale nawet zaostrzał do ran sączących włącznie, a na dodatek kupy zaczęły wyglądać tragicznie. Wtedy poszłam do innego alergologa. Dowiedziałam się, że to alergia i że mam dawać lek antyhistaminowy. W syropku, a jakże. Tak, owszem, z dodatkami i konserwantami. No i dieta eliminacyjna, tak, tak. Taka jak na świstku od poprzedniej lekarki. Wtedy wreszcie zrozumiałam, że w ten deseń dziecku nie pomogę. Wbiłam na internet i jak śledczy przeglądałam wszystko, co było na temat alergii. Znalazłam profesora Kaczmarskiego, napisałam do niego maila. Odpisał, zaprosił na wizytę. Już mieliśmy się wybrać w daleką podróż, gdy trafiłam na agorowe forum Alergie. Dziś to miejsce nie jest już tym, co dziesięć lat temu, ale wtedy miałam wrażenie, że trafiłam do matkoalergikowego raju na ziemi. Okazało się, że uczulać może nie tylko to, co wypisano na świstku, że dieta to nie wszystko, że ważne są też pozapokarmowe alergeny. I wiele innych rzeczy. Matki dzieliły się wiedzą, pomagały sobie nawzajem, to było coś niesamowitego. Niektóre przyjaźnie z forum przetrwały do dziś! Spotkałam też naszego anioła - Olkę M. aka kruffę. Kruffa wzięła mnie za rączkę i poprowadziła trudną drogą matki alergika. Dokładnie, cierpliwie. Podzieliła się też namiarem na naszą Jedyną&Ukochaną Alergolog, dzięki czemu nie musiałam robić setek kilometrów do profesora Kaczmarskiego (który jest równie znakomitym alergologiem, ale niestety, mamy do niego bardzo daleko). Ale zanim się to wydarzyło, pojawił się u nas w domu, zupełnie przypadkiem, niepłatny (wracając do tej kwestii) pediatra, wezwany do gorączkującego niemowlęcia. Niestety, nie pamiętam nazwiska tego doktora. Tak się szczęśliwie złożyło, że interesował się alergiami u dzieci i trochę wstępnie otworzył mi oczy. A jeszcze szczęśliwiej się złożyło, że w trakcie wizyty Jeremi zrobił kupę. Doktor zobaczył ją, przygładził zjeżone jej widokiem włosy i natychmiast wypisał skierowanie do Sanepidu na pełną diagnostykę kału. A potem było już z górki. Z Jedyną&Ukochaną Alergolog, zwaną pieszczotliwie Wyrocznią jakoś dałyśmy radę.

Po tym przydługim wstępie (w którym i tak nie udało mi się napisać wszystkiego, o czym bym chciała) mogę chyba już przejść do rzeczy. Jak znaleźć dobrego alergologa? Po pierwsze spytać Wujka Gugla, a potem przetrenować polecanych lekarzy, jednego po drugim, wnikliwie i krytycznym okiem. Po drugie: podczas wizyty zwracajcie uwagę na to, jak lekarz patrzy na Wasze dziecko. Czy jest to pobieżny rzut okiem? Czy może dokładne badanie - także brzuszka, noska, uszków, oczków, gardziołka? Z wykorzystaniem narzędzi? Czy lekarz przygląda się dziecku też ogólnie? Po trzecie: lekarz nie musi mieć tzw. podejścia do dziecka, ale musi mieć podejście do opiekuna. Czy po badaniu spokojnie Wam wszystko tłumaczy? Jak jest teraz, i co będziemy robić, żeby to zmienić? Doktor Wyrocznia nam wszystko jednocześnie zapisywała, ale jeśli nie ma szans na takie luksusy - sami róbcie notatki. Po czwarte: zwróćcie uwagę, czy wyraża chęć zobaczenia Was za jakiś czas. Jeśli tak, jest szansa, że to lekarz, który chce zobaczyć efekty swoich zaleceń, czyli stara się, zależy mu. To jest najmniej czuły test, ale warto go zrobić. Jeśli lekarz proponuje kurację, która budzi Wasze obiekcje - powinniście dostać wytłumaczenie. Steroidy do nosa, ale jako to, doktorze!? Ano tak, że jak teraz pacjent dostanie taki lek, to potem nie będzie problemu z przewlekłym nieżytem. Tylko proszę podczas kuracji stosować następujące zabiegi... Rozumiecie, co mam na myśli?

Moja współpraca z Wyrocznią wyglądała idealnie, czyli mniej więcej tak: ja bez szemrania wykonywałam jej polecenia, a ona uważnie wsłuchiwała się w moje spostrzeżenia. Byłyśmy jak jeden organizm, maszynka, która ma tylko jeden, jasno określony cel: zdrowie pacjenta/mojego dziecka. Patrzyła na Jeremiego nie tylko okiem alergologa, ale też pediatry, wyłuskując od czasu do czasu dolegliwość, którą zajmował się potem inny specjalista. Początkowo widywaliśmy się raz w miesiącu, potem, w miarę jak coraz lepiej sobie radziłam, raz na trzy miesiące, pół roku... Teraz tylko do Niej dzwonię, gdy coś się dzieje. No chyba, że stanie się coś naprawdę niefajowego, wtedy się pokazujemy.

Życzę Wam serdecznie, żebyście znaleźli naprawdę dobrego alergologa, bo to podstawa radzenia sobie z chorobą. I mam nadzieję, że ten wpis Wam w tym pomoże.
Wiem, o co teraz chcecie zapytać. Niestety, nie mogę powiedzieć. Doktor Wyrocznia by mnie zabiła, bo i tak ma zbyt wielu pacjentów.
O wszystko inne pytajcie, chętnie odpowiem!

niedziela, 18 stycznia 2015

popękane ciasteczka dla NieAlergika


Moja wersja popularnych ciasteczek. Nina bardzo lubi jajka z niespodzianką, no ale wiadomo, czekolady nie wolno, nu nu. To chowam tę czekoladę do zamrażarki i tak się zbiera... Uzbierało się prawie sto gramów, to pomyślałam sobie, że może spożytkuję ją na popularne, acz niemodne już ciasteczka. Powiem tak: wyglądają ślicznie, ale w smaku są wręcz banalne. Może jakby je podkręcić, np. pomarańczami albo jakimś alko, to zrobiłyby na mnie większe wrażenie. I nic tu muscovado nie pomógł, no chyba, że na zwykłym cukrze byłyby jeszcze bardziej zwyczajne.
Trzeba przygotować:

ok. 100 g czekolady
30 g masła
180 ml mąki
2 pełne łyżki muscovado
jajko
czubatą łyżeczkę cukru z pieczoną wanilią
łyżkę kakao
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczyptę soli
cukier puder do obtaczania

Połamaną czekoladę roztopić z masłem (uważać na temperaturę lub zrobić to w kąpieli wodnej), a jajko zmiksować z muscovado, szczyptą soli i cukrem waniliowym. Wymieszać z masą czekoladową, a następnie dodać kakao, mąkę oraz proszek i zmiksować. Odstawić na godzinę do lodówki. Gdy ciasto stwardnieje, formować z niego kuleczki wielkości orzecha włoskiego, obtaczać je w cukrze, lekko spłaszczać i układać w odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni i piec ok. 13 minut.

czwartek, 15 stycznia 2015

schab z pieczarkami w bezmlecznym sosie "śmietanowym"


To jest bardzo smaczna potrawa, ale pamiętajcie, by małym dzieciom wyjąć z sosu
pieczarki - są dla nich zbyt ciężkostrawne. Grzyby dodadzą smaczku plastrom schabu
i to dziecinom musi na razie wystarczyć. Danie doskonale pasuje do kopytek lub makaronu
i surówki z marchwi albo kiszonych ogórków.
Weźmy:

6 plastrów schabu
8-10 pieczarek
mała cebula
2 łyżki masła klarowanego (lub oleju)
sól i pieprz do smaku
ok. 1/2 szklanki śmietanki roślinnej, np. ryżowej
łyżeczka skrobi kukurydzianej

Schab lekko rozbić, podsmażyć z obu stron, przełożyć do garnka, posolić i popieprzyć, podlać odrobią wody i dusić. Na tłuszczu po smażeniu mięsa zezłocić oczyszczone i pokrojone w kawałki grzyby oraz pokrojoną w kostkę cebulę, a następnie dodać do mięsa i dusić wszystko razem, aż będzie miękkie, czyli ok. 30 minut. Na patelnię, na której smażył się schab oraz pieczarki z cebulą wlać śmietankę roztrzepaną z kukurydzianą skrobią. Zagotować i powstały sos przelać do garnka z mięsem. Wymieszać, doprawić i podawać.

wtorek, 13 stycznia 2015

szarlotka ze słonecznikową kruszonką


Szybka, chrupiąca i bardzo dobra. Kruszonka z pestkami słonecznika i płatkami owsianymi jest cudownie krucha. Myślę, że nie ma wielkiej konieczności przerabiania jabłek na mus, i że jeśli je po prostu zetrzemy na podpieczone ciasto, wzorem szarlotki sypanej, będzie równie smakowicie. A może nawet bardziej. A na pewno jeszcze szybciej.
Należy mieć:

500 g mąki
250 g cukru trzcinowego
kostkę bezmlecznej margaryny
łyżeczkę proszku do pieczenia
lodowatą wodę
po 1/2 szklanki pestek słonecznika i płatków owsianych
na farsz:
4 duże jabłka typu szara reneta
3-4 łyżki cukru
łyżeczkę cynamonu

Jabłka obrać, pokroić i uprażyć z cukrem, wanilią i cynamonem. Z mąki, cukru, margaryny i proszku do pieczenia wyrobić kruche ciasto, dodając tyle wody, by dało się zagnieść. Podzielić masę na dwie równe części. Jedną z nich wylepić blachę, wstawić do piekarnika, nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i podpiec przez 10 minut. Do drugiej połowy dodać pestki oraz płatki i wyrobić kruszonkę. Na podpieczone ciasto wyłożyć mus jabłkowy i posypać go kruszonką. Ponownie wstawić do piekarnika i piec, aż kruszonka nabierze złotego koloru, czyli około 20 minut.

sobota, 10 stycznia 2015

aromatyczny smalczyk


Dawno nie było przepisu z archiwalnego kukbuka, co nie? Smalczyk ten wart jest uwagi, bo co prawda pochodzi z czasów, kiedy Jeremi mógł jeść z pięć produktów na krzyż, ale za to jest tak smaczny, że od czasu do czasu robię go do dziś. Smarowaliśmy nim pajdy bezglutenowego chleba upieczonego z miksu przywożonego nam z Węgier przez ciocię Noemi. Pycha! Albo pajdy chleba gryczanego, co było już mniej pycha. A właściwie to były dwa smalczyki - jeden z nich jest bohaterem niniejszego postu, a drugi był zdrowszy, bo robiony
z resztek po pieczonej kaczce lub gęsi z jabłkami. Do ptasiego kiedyś wrócimy, a teraz zajmijmy się tym ze świnki.
Należy mieć:

500-600 g słoniny (najlepiej od świnki szczęśliwej lub eko)
cebulę
sól, pieprz i majeranek do smaku

Słoninę pokroić w drobną kostkę i wrzucić na rozgrzaną patelnię. Zmniejszyć temperaturę i smażyć powoli, od czasu do czasu mieszając. W tym czasie pokroić w kostkę cebulę. Gdy skwarki lekko ściemnieją, dodać cebulę i dusić ją w tłuszczu, aż się zrumieni (ok. 8-10 minut). Całość zdjąć z ognia i gdy lekko przestygnie - doprawić. Przełożyć do wyprażonego słoika i odstawić do zastygnięcia. Smalczyk można przechowywać zamknięty w lodówce, przez co najmniej tydzień.

czwartek, 8 stycznia 2015

blogerzy w Gruzji - część II


Jak może pamiętacie, miałam możliwość uczestniczenia w superowym projekcie Blogerzy w Batumi. Jest też pierwsza część relacji - pisałam ją jeszcze oszołomiona, a dziś zapraszam na drugą część, pisaną już "na zimno", a zatem bardziej przytomną.
Podczas pobytu w Gruzji miałam okazję poznać dwa jej oblicza: nowoczesne, miejskie oraz bardziej swojskie, w postaci tego, co się dzieje wokół wielkich miast. Oba oblicza mnie uwiodły, ale bliższe memu sercu jest to, co zobaczyłam w górach. To miejsca, które przeniosły mnie do czasów niewyszukanego dzieciństwa, prostoty życia i otwartości ludzi.
W tej Gruzji zakochałam się bez pamięci i do niej chciałabym wracać. Chociaż jestem zwierzem miejskim z urodzenia i drogi życiowej, to jednak właśnie ta druga Gruzja skradła moje serce. Chciałabym na emeryturze zamieszkać w kaukaskiej wsi, mieć ule, pędzić chachę i spacerować, jak zdrowie pozwoli, po urokliwych stokach w poszukiwaniu moich krów. Dobry plan!
Gruzini to naród gościnny, o wyjątkowo ciepłej duszy, nie stroniący od dobrej zabawy
i kontaktów, nazwijmy to, cielesnych, które w Europie postrzegane są jako zbyt intymne.
Nie, nie mówię o tym, o czym myślicie. Mówię o tym, że dotyk nie jest tam naruszaniem przestrzeni prywatnej. Gruzini są skorzy do gadki i zaprzyjaźniania się, wspólnej zabawy, mają w sobie taki luz, który niejednego Niemca przyprawiłby o palpitację serca. Uwielbiam to. Gruzinki wdziękiem biją na głowę wszystkie znane mi narodowości, a Gruzini mają w sobie spokój i pogodę ducha. W kraju tym nic nie musi być tip top i zapięte co do ostatniego guziczka, dzięki czemu można tam po prostu wziąć głęboki oddech.
Miasta
Widziałam Tbilisi, Kuitisi i Batumi. O Tbilisi już trochę pisałam, to teraz opowiem Wam o Batumi (i nie tylko!). Chociaż może więcej niż słowa mówi to zdjęcie:


Tak, to miasto kontrastów. Mamy kamienice retro, blokowiska, wypasione hotele, sztukę nowoczesną, urokliwe, choć zaniedbane podwórza, nadmorskie bulwary, trochę kiczu
i niesamowite widoki. Dwie z moich czterech ścian sporego pokoju w Radissonie Blu były oknami, z których rozciągał się widok na miasto, morze i góry. Jest na co popatrzeć.
A wszystko to jakieś takie przyjemne, kameralne, choć Batumi to przecież oblegany w sezonie, duży kurort. Uliczkami gruzińskich miast na równych prawach co ludzie, spacerują koty i psy, przy czym te ostatnie są bardzo przyjazne - biada temu, kogo pies upatrzy sobie na przyjaciela. Będzie miał towarzystwo do wieczora. Jak już Wam się znudzi plażowanie, knajping czy zwiedzanie miasta, skoczcie sobie do którejś z batumskich jaskiń hazardu. My byliśmy, a ja to nawet konkretnie pierwszy raz w życiu zaliczyłam kasyno, bo żyłki hazardzisty zupełnie nie posiadam. Ale było bardzo fajnie. No i co nieco tam wygrałam, ha!
A jak już się Wam w mieście trochę znudzi, to koniecznie zróbcie sobie wycieczkę w górskie, dzikie okolice.
Nie chcę Wam dokładnie opisywać miasta, po prostu wybierzcie się tam na wakacje i sami je poznajcie. Gruzja to kraj, który warto odwiedzić, wierzcie mi. Znajdzie się tam coś i dla fanów zabytków, i agroturystyki, i kurortowych rozkoszy.

Świątynia chachy, czyli gruzińskiego bimbru, bardzo smacznego.


A tu pan strudzony, odpoczywa sobie przy fontannie chachy. Fontanna ta w sezonie jest czynna codziennie przez 15 minut, i wtedy każdy może wypić ile chce za darmo.


Wieża gruzińskiego alfabetu, podświetlana po zmroku.


Panorama miasta.



Batumi ogólnie jest under construction.



Uroczy detal z placu Piazza, czyli Placu Placu.


Uliczka taka po prostu...

Padało akurat, więc plaża wygląda trochę ponuro.


Ogród botaniczny...


... i jego magiczne okolice - stacja kolejowa, a za nią morze i inne ciekawe rzeczy...





























Wieś, góry...
Uwielbiam przejechać się ekstremalnie, np. mając dziesięciocentymetrową przestrzeń między krawędzią opony a przepaścią. W taki sposób podróżowaliśmy, robiąc off road busem Mercedesa. Odwiedziliśmy park Mtirala, gdzie trekkingowaliśmy, podziwiając dzikie krajobrazy i ziplinowaliśmy. Odwiedziliśmy także rozsławioną przez Mellera, położoną wysoko w górach wieś Gobroneti, w której kulinarni mieli możliwość pogotować prawdziwe gruzińskie potrawy z prawdziwą gruzińską gospodynią w jej prawdziwej gruzińskiej kuchni. Przygoda! Czy wiecie, jak wyglądało próbowanie przygotowanego ajapsandali? Tą samą łyżeczką próbowała gospodyni, Natalia, Tomek i ja, a gospodyni za każdym razem troskliwie dmuchała na nałożoną na tę samą łyżeczkę porcję, żebyśmy się nie poparzyli. Jeśli do tego powiem Wam, że zapaliłam papierosa skręconego przez gospodarza z ekologicznego, jego własnego tytoniu, przygotowanego przez owego gospodarza do samego końca, czyli polizania bibułki, to zapewne zrozumiecie, o co mi chodzi, kiedy mówię o luziku i powrocie do dzieciństwa, jaki w Gruzji zaliczyłam. Żadnych jednorazowych plastików i zbędnej higieny. Czyli raj dla alergików. Raj także dlatego, że Gruzja to kraj o czystym powietrzu i silnie rozwiniętej przydomowej uprawie i hodowli. Wszystko tam właściwie jest eko. Alergicy, do Gruzji! A jak tam już będziecie, pamiętajcie o dwóch rzeczach. Pierwsza to Surami, miejscowość słynąca z sosnowego gaju, pobyt w którym jest ordynowany przez lekarzy przy problemach z alergią wziewną, w tym dla astmatyków. Bierzecie hamak (z jednej z licznych miejscowych wypożyczalni na przykład), rozpinacie wśród sosen i leczycie się. Druga - gruzińska kuchnia raczej nie jest dla alergików. Jest bardzo nabiałowa, cytrusowa, orzechowa. Oczywiście to nie znaczy, że nic tam nie zjecie. Da się znaleźć potrawy bezpieczne, ale są one w mniejszości. Za to jak już są, to przepyszne. I to bogactwo świeżych owoców, niommmm...
No, ale o kuchni gruzińskiej będzie kiedy indziej.
A tymczasem kilka fotek "dzikiej" Gruzji.



























Pędzi się czacza, pędzi...


Mtirala. Z jednego brzegu na drugi, w domku, kręcąc korbą...
































Gobroneti...




Ten pan ma grubo po 80tce, jak nie więcej, a jest tancerzem, że ho ho!