czwartek, 31 grudnia 2015

wybornego Nowego Roku!


Życzymy Wam, aby Nowy Rok przyniósł to, o czym marzycie, żeby to był rok zdrowy i obfitujący we wszelkie dobra. I żeby to był rok, w którym pokonacie alergię!


Szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 29 grudnia 2015

ciasto czekoladowe Nigelli - nutella cake dla NieAlergika


Swego czasu modny i popularny przepis Nigelli Lawson, teraz już chyba trochę z myszką, ale powiem wam, że lepiej późno niż wcale, jak to mówią. Trochę za mało słodkie jak na mój gust, ale wzbudziło sensację u innych, tych lubiących mało słodkie właśnie. Ze specyficznego smaczku Nutelli nic nie zostaje, ciasto jest po prostu mocno czekoladowe - myślę, że to dlatego, że nie dodałam Frangelico. Polewka była-lśniła, ale przetrzymałam ciasto w ganku i lśnienie się skończyło, no trudno. Konsystencją przypomina mojego ukochanego czekogniotka, niby gniotek, ale lekki jakiś taki, miękki. Dobre, ale jednak wolę gniotka. Szkoda, że alergicy nie mogą, choć z drugiej strony ta nutella... To może i dobrze, że nie mogą.
Przygotować trzeba:

na ciasto:
6 dużych jajek
400 g Nutelli
125 g masła
100 g gorzkiej czekolady
100 g mielonych orzechów laskowych
łyżkę mocnego alkoholu (dałam wódkę)
szczyptę soli
na polewę:
100 g gorzkiej czekolady
100 ml śmietanki 30%
łyżkę alkoholu
do posypania:
100 g orzechów laskowych (pominęłam, bo jak orzechów laskowych zjem za dużo, to mam uczulenie)

Składniki na ciasto wyjąć z lodówki na kilka godzin przed przygotowywaniem ciasta, by osiągnęły tzw. temperaturę pokojową. Białka oddzielić od żółtek. Zmiksować masło z nutellą na gładki krem, dodać alkohol, orzechy oraz żółtka, zmiksować, a następnie dodać rozpuszczoną czekoladę i jeszcze raz zmiksować, by się składniki połączyły. Białka ubić solą na sztywną masę i ostrożnie, delikatnie mieszając dodać do masy nutellowej. Ciasto przelać do wyłożonej papierem do pieczenia (tylko spód) lub natłuszczonej i wysypanej bułką tartą tortownicy (ok. 24 cm). Wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni (termoobieg) i piec ok. 40 minut. W tym czasie uprażyć na suchej patelni orzechy i odstawić, by ostygły. Przygotować polewę: mocno podgrzać śmietankę, dodać do niej alkohol oraz połamaną czekoladę i mieszać, aż się czekolada rozpuści. Wystudzone ciasto polać polewą i posypać orzechami.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

[przed]szkolne śniadania część 8


Jak ten czas leci! To już ósmy, comiesięczny wpis o przedszkolnych wałówkach, zaczęłam je publikować w marcu, kiedy to TerNinator poszła do przedszkola. Pewnie się trochę dziwicie, że menu jest tygodniowe, a pokazuję je raz w miesiącu, co? Nie ma się czemu dziwić, to dlatego, że jemy w sumie bez fajerwerków, dania się powtarzają, a poza tym cykl ten ma być raczej inspiracją niż drogowskazem. Jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi pomysłami na zawartość lunchownika dla alergika. I jak zawsze nie pokazuję śniadań, tylko odsyłam do zakładki śniadanie/kolacja.

Poniedziałek
obiad: krem z pasternaku z bułką orkiszową na zakwasie
podwieczorek: deserek ryżowy waniliowy (ze sklepu) i suszone daktyle

Wtorek
obiad: kuskus bio razowy z duszonymi warzywami*
podwieczorek: koktajl jagodowy** i kokosanki

Środa
obiad: stripsy a'la KFC z gotowaną kukurydzą
podwieczorek: winogrona i ciastko ze słonecznikiem

Czwartek
obiad: zupa parzybroda (czyli kapuśniak ze słodkiej kapusty)
podwieczorek: kawałek ciasta cukiniowego

Piątek
obiad: makaron z pesto dyniowym
podwieczorek: jabłko i banan

*ja robię taki miks warzywny do rzucania na kaszę z czego tam akurat mam - wystarczy poddusić dozwolone warzywa (rozdrobnione) na dozwolonym tłuszczu i doprawić dozwolonymi ziołami, pilnując, by się z tego nie zrobiła nieapetyczna papka
**z mrożonych jagód, oczywiście

czwartek, 24 grudnia 2015

radosnych i smakowitych Świąt!


Kochani Smakołykowicze!

Życzymy Wam pełnych radości, miłości, zdrowia 

i szczęścia Świąt Bożego Narodzenia! Żebyście zapomnieli o alergii i spędzili ten czas spokojnie

i by Mikołaj się sprawił jak należy, a na stole były przysmaki, które Was nic a nic nie uczulą.

Wesołych Świąt!

wtorek, 22 grudnia 2015

bezglutenowe łazanki ze słodką kapustą


Jak wszem i wobec wiadomo, wigilijne przysmaki średnio nadają się dla dzieci. Mój żeński potomek kategorycznie odmawia wszystkiego prócz ryby i barszczu. Potomek męski osiągnął już odpowiedni wiek, by uzyskać zezwolenie na jedzenie grzybów, więc może więcej, no i jest zdecydowanie bardziej otwarty, chętnie skubnie tego i owego, nawet śledzia w cebuli. Ale jak był w wieku siostry, to również niemal niczego z wigilijnych potraw tknąć nie chciał. Wyjątkiem były łazanki z kapustą, przyrządzane specjalnie dla niego, tak bardziej na słodko i łagodnie. Niezłe, ale raczej nie w guście dorosłych. Za to smakują dzieciom. I o to chodzi.
Należy mieć:

na łazanki:
mąkę kukurydzianą - ok. 1/2 szklanki
lekko ciepłą wodę
na kapustę:
szklankę poszatkowanej słodkiej kapusty
2 pieczarki
małą cebulkę
śliwkę suszoną bio
łyżkę oleju
po szczypcie kminku i majeranku
sól i pieprz do smaku

Pieczarki i śliwkę pokroić w małe kawałki, cebulę w drobną kosteczkę. Rozgrzać tłuszcz i podsmażyć na nim cebulę z pieczarkami. Dorzucić śliwkę, a następnie kapustę, doprawić, podlać odrobiną wody i dusić na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając, aż kapusta zmięknie. Wówczas przygotować łazanki: mąkę wsypać do miski i stopniowo dodając wodę, wyrabiać zwarte, elastyczne ciasto makaronowe. Ciasto cienko rozwałkować i radełkiem do pizzy pokroić w łazanki. Kluski wrzucić na osolony wrzątek, przykryć i zagotować. Odcedzić i od razu dodać do kapusty. Dobrze wymieszać, ewentualnie doprawić i podawać.

niedziela, 20 grudnia 2015

piernik sielski dla NieAlergika


Bardzo lubię pierniki i pierniczki. Może dlatego, że je się je tak rzadko, właściwie tylko zimą, a konkretnie w okolicach Gwiazdki. Lubię robić różne odmiany tego ciasta, bo choć najbardziej smakuje nam piernik staropolski, to jednak człowiek ma jakiś pęd do wypróbowywania nowości. Tym razem piernik aspirujący do biszkoptu, bo na bitych białkach. Nie wiem, czy piana coś pomogła, bo wyszedł mi bardzo smaczny, ale jednak piernik. No, może ciut lżejszy niż inne. Ale jednak piernik.
PS. A dlaczego sielski? Na cześć pewnego otrzymanego w prezencie boxu, w którym znalazłam przepis będący mi inspiracją.
Należy posiadać:

300 g mąki
150 g cukru trzcinowego
100 g masła
100 ml miodu
100 g kwaskowatego dżemu, np. porzeczkowego
4 jajka
pełną łyżkę przyprawy do piernika
łyżeczkę cynamonu
miąższ z laski wanilii
po łyżeczce proszku do pieczenia i sody
skórkę startą z pomarańczy i cytryny
ok. 200 g bakalii (np.: pokrojonych suszonych fig, dymnych śliwek, rodzynków, kandyzowanej skórki pomarańczowej, gorzkiej czekolady, orzechów etc.)
letnie mleko (ok. 50-100 ml)
szczyptę cukru

Żółtka jaj zmiksować z cukrem i miodem, a następnie dodać roztopione masło oraz dżem i miksować jeszcze chwilę. Wymieszać w misce suche składniki (bez bakalii), dodać do masy żółtkowej i miksować, aż składniki się połączą, dodając stopniowo tyle mleka, by ciasto nie było twarde. Dodać skórki starte z owoców oraz wanilię i zmiksować krótko. Białka ubić z solą na sztywną pianę, delikatnie wymieszać z ciastem. Keksówkę wysmarować masłem i oprószyć tartą bułką, a następnie przełożyć do niej ciasto. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 150-160 stopni (termoobieg) i piec ok. 45 minut, do suchego patyczka.

sobota, 19 grudnia 2015

wegańskie trufle piernikowe


Trufle, podobnie jak piernik czy pierniczki, pojawiają się u nas właściwie tylko w okolicach Bożego Narodzenia. Do tej pory najbardziej lubiliśmy trufle rumowe, ale już nam się ciutas przejadły, więc musiałam pomyśleć o czymś innym. No to zrobiłam piernikowe. Fajowe bardzo, z pokruszonymi pierniczkami, aromatyczne i świąteczne jak należy. Pycha!
Przygotować należy:

szklankę roślinnego mleka w proszku
3 pełne łyżki bezmlecznej margaryny lub masła klarowanego (z masłem nie będą już vegan)
ok. 2-3 łyżki wody
3 łyżki cukru pudru
2 łyżki połamanych na pył kruchych ciasteczek korzennych*
1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
do obtaczania: ok. 2 łyżki karobu wymieszane ze sporą szczyptą cynamonu

Wymieszać wszystkie suche składniki, także pokruszone ciasteczka. Tłuszcz rozpuścić i dolać wraz z wodą do suchych składników. Wymieszać i wyrabiać łyżką, aż masa będzie jednolita. Następnie formować dłońmi nieduże kulki i obtaczać je w karobie wymieszanym z cynamonem.

*ja używam cienkich pierniczków Anna's

czwartek, 17 grudnia 2015

zakwas z buraków - kwas buraczany


Ponoć świat dzieli się na miłośników i nienawistników buraczanego zakwasu. My w większości należymy do grupy pierwszej, więc kisimy to i owo. Kiszonki dla alergika to pozycja wręcz obowiązkowa, bo właśnie z nich może czerpać niedostępne dla niego z przetworów mlecznych tak zwane "dobre", czy po prostu probiotyczne bakterie. W związku z tym warto się zaprzyjaźnić z kiszonkami i karmić naszych alergików ogórami, kapuchami, żurami oraz zakwasem buraczanym (jednakowoż z ostrożnością, bo kiszonki są aminami biogennymi, więc przy bardzo zaostrzonych objawach lepiej poniechać). Spożycie tego ostatniego skutkuje zwłaszcza, a najlepiej pić go jak sok nie tylko jesienią, ale też na przednówku. Oprócz dobrych bakterii, wraz ze szklaneczką zakwasu dostanie nam się też nieco bogactw zasadotwórczego buraka in propria persona - przeciwutleniaczy, minerałów, kwasu foliowego i innych poprawiających naszą kondycję substancji. Krwiotwórczych, uodparniających... Jakby nie do końca smakowało, to można też zrobić barszcz. Proporcje składników określa się tym samym aparatem, który spowodował zgon chłopa w szpitalu, zatem poniższe potraktujcie raczej jako ogólną wskazówkę.
Przygotujmy:

ok. 2 kg buraków bio*
woda
sól
4-5 ząbków czosnku
liść laurowy
2-3 ziela angielskie
5 ziaren pieprzu
ewentualnie: małą obraną cebulę, goździk, nieco nasion kminku - musicie wypróbować, jak przyprawiony zakwas najbardziej wam smakuje
piętkę z żytniego razowca

Buraki wyszorować, nie obierać, pokroić w ćwierćplasterki i przesypać do kamionki lub szklanego słoja (naczynia powinny być wyprażone w piekarniku nagrzanym do 100 stopni przez kilka minut). Wodę zagotować, posolić (łyżka soli na litr wody) i odstawić, by przestygła. Lekko ciepłą zalać buraki, ok. 10 cm nad ich powierzchnię. Dodać obrane, nakrojone ząbki czosnku, cukier oraz przyprawy i wymieszać. W mieszankę wetknąć skórkę z chleba. Wszystkie dodatki powinny być pokryte wodą, bo jeśli będą pływać po wierzchu - mogą spleśnieć. Naczynie zakryć podwójnie złożoną gazą, ścisnąć gazę gumką lub sznurkiem. Odstawić zakwas w ciepłe miejsce na 3-4 dni. Po tym czasie sprawdzić, czy jest już kwaśny. Jeśli nie, kisić go kolejne 2-3 dni. Przecedzić i przelać do wyprażonych butelek

*jeśli buraki nie są bio, to proponuję zrobić im antypestycydową płukankę - najpierw ze 2 minuty w wodzie z octem, potem ze 2 minuty w wodzie z sodą, a na koniec opłukać pod bieżącą wodą; nie wiem co prawda, czy taki rodzaj płukanki cokolwiek zdziała, ale mam taką nadzieję, zwłaszcza, że jest dość popularny wśród wegetarian, wegan i innych witarian

wtorek, 15 grudnia 2015

sałatka ziemniaczano-śledziowa


Mam koleżankę, która ze wszystkich słodyczy najbardziej lubi śledzie. Bardzo jej zazdroszczę, bo jednak ryba jest znacznie zdrowsza i bardziej fit od cukru, mam rację? Ta sałatka może śmiało zagościć na wigilijnym (i nie tylko!) stole, przy którym zasiada karmiąca matka alergika, o ile jej dziecię nie ma uczulenia na ryby, oczywista. Bo dzieciom to takiej sałatki nawet nie ma co pokazywać. Fuj paciaja, co widać na załączonej focie. Dzieci niech się raczą barszczem z uszkami oraz pieczoną rybką o łagodnym smaku. Ale wróćmy do śledziowej sałatki. Można ją doprawić na dwa sposoby: albo wegańskim majonezem, albo winegretem na bazie naturalnego octu, oliwy i musztardy. Jak wolicie. Ja śledziową wolę z majo, a wersję z kiełbasą z winegretem. Jeśli boicie się ryby (no bo jednak potrafi uczulić), to zamiast niej dodajcie grillowanego bakłażana lub lekko podgotowane różyczki brokuła - sałatka w wersji wege też jest pyszna.
No to weźmy:

5 większych ziemniaków
2 płaty śledziowe
2 ogórki kiszone (lub konserwowe)
cebulę
kilka łyżek wegańskiego majonezu wymieszanych z płaską łyżeczką musztardy*
sól i pieprz do smaku

Ryby namoczyć w wodzie, a następnie opłukać, osuszyć papierowym ręcznikiem i pokroić na nieduże kawałki. Ziemniaki ugotować w mundurkach, ostudzić, obrać i pokroić w grube plastry lub większą kostkę. Ogórki i cebulę pokroić w kostkę. Wszystkie składniki delikatnie wymieszać z majonezem i doprawić, uważając na sól, bo śledź jest dość słony. Odstawić na minimum 2 godziny do lodówki do "przegryzienia".

*napisałam nieprecyzyjnie kilka łyżek, bo ich ilość zależy od upodobań (czy lubimy suche, czy pływające sałatki) oraz wielkości ziemniaków

niedziela, 13 grudnia 2015

ciasto ambasador aka lodowiec - wyborny deser retro dla NieAlergika


Przepis na lodowiec moja mama dostała od ciotki Krychy, tej od pysznego piernika. Z bliżej nieznanych przyczyn lodowca od kiedy pamiętam robiło się na Święta. To znaczy przyczyn się domyślam - deser ten był wykwintem w czasach PRLu, bo zawierał kakao, rodzynki oraz brzoskwinie i ananasy z puszki. Dziś, mimo dostępności świeżych owoców robię go tak samo, jak moja mama, bo to smak dzieciństwa. Jak kiedyś raz pozmieniałam owoce na świeże, a aromat waniliowy na prawdziwą wanilię to jednak to nie było TO, choć też było pyszne, a właściwie to nawet pyszniejsze... Ponieważ nie jest to jak mniemam wasz smak dzieciństwa, to jednak polecam wersję nowoczesną. No chyba, że chcecie poznać smak PRLu.
Należy mieć:

paczkę okrągłych biszkoptów
150 g masła
2 szklanki mleka
4 żółtka
opakowanie budyniu waniliowego
½ szklanki cukru
kilka kropel aromatu waniliowego
po ½ puszki brzoskwiń i anansów
po 2 łyżki rodzynków i orzechów włoskich
2 łyżki kakao
galaretkę truskawkową

Galaretkę rozpuścić w połowie podanej na opakowaniu ilości wody i odstawić do zastygnięcia. Żółtka utrzeć z cukrem, dodać budyń i dokładnie zmiksować. Zagotować mleko i stopniowo, wciąż miksując dolać do masy. Zagotować (mieszając) i odstawić do ostygnięcia. Utrzeć masło, dodać masę budyniową oraz aromat i podzielić na dwie części w proporcji +/- 2/3 do 1/3. Do mniejszej dodać pokrojone i osączone owoce. Do większej wmiksować kakao, a następnie wmieszać rodzynki i kawałeczki orzechów. Na spodzie formy (robię w tortownicy) ułożyć biszkopty, następnie wyłożyć na nie ciemną masę, a potem jasną. Wstawić do lodówki, a gdy deser zastygnie udekorować go posiekaną galaretką. Lodowiec przechowywać w lodówce.

piątek, 11 grudnia 2015

Wigilia i Boże Narodzenie z alergikiem


Rodzinna impreza z alergikiem to nie jest bułka z masłem. Zza każdego rogu czyha na niego ciocia/wujek/babcia/dziadek/kuzyn/stryjek i tak dalej z jakimś potwornym batonikiem pełnym alergenów. Ale Wigilia i tak nie jest zła, bo tradycyjnie potrawy wigilijne powinny być bez nabiału i jajek, czyli po naszemu postne. Jednak pamiętajmy, że są ciężkostrawne i w związku z obecnością suszonych grzybów dla dziecin nieprzydatne, natomiast wypieki są pełne miodu i orzechów. Poza tym w polskiej tradycji silnie zakorzenione jest obdarowywanie dzieci łakociami, natomiast gorzej idzie ze zrozumieniem istoty alergii. A po drugie nigdy nie wiadomo, co się kryje w podanych na stół przysmakach. Zatem jak bezpiecznie przejść przez Święta?
Jeśli to my jesteśmy gospodarzami, sprawa ma się całkiem całkiem. Delikatnie, by nikogo nie urazić, kontrolujemy podarki dla naszego dziecka, mamy też całkowitą kontrolę nad menu, a jeśli nie mamy, bo impreza jest "składkowa", to po prostu nie dawajmy dziecku (o ile nie do końca ufamy składkodawcy) przyniesionego jedzenia. Należy się zawsze upierać przynajmniej z przygotowaniem ciast, bo te zazwyczaj pozostają w głównym obszarze dziecięcych zainteresowań. Wiem, że należy spróbować wszystkich 12 potraw, no ale sorry, są rzeczy, które podlegają tylko i wyłącznie jednemu prawu - zdrowiu dziecka. Czujcie się więc rozgrzeszeni. A co wtedy, gdy idziemy do kogoś z wizytą? No to jest Sparta. Pierwsza zasada - nie spuszczaj dziecka z oka, żeby jakaś ciocia nie zapragnęła wcisnąć mu jakiejś czekolady. Niestety nie każde dziecko potrafi odmówić, nawet jeśli wie o swoich ograniczeniach żywieniowych. Druga - umów się z gospodynią na coś bezpiecznego, a najlepiej przynieś własne jedzenie dla dziecka. Czysty barszcz to nie jest coś, czego się możesz obawiać, ale nigdy nie wiadomo, czy panierka na rybie jest bezjajeczna. Trzecia - ustalcie dokładne menu z gospodynią i jeśli dziecko jest wrażliwe na tym punkcie, przygotuj mu w domu podobne dania. Na przykład: jeśli będzie smażony w panierce karp, a twoje dziecko jest uczulone na ryby, zrób mu i przynieś coś podobnego, np. stripsy albo pakorę wege. Jeśli dziecko jest uczulone na buraki (co się zdarza, choć bardzo rzadko), weź dla niego zupę-krem z batatów, jeśli obawiasz się siary z suszonych owoców w kompocie wigilijnym, weź kompot z suszonek bio. To samo z deserami. I tak dalej. Bo czwarta i najważniejsza zasada brzmi: jemy tylko to, co możemy bez względu na okazję czy okoliczności. Nie licz na to, że się podczas świątecznej imprezy zrelaksujesz - musisz mieć oczy dookoła głowy, bo im więcej ludzi, tym więcej pomysłów, w tym także głupich. I nie martw się tak bardzo o jedzenie dla swojego alergika, bo dla maluchów najważniejsza jest choinka, a raczej to, co pod nią no i możliwość poganiania się z kuzynami. Zje, co mu dasz i poleci się bawić.
Idealnie by było, żeby wszyscy respektowali waszą alergię. Jeśli możesz liczyć na takie grono, to umówcie się tak, że żadne dziecko nie dostaje pod choinkę sklepowych słodyczy, a jeśli już to takie, które nie zaszkodzą twojemu dziecku w razie poczęstunku (bezpieczne ciasteczka, lizaki, żelki etc.). Poproś gospodynię, by dostosowała się do waszych ograniczeń. Niech twój alergik nie idzie na imprezę głodny, daj mu coś przed wyjściem. Jego jedzenie zapakuj tak, by nie wymagało odgrzewania na miejscu - w termiczne lunchowniki lub termos. I nie zapomnij o specjalnych łakociach. A tak poza tym - nie martw się! To tylko kilka godzin, dacie radę.

środa, 9 grudnia 2015

szybka drożdżówka z owocami i kruszonką dla NieAlergika


Znowu mi mama z jakimś świstkiem z gazety wyciętym na chatę wbiła. I z mrożonymi jagodami. Cóż było czynić... wzięłam zmiędlony do granic możliwości świstek, michę, mikser i do roboty. Ciasto okazało się zaskakująco łatwe i błyskawiczne, ale jednak to i owo pozmieniałam, bo wydawało mi się na przykład ciutas za luźne. Bardzo dobre, ale czuć, że to ciasto szybkie i tanie. Ale na nagłych gości albo nagłą chętkę jak znalazł. Jak na mój gust trochę mało słodkie, więc polecam posypać je cukrem pudrem. A! Robiłam je dwa razy i za każdym razem środek opadał, widocznie tak ma być. Co dziwne, temu opadniętemu środkowi daleko do zakalca, a sprawia, że placek jest rustykalnie malowniczy.
PS. Sorry za fotę, ale ciemną nocą bez softboxów i tego typu wynalazków trudno coś w miarę nieźle ująć.
Należy mieć:

350 g mąki
200 ml ciepłego mleka
75 g cukru
60 g roztopionego masła
30 g świeżych drożdży
jajko
łyżkę cukru z wanilią
szczyptę soli
do posypania: 2 garści owoców (dałam jagody, ale mogą być truskawki czy inne)
na kruszonkę:
60 g mąki
30 g cukru pudru
30 g roztopionego masła

Wymieszać mleko z cukrem, łyżką mąki i drożdżami. Gdy rozczyn "ruszy", dodać go do reszty składników ciasta i wyrobić mikserem na gładką masę. Odstawić w ciepłe miejsce, by ciasto podwoiło objętość, a następnie przełożyć je do formy (ja zrobiłam w tortownicy 24 cm, ale większa byłaby lepsza), przykryć ściereczką i odstawić jeszcze na ok. 30 minut. Przygotować kruszonkę: roztopione, wystudzone masło wymieszać z mąką i cukrem do uzyskania konsystencji kruszonki. Owoce umyć i osączyć. Gdy ciasto drożdżowe urośnie, posypać je owocami oraz kruszonką, wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni (termoobieg) i piec ok. 30 minut. Jeszcze ciepłe posypać cukrem pudrem.

niedziela, 6 grudnia 2015

wegańskie mince pies


No to zaczynamy serię przepisów bożonarodzeniowych - przepisem z książki, na przepyszne mince pies, czyli kruchutkie babeczki z aromatycznym nadzieniem z moczonych w brandy suszonych owoców. Gwiazdki wigilijnego stołu dla małych alergików mogą was straszyć zawartością alkoholu, ale zapewniam, że nie ma się czego bać, bo brandy zostawi jedynie swój wykwintny posmaczek, alkohol natomiast ulotni się podczas pieczenia. Ku rozpaczy niektórych...
Weźmy:

na ciasto:
200 g mąki
100 g bezmlecznej margaryny
łyżkę cukru pudru
szczyptę soli
zimną wodę
na nadzienie:
ok. 220 g dozwolonych suszonych, niesiarkowanych owoców (fig, rodzynków, moreli, daktyli, żurawiny etc.)
3-4 łyki dżemu morelowego*
4 łyżki brandy (lub innego aromatycznego, mocnego alkoholu, np.: karmelówki lub koniaku)
4 łyżki soku jabłkowego lub innego dozwolonego
opcjonalnie - 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika

Suszone owoce drobno pokroić, przełożyć do miseczki, zalać sokiem wymieszanym z alkoholem, przykryć i odstawić do lodówki na całą noc. Zagnieść kruche ciasto dodając tylko tyle wody, by masa była zwarta i elastyczna. Rozwałkować je na grubość 2-3 mm i wyciąć tyle samo kółek, ile gwiazdek (kółka wycinam szklanką, a gwiazdki foremką do ciastek). Kółkami ciasta wylepić formy na małe babeczki. Owoce wyjąć z lodówki, wymieszać z dżemem i przyprawą do piernika. Farszem wypełnić ciasto w foremkach, a na wierzchu każdej babeczki ułożyć gwiazdkę, lekko dociskając brzegi. Ciastka wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piec ok. 20 minut. Po upieczeniu posypać cukrem pudrem.

*najlepiej domowego, robi się go tak samo, jak dżem brzoskwiniowy, tylko z moreli

piątek, 4 grudnia 2015

krem z kukurydzy


Krem z kukurydzy jest pyszną zupką, ale zaprawdę jego oblicze jest niejedno. Krem sam w sobie jest delikatny i lekko słodkawy, więc robi za fajną bazę. W związku z tym u nas na stole są cztery rodzaje kremu kukurydzianego. Najmłodszy Smakołyk, wiadomo - je bez przypraw, a najstarszy, też wiadomo - z imbirem, pieprzem i chili sypanymi hojną ręką. Przepis jest banalnie prosty, a zupa smakowita, tylko trzeba mieć blender, po kolbie i kartoflu na łebka oraz sporo luzu na info, że nie ma już na świecie kukurydzy nieGMO...
Należy mieć:

4 kolby kukurydzy*
4 niezbyt duże ziemniaki
2 łyżki masła klarowanego lub oleju
bulion (dowolny, u nas warzywny) - ok. 1,5 l
sól, pieprz i słodką paprykę do smaku
po szczypcie imbiru i chili (opcjonalnie)

Ziemniaki obrać i pokroić w kostkę, kolby kukurydzy obrać z ziaren. Rozgrzać tłuszcz i podsmażyć na nim kartofle z ziarnami. Zalać bulionem tak, by pokryło i gotować na niedużym ogniu do miękkości (ok. 15-20 minut). Zmiksować blenderem, dodając ewentualnie tyle bulionu, by osiągnąć odpowiednią konsystencję i doprawić według uznania. Podawać chrupiącymi dodatkami, np. paluchami grissini, grzankami etc.

*jeśli używacie kukurydzy mrożonej, to dorzućcie ją do ziemniaków w takim momencie, by czas gotowania się zgadzał z tym napisanym przez producenta na opakowaniu; jeśli używacie kukurydzy z puszki to nie wiem, bo nie robiłam z takiej

środa, 2 grudnia 2015

masło słonecznikowe


Jak syn mój kurował azetesa nad naszym pięknym morzem, to w ramach plażowej przekąski dostawał kanapki. Chciałabym napisać "różne", ale niestety, przy tak ograniczonej diecie różne one być nie mogły. Zatem na zmianę trenowaliśmy pieczyste, warzywne smarowidła i hit wakacyjny - kanapki z masłem słonecznikowym, niezbędnym także przy robieniu przepysznych słonecznikowych ciasteczek. Najłatwiej co prawda było mi takowe masło kupić, ale że w tamtych czasach było ono trudno dostępne, więc czasem musiałam sama robić. Foty nie ma, bo to kolejny przepis wyciągnięty z czeluści archiwalnego kukbuka. Masło jest fajne, bo można je doprawiać według uznania, robić na słodko, używać do naleśników albo jako pesto pod pieczone warzywka etc. Nie musi być tylko do kanapek.
Trzeba wziąć:

ziarna słonecznika, obłuszczone, najlepiej bio (robiłam z paczki 250 g, o ile mnie pamięć nie myli)
sól, najlepiej morska czy himalajska - do smaku, ze dwie szczypty
opcjonalnie: odrobina oleju

Ziarna lekko podprażyć na suchej patelni, przesypać do blendera, dodać sól i zblendować na gładką masę, ewentualnie dodając tylko tyle oleju, by masło miało odpowiednią konsystencję (jeśli będzie zbyt suche). Przełożyć do słoiczka i przechowywać w lodówce. Zużyć w ciągu kilku dni.

poniedziałek, 30 listopada 2015

tarta ze szpinakiem i fetą dla NieAlergika


Bardzo, ale to bardzo lubię tarty wszelakie. Najbardziej to chyba poczciwego quiche lorraine, choć tarta z brokułami, pominąwszy specyficzny aromat brokuła, też jest niczego sobie, podobnie jak andźkowa tarta z kurkami. Bo są dobre i na zimno, i na ciepło, i fajnie łączą chrupiące z kremowym, i można je zabrać do roboty jako lunch, i zamrozić na "w razie czego". Słodkie tarty też lubię, owszem, ale wytrawne jakoś tak bardziej. Tym razem na kruchy spód wrzuciłam szpinak z fetą, całkiem całkiem wyszło, nie powiem...
Przygotujmy:

na ciasto:
200 g mąki
100 g masła
szczypta soli
lodowata woda
na farsz:
350-400 g świeżego szpinaku*
opakowanie fety (200 g)
2 ząbki czosnku
jajko
1/2 szklanki śmietanki 30%
garść startego żółtego sera
pełną łyżkę masła
szczyptę startej gałki muszkatołowej
sól i pieprz do smaku

Szpinak umyć, posiekać i udusić na maśle. Gdy przestygnie, dodać drobno pokrojoną fetę, przeciśnięty przez praskę czosnek i doprawić do smaku gałką, solą i pieprzem (uważać na sól, bo feta jest słonym serem). Odstawić. Składniki ciasta wyrobić, dodając tyle wody, by ciasto było elastyczne. Wylepić nim formę do tarty lub tortownicę (spód i 2 cm boki; średnica formy ok. 22-24 cm), ponakłuwać i podpiec w 175 stopniach (termoobieg) przez 15 minut). Jajko wymieszać ze śmietaną oraz masą szpinakową, powstałą masę wyłożyć na podpieczone ciasto, posypać startym żółtym serem, wstawić z powrotem do piekarnika i zapiekać ok. 30-35 minut.

*można też użyć odpowiedniej ilości mrożonego

sobota, 28 listopada 2015

w co pakować lunch, kanapki


Być może temat nie wydaje się wart uwagi, ale wierzcie mi - jest wart pochylenia się. Rozglądam się i widzę, że wszyscy pakują w folię aluminiową lub plastikowe torebki czy pojemniki. A przecież dobrze wiemy, że plastik wcale nie jest fantastik. Ponoć też alufolia potrafi podtruć, bo aluminium z niej przechodzi do żywności i potem chodzimy świecąc niczym łuna radioaktywna. Ale w coś trzeba jedzenie do przedszkola lub szkoły naszemu małemu alergikowi pakować… Teoretycznie najlepiej byłoby w szkło, ale że to materiał ciężki i niebezpieczny w razie swej dezintegracji, trzeba sobie radzić inaczej.
Jak byłam mała, to mamusia owijała mi kanapki czym tam miała. Czyli zwykłym papierem śniadaniowym. Nie raz i nie dwa skutkowało to upaćkaniem zeszytów, bo wiadomo, że sam papier wielce wygodny nie jest. Jednak zaufanie do papieru śniadaniowego mam, więc zanim wpakuję kanapkę do plastikowego lunchboxa, owijam ją w pergamin. Zwykły, najlepiej niebielony. Żadnej alufolii, żadnych woreczków śniadaniowych. Będzie nie tylko zdrowiej dla alergika, ale też dla Matki Ziemi. Najchętniej wszystko bym włożyła do papierowej torby, ale mając na uwadze jako taką integralność posiłku, muszę pozostać przy plastikowym pudle. Rozglądam się też za lunchboxem PBA-free, ale póki co zwykłe pudło plus warstwa papieru mi wystarczy. Gorzej z posiłkami typu lunch, zwłaszcza ciepłymi. Tu już termosik czy specjalny pojemnik obiadowy musi być bez PBA, bo ponoć ta szkodliwa ingrediencja plastiku szczególnie chętnie przechodzi do potraw ciepłych i mających w składzie tłuszcz.
Z drugiej strony nie należy popadać w amok. Moja mama, ta sama, która mi ekologicznie owijała kanapki pergaminem, sama jadła czasem drugie śniadanie z gazety, bo czasy były wielce wówczas niedoborowe. I żyje, i ma się zdrowo, znaczy się, nie ma co przeginać. Pamiętam też sensacyjne doniesienia o tym, że ołów ze szkła w termosach dyfuzował w zupkę i truł. Ile w tym prawdy, to sprawdzać mi się nie chce, ale ziarno niepokoju zostało zasiane.
A Wy w co pakujecie jedzenie swoim dzieciom? Co polecacie?

środa, 25 listopada 2015

sagoo kokosowe


Dziś na Smakołykach gościmy Dżordżę, autorkę arcyciekawego bloga Zimno i Pada. Z Mają znamy się od dawna, ma alergicznych chłopaków, a teraz, wzbudzając we mnie nieznane nawet mnie samej pokłady zazdrości wzięła i wyjechała sobie pomieszkać na Mauritiusie.
I właśnie z tego rajskiego miejsca przymajlował pełny przepis na bezglutenowe i bezmleczne kokosowe sagoo. Wraz ze zdjęciem! Pyszne, gorąco polecam, podobnie jak dżordżowego bloga - laska fajnie pisze!
Trzeba mieć (na 4 porcje):

ok. 1/2 kubka sagoo (czyli kulek tapiokowych, jak mniemam)
mleko kokosowe
2 łyżki cukru
nieco wiórków kokosowych
mus owocowy (najlepiej ze świeżego mango)
wodę

Kulki namoczyć w wodzie, a następnie gotować ok. 10 minut często mieszając, aż staną się przejrzyste i będą przypominać kawiorowy kisiel. Dodać nieco mleka kokosowego oraz wiórki i cukier, wymieszać. Masę przełożyć do miseczek i dać na wierzch (uwaga, teraz będzie cytat):
• w wersji bounty  - gorzką czekoladę. 
• w wersji owocowej, mus np. z mango (u nas wiosna i właśnie mango dojrzewają), ale można pewnie wszelkie możliwe kombinacje, co kto lubi i może.
Uścisk
Maja




niedziela, 22 listopada 2015

aromatyczne karczochy z patelni


Uwielbiam karczochy, choć w naszym pięknym kraju miłośnik tych kwiatków łatwo nie ma, bo i karczochów tu raczej nie ma. A jak są, to potwornie drogie. O świeżych mówię. Obróbka tych świeżych też nie należy do bułek z masłem, w związku z czym aż podskoczyłam z radości na widok mrożonych karczochowych serduszek, na które to natknęłam się w pewnym aspirującym dyskoncie. Na ten tychmiast nabyłam i przyrządziłam potrawkę z kiełbaską, którą można podać zarówno z makaronem, jak i chlebem, a nawet jako dodatek do obiadu - wtedy kiełbaski można poniechać lub dać minimum, tak tylko dla smaczku. Jeśli pokusicie się o przygotowanie jakże rzadko powodujących reakcję alergiczną, należących do tej samej rodziny co słonecznik świeżych karczochów, to pamiętajcie, by cytrynę wymienić na naturalny ocet, np. jabłkowy. Z podgotowanymi postępujcie następnie tak, jak ja tu z mrożonymi. Ta potrawka jest też bardzo pyszna z dodatkiem papryki czy pieczarek, ale to już musicie sami sobie wypróbować.
Trzeba mieć:

ok. 300 g serc karczochów
2-3 nieobrane ząbki czosnku
2-3 łyżki oliwy
wędlina (kiełbasa, boczek, wędzona szynka etc.) - odrobina, ok. 50 g
sól, pieprz, chili i tymianek (i/lub oregano) do smaku
naturalny ocet, biały - jeden "prysk" z butelki z atomizerem, czyli pewnie ok.1/2 łyżeczki

Rozgrzać oliwę, wrzucić czosnek i pokrojoną w kostkę lub półplasterki kiełbasę. Gdy wędlina lekko się zrumieni dodać serca karczochów i smażyć razem na niezbyt dużym ogniu przez kilka minut. Doprawić, spryskać octem, wymieszać i podawać.

Menu dla diabetyka

piątek, 20 listopada 2015

pasztet z dzika z żurawiną dla NieAlergika


Oto pyszny pasztet babci Huberta, z dodatkiem dziczyzny i suszonej żurawiny. Oraz magicznym gestem kulinarnym dotyczącym jajek. No cóż, babcia Huberta robi go na oko, to ja też tak musiałam. Starała się podać mi jakieś proporcje, ale nie miałam sumienia jej ostro gnębić, bo ona go naprawdę robi na przyczynę śmierci chłopa w szpitalu i nie umie dokładnie powiedzieć ile czego. To zrobiłam tak cirka/ebałt, wyszedł mi ciutasek zbyt zwarty, bo różnica między warszawską kajzerką, a opolską bułką jest jednak znacząca, powinnam podwoić ilość kajzerek. No cóż... mojemu pasztetowi do babciohubertowego troszkę daleko, ale pocieszam się, że trening czyni mistrza. Poza tym nie omieszkam wykorzystać każdego spotkania z autorką przepisu na zgłębianie tajemnic przysmaku.
Należy posiadać:

1 kg dziczyzny (dałam dzika)
1 kg mięsa wieprzowego, tłustego (np. po połowie karkówki i podgardla)
ok. 300 g wołowiny
ok. 250 g wątróbki
3 jajka
3 duże bułki (np. małgorzatki aka cipki)
porcję włoszczyzny (bez kapusty)
cebulę
po płaskiej łyżeczce pieprzu i nasion kolendry
2 liście laurowe, 3 ziela angielskie
2 jagody jałowca
goździk
sól do smaku
sporą szczyptę gałki muszkatołowej
100 g masła
pełną garść suszonej żurawiny

Mięsa podsmażyć na maśle razem z cebulą, podlać niedużą ilością wody i dodać wszystkie przyprawy prócz soli i gałki. Przykryć i dusić. Gdy mięsa zmiękną, dorzucić wątróbkę oraz oczyszczoną włoszczyznę i dusić jeszcze ok. 20 minut. Wystudzić. Wywar odcedzić i zachować, całą zawartość garnka zmielić 2-3 razy - wszystko razem: warzywa, mięso, przyprawy. Bułki namoczyć w wywarze, lekko odcisnąć i dodać do masy, wyrobić. Jajka ubić na puszystą masę, wymieszać z masą mięsna i wyrobić dłońmi. Dosolić pasztet oraz dodać gałkę - do smaku. Gdyby masa była zbyt zwarta, dodać wywaru z duszenia mięs. Na koniec wmieszać żurawinę. Keksówkę natłuścić i posypać tartą bułką. Przełożyć do niej masę, wyrównać, wstawić do piekarnika nagrzanego do 160-170 stopni (termoobieg) i piec ok. 40 minut. Odstawić do całkowitego wystudzenia, następnie wyjąć, owinąć alufolią i trzymać w lodówce przez ok. 2 godziny przed krojeniem, żeby dobrze stężał.

środa, 18 listopada 2015

[przed]szkolne śniadania część 7


Chłodniej się robi, świeżych owocków zaczyna brakować, ale jakoś próbujemy dawać radę. Śniadań jak zwykle nie opisuję, bo to kanapka lub deserek wegański typu jogurtowego z granolą, poszukajcie inspiracji zaglądając do śniadań/kolacji.

Poniedziałek
obiad: naleśniki z grillowanymi warzywami (cukinią i papryką)
podwieczorek: jabłko i kawałek babki łaciatej

Wtorek
obiad: risotto (ryż pełnoziarnisty z kurczakiem i groszkiem)
podwieczorek: szaszłyki z suszonych owoców

Środa
obiad: śmietniczek z pęczakiem
podwieczorek: deserek-mus owocowy i otrębusek (kupne, niestety)

Czwartek
obiad: schab w morelach z brokułem
podwieczorek: gruszka

Piątek
obiad: fiszburger (w bułce pełnoziarnistej, z jarmużem)
podwieczorek: budyń karobowy

Proszę, podrzucajcie swoje pomysły w komentarzach!

niedziela, 15 listopada 2015

masło dyniowe


Masło dyniowe to nie jest przysmak z naszego kulinarnego kręgu kulturowego, ale warto go sobie zaanektować, bo to smarowidełko nie tylko smaczne, ale też zdrowe, łatwe do zrobienia i wielozadaniowe. Bo takowym masłem można nie tylko smarować tosty. Może być farszem do naleśników lub tart czy tartaletek, może być składnikiem ciasta, nadzieniem kruchych pierożków i tak dalej. No i dynia rzadko uczula. Gorzej z przyprawami, dlatego użyjcie tych, które są bezpieczne albo żadnych - masło dyniowe nawet bez przypraw jest smaczne.
Weźmy:

litr puree z pieczonej dyni
1/2 szklanki cukru trzcinowego
2 łyżki kwaśnego soku*
łyżeczkę cynamonu
po szczypcie soli, gałki muszkatołowej i ziarenek wanilii

Wymieszać wszystkie składniki w płaskim szerokim rondlu lub na patelni i smażyć na niezbyt dużym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż masa się zredukuje i mocno zgęstnieje. Gdy masa zacznie gęstnieć, mieszać częściej, by się nie przypaliła. Przełożyć do wyprażonych słoiczków, zakręcić i odstawić. Gdy wystygnie przechowywać w lodówce i zużyć w ciągu tygodnia.

*nie jest to konieczne, ale dobrze wpływa na smak

Bezglutenowe śniadanie dla dziecka

piątek, 13 listopada 2015

czekoladowe ciasto z gruszkami dla NieAlergika


Czasem człowiek kupi gruszki, a potem stwierdzi, że owoce coś twarde takie i może by z nich ciasto upiec... No i piecze. A potem je, bo dobre. I dupa rośnie. No trudno, widocznie taki los blogera. Ale jak tak dalej pójdzie to porzucę Smakołyki i założę bloga typu fit. Dobry pomysł?
PS. Alergicy znajdą przepis na ciasto karobowe z gruszkami w mojej książce.
Trzeba mieć (na większą keksówkę):

4 gruszki
3/4 litra wody
250 g cukru
goździk
kawałek kory cynamonu
1/4 laski wanilii
na ciasto:
350 g mąki
+/-250 ml mleka
200 g cukru 
100 ml roztopionego masła
2 jajka
3-4 pełne łyżki kakao
2 łyżeczki proszku do pieczenia
½ łyżeczki sody
miąższ z 1/2 laski wanilii
sporą szczyptę kardamonu

W rondelku zagotować wodę z cukrem i przyprawami, włożyć obrane całe gruszki i powoli gotować pod przykryciem ok. 15 minut. Wyjąć gruszki i odłożyć. W misce wymieszać suche składniki, dodać mokre i zmiksować na gładką masę, w razie potrzeby dodając nieco mleka, by uzyskać lekko płynną konsystencję. Masę wylać do natłuszczonej i wysypanej tartą bułką keksówki i powtykać w nią gruszki. Ciasto wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni (termoobieg) i piec do suchego patyczka, ok. 35 minut. 

wtorek, 10 listopada 2015

schabowe panierowane bez jajka


Dawno dawno temu, na obiedzie u babci podano schabowe. Oczywiście NieAlergikom, dla mojego syna był schab w morelach czy tam ze śliwką, mniejsza z tym. Trzeba wam wiedzieć, że schabowe babci, czyli mojej mamy to najlepsze schabowe na świecie, rozkosznie chrupiące i aromatyzowane kminkiem oraz majerankiem, poezja smaku. Jemy sobie, niom niom, nie ma to jak mamusiny obiad, gdy nagle widzę, że syn mój wpatruje się w nasze kotlety (konkretnie w giganta na talerzu taty) takim wzrokiem, jaki zazwyczaj mają ludzkie samce patrząc na nagie panie. No cóż, to wiele mówiące spojrzenie zostało do dziś, z tym, że teraz kierowane jest w dobrą stronę, znaczy się na ładne koleżanki. Trochę w tym mojej zasługi, jako że natychmiast po tamtym pamiętnym babcinym obiedzie, poczyniłam rozkminę dotyczącą schabowego w panierce bez jajka. Dlatego nie ma zdjęcia - to przepis z archiwalnego kukbuka. Sposób jest nieprzyzwoicie prosty, w związku z tym może i nie ultraskuteczny, ale za to bez fujowatych udziwnień. Pycha. Idealny, bo jakże jednak polski, na świętowanie odzyskania niepodległości.
Weźcie:

schab środkowy - ilość plastrów w zależności od żądanej porcji
masło klarowane lub kokosowe
na panierkę do wyboru: pokruszone płatki kukurydziane bio lub bułka tarta
sól, pieprz, mielony kminek i majeranek - do smaku
olej lub inny tłuszcz do smażenia

Kotlety rozbić cienko, posolić, popieprzyć, ewetualnie pomajerankować oraz pokminkować i odstawić na 10-15 minut, by mięso nabrało aromatu. Następnie posmarować roztopionym tłuszczem i wycisnąć w panierce z pokruszonych płatków kukurydzianych lub bułce tartej, Smażyć z obu stron jak tradycyjne schabowe. Po usmażeniu układać na papierze kuchennym, by odsączyć nadmiar tłuszczu.

niedziela, 8 listopada 2015

dieta przeciwgrzybicza w alergii


Dieta wymierzona w grzyby to jest to! Zwłaszcza u alergików, u których flora jelitowa jest chyba w każdym przypadku zaburzona. Można, oczywiście, zaaplikować latorośli jakąś farmację, tylko nie wiem, czy warto, skoro dietą i probiotykami można zdziałać cuda. U nas się to sprawdziło i bez żadnych leków pozbyliśmy się przerostu candidy. Trochę to trwało, ale się udało.
Sieć pełna jest propozycji diet antygrzybiczych, tylko że nie zawsze można je tak po prostu zaaplikować naszym małym alergikom. No bo cóż małemu alergikowi po dozwolonych w takiej diecie cytrusach? Albo jajach?
Jak żem 10 lat temu zobaczyła wynik badania (zrobiony w oddziale sanepidu) to żem z lekka zemdlała. Truchtem podymałam do naszej rejonowej pediatry z pożółkłym (nie wiem, czemu był taki vintage, bo data była ok), sanepidowskim świstkiem w zębach i żądaniem ratunku. Dostałam zalecenie wielomiesięcznego podawania probiotyków i... tyle. I dobrze. Bo o jakiej diecie mogła być mowa, skoro młody jadł wówczas z pięć produktów na krzyż? Jednakowoż poczęłam grzebać tu i ówdzie, i z tej grzebaniny wyszło mi, że należy dodatkowo być na diecie, na której to trzeba unikać produktów, których nawet nie mogliśmy jeść. Supcio zatem. Z tym, że okazało się, że odpada nam jedyny wówczas dozwolony "cukierek", znaczy się kostka cukru. I nie wolno smażyć. I że trzeba jeść jak najbardziej naturalnie, a to oznacza, że jeśli jabłko surowe uczula, a ugotowane nie, to tym ugotowanym nie bardzo można się żywić. W skrócie: razem z candidą zagłodziłabym też własne dziecko. Na to nie mogłam sobie pozwolić, co nie? Uzgodniłam więc sama ze sobą własne zasady diety przeciwgrzybiczej. Zadziałało, więc podaję dalej:
1. Karmienie piersią - jak najdłużej, na żądanie.
2. Probiotyki - nie tylko lactobacillusy, ale też wyjątkowo hejtujące w stronę candidy saccharomyces boulardii. Jeden rano, drugi wieczorem. Długo, przez wiele miesięcy, robiąc co miesiąc tygodniową przerwę i dostosowując dawkę do wieku małego candidowca.
3. Zero cukru! Zero czegokolwiek słodkiego! Nawet suszonych owoców.
4. Połączenie diety antycandidowej z antyalergiczną. To nie jest łatwe, gdy okazuje się, że z pięciu dozwolonych w diecie produktów trzy są zakazane przy leczeniu przerostu candidy. Olejcie dietę antycandidową w takim przypadku. Ale wprowadzając nowe produkty starajcie się, by były to warzywa, bo grzyb ich generalnie nie lubi, kwaśne owoce, amarantus, pieczywo na zakwasie etc. Jemy to, co możemy, jemy zdrowo w miarę możliwości. Nie smażymy, gotujemy na parze, pieczemy. I nie szalejemy. Niektóre diety przeciwgrzybicze zabraniają spożywania kiszonek. Na mój chłopski rozum to kompletna bzdura, przecież kiszonki to probiotyki.
5. Trzeba dużo pić. Najlepiej źródlanej wody. Naprawdę dużo, żeby organizm się oczyszczał.
6. Ruszamy się - to też wspomaga oczyszczanie organizmu.
7. Siódme - nie kradnij. Pochowajmy wszystkie słodycze, żeby nasz maluch ich nie mógł niepostrzeżenie chapnąć. To bardzo ważne.
8. Trzymamy dietę przez 2 miesiące i powtarzamy badanie. W sanepidzie, albo specjalnym labo, w którym kał bada się pod mikroskopem, nie idziemy się "badać" z kropli krwi. Jeśli jest ok, powoli wprowadzamy zakazane rzeczy, ale jeszcze przez kilka tygodni nie rezygnujemy z probiotyków. Jeśli nie jest ok - zostajemy na diecie przez następne 2 miesiące, znów powtarzamy badanie i tak dalej...
9. Dorzućmy coś, co wspomaga odporność, może tran? Może zioła? Jeremi dostawał kroplę leciutkiego naparu z neurotoksycznego piołunu na przykład. Nie wyglądał na nawalonego, ale takich sztuczek bez konsultacji z dobrym zielarzem nie polecam.
10. Dziesiąte przykazanie brzmi prosto, ale w praktyce jest trudne - unikajcie powikłań po infekcjach wirusowych. Takie powikłanie często kończy się antybiotykiem, a taki antybiotyk może zniweczyć wasze wielomiesięczne wyrzeczenia (mam na myśli cuksy, rzecz jasna). Zatem starannie oczyszczamy nosy, by się nam nie wdało zapalenie ucha albo oskrzeli. W odpowiedniej porze roku wzmacniamy odporność młodzieży ruchem na nasłonecznionym świeżaku.
Walka z candidą jest długa, ale wychodzi na zdrowie, więc nie poddawajcie się. Powodzenia!

piątek, 6 listopada 2015

batoniki musli z żurawiną dla NieAlergika


To sławne batoniki śniadaniowe Nigelli, jednakowoż półkoszerne, bo w moim wydaniu, czyli z mlekiem skondensowanym (bo dzieciaki już odrobinę mogą), ale bez orzechów (bo nie mogą, to znaczy Jeremi może, ale tylko fistaszki, a Niny jeszcze się boję prowokować). Takie batoniki są niezwykle wdzięczne, jako że stanowić mogą bazę dla własnych smaczków i dodatków. I uczą matmy. Ponieważ oryginalny przepis podaje jakąś idiotyczną gramaturę mleka, chłopcy musieli przysiąść i wyliczyć mi proporcje na naszą rodzimą gramaturę oraz podmienione produkty. Dobrze wyliczyli, bo batony wyszły świetne. Tak świetne, że nie bardzo miałam co fotografować, choć wyszła ich spora blacha...
PS. Alergicy znajdą batoniki dla siebie w zakładce "batoniki, cukierki...".
Należy mieć:

puszkę skondensowanego mleka słodzonego
330 g płatków owsianych*
160 g pestek słonecznika
130 g suszonej żurawiny
100 g rodzynków
50 g gorzkiej czekolady
50 g niełuskanego sezamu
30 g kandyzowanej skórki pomarańczowej

Wszystkie suche składniki wymieszać w misce. Mleko lekko podgrzać, dodać do suchych składników i dokładnie wymieszać. Blachę (ok. 25x30 cm) wyłożyć papierem do pieczenia, na papierze rozłożyć masę i wyrównać, ale nie ubijać. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 125 stopni (termoobieg) i piec godzinę. Odstawić, by całkowicie  wystygło, a następnie kroić na nieduże batoniki.

*dorzuciłam jeszcze ze 3 łyżki, ale to chyba nie było konieczne

środa, 4 listopada 2015

gulasz z daniela


Było deszczowe, niedzielne popołudnie. Ciemno i ponuro. Nagle dzwoni Wujek Myśliwy i mówi, że za godzinę wbije mi na chatę z danielem. Nie z Danielem, tylko z danielem. Jak powiedział, tak zrobił, w związku z czym mieliśmy niepowtarzalną okazję obejrzeć, jak wujek tego młodego, uroczego jelonka wiesza za nóżki, oskórowuje, dzieli na rzeźnickie porcje... Sprawnie, fachowo i bez emocji. Na koniec Krwawy Wuj przyniósł mi do kuchni jakieś okrawki, mówiąc: "najlepsze na gulasz, szkoda mrozić". Tylko dzięki wujkowej poker face miałam odwagę potem z tego mięska gulasz zrobić. Warto było. Gulasz jest wyborny, aromatyczny, a mięso delikatne. Nigdy nie zrozumiem, co to znaczy mieć serce myśliwego. Ale delektować się dziczyzną - to ja rozumiem!
Należy mieć:

mięso z daniela - ok. 3/4 kg
2 łyżki masła klarowanego
łyżeczkę musztardy
łyżeczkę przecieru pomidorowego
niedużą cebulę
ok. 100 g dobrej wędzonki (kiełbaska, boczek etc.)
ząbek czosnku
2 spore szczypty kolendry
ziele angielskie i liść laurowy
ziarno jałowca
sporą szczyptę tymianku
sól i pieprz do smaku
opcjonalnie: 100 ml śmietanki (roślinnej lub 30% dla NieAlergików)

Mięso pokroić w kostkę, cebulę posiekać i razem podsmażyć na maśle. Dodać musztardę, przecier oraz wszystkie przyprawy prócz soli i pieprzu i przesmażać jeszcze chwilę. Podlać wodą* tak, by mięso było przykryte, posolić i popieprzyć. Dusić godzinę (lub dłużej, do miękkości) na wolnym ogniu, tuż przed podaniem zagotować ze śmietanką.

*ja zalewam wodą patelnię, na której smażyło się mięso, a potem tą wodą podlewam potrawę

poniedziałek, 2 listopada 2015

cynamonowe bułeczki z rodzynkami


Matka Smakołyk lekko nie ma. Może gdyby doba trwała z pięćdziesiąt godzin, byłoby jej lżej. Ale nie trwa i tak to zdarza się, że dziecko jedno z drugim odkrywa, że matka nie zrobiła wałówki do szkoły/przedszkola. Zapomniała, cholera jedna. Wtedy można się sposiłkować jakimś owocem, własnoręcznie umajoną kanapką oraz zajrzeć ratunkowo do zamrażarki i znaleźć tam, na przykład, proste i smaczne bułeczki śniadaniowe ad hoc do lunchboxa. Taka buła zamiast zdrowej, wypełnionej domowym pieczystym, warzywami i kiełkami kanapeczki zawsze jest, niestety, mile widziana. No trudno.
Należy mieć:

na ciasto:
500 g mąki (najlepiej jasnej orkiszowej)
150 g cukru
łyżkę cukru z pieczoną wanilią
ok. 1,5 szklanki wody lub mleka roślinnego
25 g świeżych drożdży
80 ml klarowanego masła lub bezmlecznej margaryny
szczyptę soli

na nadzienie:
5-6 łyżek ghee lub bezmlecznej margaryny
cukier brązowy
cynamon
rodzynki (lub inne suszone owoce, pokrojone)*

Z pół szklanki letniej wody, rozkruszonych drożdży, łyżeczki cukru i łyżeczki mąki zrobić rozczyn, a gdy "ruszy", dodać go do reszty mąki wymieszanej z solą, obydwoma rodzajami cukru i mlekiem (lub wodą). Dobrze wyrobić mikserem z hakami do ciasta, dolewając ewentualnie tyle mleka lub wody, by ciasto miało elastyczną, dość zwartą konsystencję. Dodać rozpuszczone masło i dalej wyrabiać. Gdy ciasto będzie gładkie, odstawić je w ciepłe miejsce, by podwoiło objętość. Wyrośnięte ciasto przełożyć na wysypany mąką blat i rozwałkować prostokąt o grubości +/- 1 cm. Posmarować je roztopionym tłuszczem, posypać cienką warstwą cukru oraz cynamonem (do smaku). Rozłożyć bakalie i zwinąć roladę wzdłuż dłuższego boku. Następnie roladę pokroić na plastry o grubości ok. 2-3 cm i poukładać je "bokiem" na natłuszczonej blasze. Odstawić do wyrośnięcia, a następnie piec ok. 25 minut w piekarniku nagrzanym do 150 stopni (termoobieg).  

*bułeczki wspaniale smakują z dodatkiem kandyzowanej skórki pomarańczowej - jeśli taka skórka was nie uczula, dodajcie koniecznie nieco posiekanej skórki do nadzienia

Kuchnia skandynawska 2015

sobota, 31 października 2015

halloweenowe gruszki-duszki


Strasznie zdrowo, że tak halloweenowo zagaję. I szybko i łatwo, a efekt fajny. Pomysł nie mój, ale nie pamiętam, gdzie go widziałam, więc autor wybaczy. Gruszki-duszki co prawda nie przebiją cmentarnego ciasta czy armii duchów spektakularnością efektu, ale też są fajne. Powinny mieć buźki, ale jak raz czarny sezam wyszedł... Przy okazji zapraszam do zakładki Halloween, w której znajdziecie kilka pomysłów na potworrrrrne party.
Bierzemy:

gruszki o "duszkowatym" kształcie (4-5 sztuk)
na syrop:
litr wody
250 g cukru
dozwolone przyprawy korzenne (wanilię, laskę cynamonu, kardamon, ziarno ziela angielskiego etc.)
do polania: syrop czerwony (z granatów, malin itp.), albo melasa lub syrop klonowy
do dekoracji: rodzynki i czarny sezam (lub ziarna czarnuszki)

Wodę z cukrem i przyprawami wymieszać i gotować, aż do uzyskania lekkiego syropu. Włożyć obrane gruszki (muszą być całe przykryte syropem podczas gotowania), doprowadzić do wrzenia i gotować na małym ogniu ok. 15 minut. Wyjąć, przestudzić, obciąć spody, by gruszki stabilnie stały. Zrobić duszkom oczy z rodzynków oraz straszne miny z sezamu (niestety w tym przypadku dekoracje z polewy karobowej się nie sprawdzają, ponieważ polewa nie trzyma się powierzchni gruszek). Przed podaniem polać sokami lub syropami.

czwartek, 29 października 2015

mleko owsiane waniliowe


U nas waniliowe, bo mlek roślinnych używamy już tylko śniadaniowo, ale wanilię możecie pominąć. Zdecydowanie najłatwiejsze w robocie ze wszystkich wegańskich napojów mających imitować krowi dar. Raczej neutralne w smaku, delikatne, całkiem sympatyczne. Tak sympatyczne, że z pewnością wyprze mleko ryżowe.
Trzeba mieć:

szklankę płatków owsianych
4 szklanki wody
1/2 laski wanilii
melasę do smaku

Szklankę wody zagotować z wanilią i odstawić. Gdy woda będzie letnia, wyjąć laskę wanilii i zalać płatki. Odstawić na noc, dolać resztę wody (woda ma być zimna) i dobrze zblenderować. Jeśli płyn będzie za gęsty, dolewać wody do osiągnięcia pożądanej konsystencji. Sitko wyłożyć bawełnianą ściereczką i przecedzić napój. Ewentualnie dosłodzić do smaku. Przelać do butelki i wstawić do lodówki. Zużyć w ciągu 2-3 dni, zawsze przed użyciem wstrząsnąć.

poniedziałek, 26 października 2015

czarne ciasto halloweenowe - jeszcze z PRLu dla NieAlergika


Tatuś mój nie lubi ciemnych ciast. Z wyjątkiem jednego - właśnie tego. Ciasto te, rodem
z PRLu, robiła moja mama chyba jeszcze od czasów panieńskich. Chciałyśmy je zrobić po 30 latach nierobienia, ale mama nie mogła sobie przypomnieć składników. W końcu ją przycisnęliśmy z tatusiem i oto jest. Kakaowiec z bakaliami. Fajny. Nie murzynek! Murzynek nie miał bakalii przecież, i w ogóle był bardziej kryzysowy. To ciasto, gdy je odpowiednio zaaranżować jest straśliwie ciarniste i może straszyć podczas halloweenowych zabaw. Wyglądem, rzecz jasna, nie smakiem.
Musimy mieć:

2 szklanki mąki
2 szklanki cukru
szklankę bakalii (rodzynki, orzechy włoskie i skórka pomarańczowa)
4 pełne łyżki kakao
3 duże jajka
200 g masła
ok. 2/3 szklanki mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki cukru wanilinowego (jak retro, to retro)
szczyptę soli

Białka oddzielić od żółtek i ubić z solą na sztywną pianę. Cukier, mleko, masło i kakao wymieszać w rondelku i zagotować. Odlać 1/2 szklanki, a do reszty płynu, gdy wystygnie, dodać mąkę, żółtka, cukier waniliowy oraz proszek do pieczenia i zmiksować. Dodać ubite białka i wymieszać, a następnie wrzucić bakalie i wymieszać. Keksówkę wysmarować masłem, oprószyć bułką tartą i wylać do niej ciasto. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni (termoobieg) i piec przez ok. godzinę, do tzw. suchego patyczka. Gdy wystygnie, polać lekko podgrzaną polewą.

sobota, 24 października 2015

bezglutenowe, wegańskie pierogi Kruffy z dynią


O Olce M. aka Kruffie wspominałam na blogu już nie raz i nie dwa, bo to osoba ważna w naszym alergicznym życiu. Właściwie gdyby nie ta laska, to nie wiem, co by dzisiaj było. Czasem Siła Wyższa postawi nam na drodze takiego aniołka i zaraz sprawy zaczynają zmieniać kierunek na dobry. W każdym razie Olka M., mimo, że czasy były to dawne, a w sklepach nieszczególnie można się było mając alergika obkupić, umiała tak zakombinować, żeby rzeczony alergik jednak miał co jeść. Na przykład bezglutenowe pierogi z najzwyklejszej mąki kukurydzianej. Z farszem dowolnym i dozwolonym zarazem. Zdjęcia nie ma, bo już nie mam potrzeby robienia takich pierogów. Ich lepienie nie było łatwe, ale jak się nabrało wprawy... No i były smaczne. Zwłaszcza z dynią. A dlaczego akurat z dynią? No cóż, jak się mogło jeść pięć produktów na krzyż, w tym dynię, to jakże mogła nie smakować?
Trzeba mieć:

na ciasto:
mąkę kukurydzianą
ciepłą wodę
na farsz:
kawałek dyni (objętościowo +/- taki jak mąki)
muscovado - do smaku
opcjonalnie: cynamon do smaku

Dynię pokroić w kawałki, które będą nam "pasowały" do pierogów (np. w niedużą kostkę) i poddusić krótko lub podpiec z cukrem i cynamonem, by wciąż była jędrna, ale już nie surowa. Odstawić. Mąkę mieszać stopniowo z ciepłą (ale nie gorącą!) wodą i wyrabiać elastyczne, niezbyt twarde ciasto. Gdy osiągniemy odpowiednią konsystencję, ciasto należy rozwałkowywać, rozciągając jednocześnie - należy to robić łagodnymi ruchami, by nie porwać masy, biorąc na raz niedużą porcję ciasta. Wykrajać szklanką kółka, nakładać farsz i zlepiać pierogi. Wrzucać na osolony wrzątek, przykryć. Gdy wypłyną, odczekać do zawrzenia wody, wyjąć i osączyć.

czwartek, 22 października 2015

gruzińskie szaszłyki dla NieAlergika


Jak żem była w Gruzji, to w restauracji w Mtshecie podano nam, między innymi, szaszłyki z kurczaka. Tak mi one posmakowały, że poszłam do kucharek po przepis. Przepis dostałam, ale potem jak zaczęłam go rozkminiać, to okazało się, że mi rozkmina nie bardzo idzie. To pewnie dlatego, że po gruzińsku umiem słabo, żeby nie powiedzieć wcale, a angielskie dopiski mogły się nie całkiem zgadzać z tym i owym. No ale zrobiłam. Nie wyszło mi tak cudownie, jak w oryginale, ale też całkiem całkiem. Myślę, że szefowe kuchni nie zdradziły mi jakiejś tajemnicy. Ale ja ją kiedyś jakoś odkryję...
Należy mieć:

500 ml piersi z kurczaka
30 ml oliwy
30 ml majonezu
30 ml syropu z granatów
20 ml soku z cytryny
łyżkę ciemnego cukru
łyżeczkę soli
1/2 łyżeczki askamitki

Mięso umyć i pokroić w kostkę. Składniki marynaty wymieszać i powstałym sosem zalać kurczaka. Odstawić na kilka godzin do lodówki, a następnie mięso nabić na patyczki do szaszłyków i zgrillować. 

poniedziałek, 19 października 2015

granola dyniowa


Za czasów mej bardzo wczesnej młodości październik był miesiącem oszczędzania. Przyznać się, kto trzymał hajs w SKO? Bo ja nie trzymałam, niestety... Pewnie dlatego, jak by powiedział towarzysz Gierek, teraz złotówki nie umiem zaoszczędzić. Ale do rzeczy. W czasach halloweenów październik stał się miesiącem dyni, co mnie akuracik znacznie bardziej pasuje, bo dynię, w przeciwieństwie do kutwienia kasy, bardzo lubię. Lubię też zapożyczony zza oceanu halloween, bo po pierwsze trochę oswaja to, co straszne, po drugie uczy dzieci tego, czego towarzyszowi Gierkowi nie udało się wpoić memu pokoleniu, czyli przedsiębiorczości (trick or treat) oraz kojarzy się zawsze ze spotkaniami przy ognisku. Dzieciaki się straszą, a my sączymy grzane wino, smażąc im kiełbaski. A w razie porannej, pogrzańcowej niedyspozycji, uzupełniamy elektrolity zdrową i smaczną dyniową granolą.
Należy posiadać:

paczkę płatków owsianych (400 g)
po 2 łyżki pestek słonecznika, sezamu i nasion lnu
4 kopiaste łyżki puree z pieczonej dyni
ok. 1/4 szklanki syropu klonowego, domowego karmelu lub innego słodzidła w syropie
łyżkę tłuszczu (oleju, masła klarowanego lub innego, np. kokosowego)
po łyżeczce cynamonu i cukru z wanilią
łyżeczkę przyprawy do piernika
sporą szczyptę soli himalajskiej
2/3 szklanki pokrojonych, suszonych owoców

Płatki wymieszać w misce z pestkami i nasionami. Pozostałe składniki wymieszać w rondelku (tłuszcz musi być rozpuszczony), a następnie wmieszać dokładnie w miks płatków z dodatkami. Piekarnik z termoobiegiem rozgrzać do 170 stopni. Mieszankę rozłożyć na wyłożonej papierem do pieczenia blasze i wstawić do piekarnika na 10 minut. Przemieszać i wstawić na kolejne 10-15 minut - granola musi się zrumienić. Ewentualnie dorzucić owoce i gdy wystygnie, przełożyć do szczelnie zamykanego naczynia.

sobota, 17 października 2015

[przed]szkolne śniadania część 6



Kolejny post o terNinatorowych wałówkach przedszkolnych. Mamy lekarski nakaz spożywania większej ilości warzyw, owoców oraz pełnego ziarna, zatem wałówki zrobiły nam się bardziej w ten deseń, co procentuje unormowaniem wypróżnień mimo przyzwyczajania się do dłuższego pozadomowego programu dnia. Śniadań nie opisuję, bo to zazwyczaj kanapka, poszukajcie inspiracji zaglądając do śniadań/kolacji.

Poniedziałek
obiad: pełnoziarnisty makaron orkiszowy z sosem warzywnym
podwieczorek: maliny i ciastko otrębowe*

Wtorek
obiad: potrawka z indyka i warzyw**
podwieczorek: piernik dyniowy i jabłko

Środa
obiad: krem z dyni z krakersami żytnimi
podwieczorek: sałatka owocowa

Czwartek
obiad: gołąbek z cukinią (bez ryżu)
podwieczorek: suszone śliwki i daktyle oraz sok przecierowy (z tzw. "tubki")

Piątek
obiad: chowder
podwieczorek: gruszka i ciastka pełnoziarniste

*kupne, ale mam zamiar wkrótce zrobić wersję home made
**podsmażam indyka, dodaję pokrojone warzywa (różne, ale unikam marchewki, musicie dać takie, które są dozwolone w diecie waszej pociechy; ja daję np.: cukinię, groszek, paprykę kukurydzę itp.), dosmaczam solą himalajską i ziołami i duszę do miękkości

czwartek, 15 października 2015

emolienty Latopic - test, recenzja i KONKURS


Dostaliśmy do przetestowania emolienty Latopic. Bo Latopic to nie tylko probiotyki, ale też cała seria kosmetyków dla atopików. I osób, których skóra jest sucha i skłonna do podrażnień. Produkowana przez polską firmę Biomed i rozsądna cenowo. W skład serii wchodzi emulsja do ciała, krem do twarzy i ciała oraz emulsja do kąpieli. Na opakowaniach napisane jest, że kosmetyki te nawilżają, natłuszczają, regenerują i szybko łagodzą świąd. Mieliśmy stosować je przez miesiąc, a potem dać znać, co o nich sądzimy. No to przetestowaliśmy i oto, co odkryliśmy:
1. Wszystkie obietnice producent spełnił. To się niezbyt często zdarza, a tym razem, proszę bardzo, co za miła niespodzianka!
2. Ja wiem, że trudno w to uwierzyć, ale dosłownie po 2-3 aplikacjach emulsji do ciała zniknęły nam wydrapki pod kolanami! Wydrapki, które właściwie nie znikały nam od wielu lat. Nie wiem, dlaczego, być może dlatego, że Latopic ma fajne działanie przeciwświądowe - nie swędzi to nie drapię, ranki się goją i wydrapki znikają.
3. Myślę, że w zniknięciu przeczosków niemałą rolę odegrały działające antydrobnoustrojowo metabolity dobrych bakterii. Fajna rzecz. Tym mnie Latopic kupił bez targów.
4. Zarówno emulsja, jak i krem u nas się sprawdziły znakomicie. Ogólnie nie jesteśmy fanami emulsji do kąpieli, ale tu nie chodzi konkretnie o testowaną - po prostu nie lubimy się kąpać w takich emulsjach. Co nie zmienia faktu, że po takiej kąpieli skórę dzieciaki mają super.
5. Zapach - właściwie to nie ma zapachu, to znaczy nie ma substancji zapachowych, ale kosmetyki mają delikatny zapach, który nie przeszkadza i jest ledwo wyczuwalny, ale jednak jest. Ciekawe, co to pachnie... może to masło shea?
6. Na koniec o jednym małym minusiku dotyczącym emulsji do ciała i kremu. Nie wchłaniają się błyskawicznie. Co prawda nikt tego nie obiecywał, no ale wiadomo - jak coś jest super, to by się chciało, żeby było super po od a do z. Wchłaniają się dość szybko, ale tak zupełnie jak błyskawica to nie.
7. Ważne, a zapomniałam - Latopic nadaje się już od pierwszego dnia życia dzieciny. W pierwszym dniu jego życia co prawda jeszcze nie wiemy, czy nasz dzidziuś jest alergikiem, ale można stosować.
Czas na ocenę ogólną - daję 10 w dziesięciostopniowej skali. I z czystym sumieniem polecam. Uwielbiliśmy zwłaszcza emulsję do ciała, podkradam dzieciakom, ha!

A teraz czas na konkurs
Jeśli chcecie wygrać zestaw Latopic (taki, jak na zdjęciu, czyli zawierający emulsję do kąpieli, krem do twarzy i ciała oraz emulsję do ciała), to koniecznie weźcie udział w konkursie. Nagrodę funduje Biomed, organizacją konkursu, wyborem zwycięzcy i wysyłką nagrody zajmuję się ja, czyli matka Smakołyk. Zapraszam!


Zadanie konkursowe:
W komentarzach pod tym postem lub na adres: smakolykialergika@wp.pl napisz odpowiedź na pytanie:


Jak powinien działać twój wymarzony kosmetyk dla małego atopika?


Na odpowiedzi czekam od dziś, czyli od 15.10.2015 do 21.10.2015 do północy. Zwycięzcę wybiorę najpóźniej do 23.10.2015. Rozwiązanie konkursu na facebooku. Wysyłka nagrody tylko na adres na terenie Polski.

wtorek, 13 października 2015

ciasto owsiane z orzechami i czekoladą dla NieAlergika


Zmodyfikowany nieco przepis z dyskontowego folderka. No cóż... Powiem tak: jeśli lubicie zdrowe lub mało słodkie ciasta, to polubicie. Ja nie lubię. To gniotek w stylu wegańskim, choć ma jaja i mleko. W sumie nawet nie jest zły, ale w nie moim guście i tyle. Wolę, na ten przykład, makaroniki. Albo czekogniotka. Grzeszenie na pół gwizdka to nie moja bajka. To dlaczego go upiekłam? Bo mama kazała. Na szczęście też się na nim przejechała, więc może nie będzie się więcej upierać, jak z góry mówię, że wyboru należy jeszcze raz dokonać, nieco rozważniej...
Trzeba mieć:

400 ml mleka
250 g płatków owsianych
240 g cukru trzcinowego
150 g posiekanych orzechów włoskich
120 g masła
80 g mąki
3 jajka
po płaskiej łyżeczce sody i proszku do pieczenia
100 g gorzkiej czekolady

Mleko zagotować, zalać nim płatki i odstawić na 10 minut. Następnie dodać masło oraz 120 g cukru i odstawić masę, by wystygła. Jajka zmiksować z resztą cukru na puszysty sos i stopniowo dodawać masę owsianą, dobrze wymieszać, dorzucić posiekaną czekoladę, mąkę, sodę, proszek oraz 100 g orzechów i dokładnie wymieszać. Tortownicę wysmarować masłem i oprószyć bułką tartą. Przełożyć do niej ciasto i posypać resztą orzechów. Wstawić na piekarnika nagrzanego do 160-165 stopni (termoobieg) i piec ok. 50 minut, do suchego patyczka.

sobota, 10 października 2015

pieczone frytki z batatów


Bataty są dobre i zdrowe - przynajmniej tak się o nich mówi. Do tej pory robiłam z nich tylko zupę-krem. Smaczną, więc postanowiłam się kolorową bulwą bliżej zainteresować. Zrobiłam więc pieczone bataty, jako dodatek obiadowy. Dzieciom smakowały, bo słodkie, ale wśród dorosłej części biesiadników fanów nie zdobyły. Następnym razem zrobię z nich ciasto. Mam nawet przepis, dostałam od Magdy B., muszę go w końcu wypróbować.
Trzeba mieć:

batata (lub dwa)
kilka łyżek oliwy (2-3 na jedną bulwę)
kilka ząbków czosnku (3-4 na jedną bulwę)
sól, pieprz i tymianek - do smaku

Bataty umyć i obrać. Pokroić w grube słupki, przełożyć do miski. Dodać oliwę oraz zioła i dobrze wymieszać. Ząbki czosnku (nieobrane) lekko zmiażdżyć. Formę wyłożyć papierem do pieczenia i równomiernie rozłożyć na niej bataty (można też je rozłożyć w ceramicznym naczyniu do zapiekania). Wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni (termoobieg) i piec frytki ok. 25 minut, aż będą miękkie.

Wegetariański obiad V

czwartek, 8 października 2015

figi karmelizowane


Niestety, nadal nie polubiliśmy świeżych fig. Polubiliśmy natomiast, i to bardzo, figi karmelizowane. Robi się je na oko, a są bardzo wdzięcznym zamiennikiem cukierków i fajnym dodatkiem - można nimi dekorować ciasta, można taki słodki plasterek włożyć między dwa ciasteczka i mieć owocową markizę, można z ich użyciem maić tartaletki i tym podobne. Ja, jako NieAlergik, bardzo lubię sobie położyć taką figę na pumperniklu posmarowanym kremowym serkiem. A swoją drogą, jestem bardzo ciekawa, czemu uwielbiane przez miliony wykwintnych podniebień świeże figi naszym wsiórskim podniebieniom jadą trawą...
Wziąć należy:

cukier
świeże figi

Figi umyć i pokroić wzdłuż na plastry o grubości ok. 1/2 cm. Na patelni rozsypać równą, niezbyt grubą warstwę cukru. Gdy cukier się rozpuści, ale jeszcze nie zacznie ciemnieć, poukładać na patelni, jeden przy drugim, plasterki fig. Zmniejszyć ogień i karmelizować owoce ok. 10 minut. Odstawić i następnego dnia znów karmelizować kilka minut. Karmelizowanie należy ponawiać do momentu, gdy figi będą szkliste i staną się zwarte. Wówczas przełożyć do słoiczka i przechowywać dobrze zamknięte w lodówce.

wtorek, 6 października 2015

potpourri dla alergika


Alergik to ma ciężkie życie. Ubrania musi prać w specjalnych proszkach, zazwyczaj bezzapachowych, o płynie do płukania raczej może zapomnieć, nie wspominając o wszelakich „zapaszkach” do szafy. W dodatku ubrania prane w mydle czy płynie dla alergików w najlepszym razie nie mają zapachu. Ale za to jak w szafie poleżą, to jednak nabierają jakiejś takiej niezbyt sympatycznej woni. Oczywiście wszelakie pachnidła toaletowe też odpadają. No i jak w dzisiejszym, wymagającym aromatyczności świecie ma się rzeczony alergik odnaleźć? Może dzięki potpourri? Całkowicie naturalnemu bigoskowi pachnących ingrediencji? Skomponowanie pachnącej kompozycji nie jest trudne, ale musimy wziąć pod uwagę trzy rzeczy: po pierwsze, czy coś nam w ogóle ładnie pachnie, po drugie, czy ma jakieś ciekawe właściwości (na przykład zniechęca mole), a po trzecie i zarazem najważniejsze – czy nie uczula. Syn mój kiedyś rozkichał się w czasie, gdy piekłam pierniczki. Długo się zastanawiałam, czy uczula go któryś ze składników przyprawy piernikowej, czy może to przypadek. Okazało się, że kichanie nie było powiązane z wypiekiem, ale ziarno niepokoju i podejrzliwości zostało zasiane. Dlatego nawet nie rozmyślałam o potpourri. Ale nadszedł dzień, w którym zapragnęłam odrobiny luksusu i dzierżąc lniany woreczek poczęłam przeszukiwać kuchenne szafki na okoliczność wykreowania wyrafinowanej, a zarazem nieuczulającej kompozycji zapachowej. I tak oto w moim woreczku wylądowały liście laurowe oraz suszone ostre papryczki (antyrobalowo), zaraz za nimi garść ziaren kawy oraz pieczona laska wanilii. Jakoś mi było mało, no to wpakowałam jeszcze laskę cynamonu, kilka gwiazdek anyżu oraz suszoną skórkę z pomarańczy. Chciałam coś jeszcze, ale pomyślałam sobie, że na razie starczy. Zawiązałam woreczek, wsadziłam do szafy i czekałam na objawy. Nic się nie wydarzyło. Zapaszek z takiego naturalnego potpourri jest raczej wątły, no ale jest. Nie ma za to moli. Naprawdę. Może im nie przypasowała kawa, a może liście laurowe… W każdym razie polecam. Robiąc domową zapachową saszetkę trzeba zacząć od wypróbowanych, bezpiecznych składników, potem można kompozycję rozszerzać. Na pewno fajny aromat daje pieprz, ale on podrażnia noski do kichania nawet u nieuczulonych, więc odradzam. Jest jeszcze kwestia trwałości takiego potpourri, która nie jest imponująca, jest natomiast różna, trzeba zawartość woreczka wymieniać wtedy, gdy przestaje wydzielać jakikolwiek aromat. Przyjemnie pachnący miks można też wykorzystać do aromatyzowania domu. Wtedy pasującą nam kompozycję wrzucamy do wysokiej szklanki, stawiamy w ciepłym miejscu i pachnie. Wyrzucamy ją po kilku dniach, bo zbiera się na niej kurz. Kilka dni możemy zamienić na kilkanaście, jeśli szklankę przykryjemy gazą.
I jak? Zachęciłam was do perfumiarskiej przygody?

niedziela, 4 października 2015

tort węgierski dla NieAlergika


Ktoś pamięta tort węgierski z cukierni warszawskiego Hotelu Europejskiego? Ja pamiętam, ale bardzo mgliście. Pamiętam, że było to ciastko składające się z cienkiej warstwy mocno nasączonego wiśniówką i bardzo czekoladowego ciasta, na której siedziała sobie gruba warstwa ultraczekoladowego, tłuściutkiego kremu, a w nim - wiśnie z likieru. Jednym kawałkiem można się było nawalić do bąka. Niestety, mimo wieloletnich poszukiwań, nie znalazłam przepisu, który by był TYM przepisem. Za to znalazłam inny, brzmiał dobrze, więc go sobie przepisałam, schowałam i... tyle. Leżał sobie z 15 lat, aż postanowiłam się za niego zabrać. No i co? No cóż... Po pierwsze - ciasta za dużo. Albo kremu za mało. Po drugie - krem za lekki, to niestety nie to. Będę musiała pokombinować z kremem na maśle, a te, jak wszem wiadomo, lubią się warzyć, niestety. Może też położę ten krem na spodzie z brownie, albo na ciasteczkowym. Jeśli mi się uda wymiędlić coś, co będzie bardzo, ale to bardzo przypominać tort z hotelowej cukierni, to na pewno się z wami moim szczęściem podzielę. Bo to ciasto jest bardzo dobre, ale nie tego szukałam.
Wziąć należy:

na ciasto (zalecam użyć połowy ilości podanych składników lub podwoić składniki kremu):
4 jajka
2 łyżki wrzątku
2 łyżki kakao
szklankę cukru
100 g gorzkiej czekolady (jak najlepszej jakości, bez lecytyny)
1/2 szklanki mąki pszennej tortowej
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
łyżeczkę proszku do pieczenia
na krem:
4 jajka
3/4 szklanki cukru
szklanka śmietanki kremówki (30%)
200 g gorzkiej czekolady przedniej jakości
2 łyżki żelatyny + 1/2 szklanki wody
szklankę wiśni z likieru*
wiśniówka do nasączenia (niemało, ze 3/4 szklanki)
opcjonalnie - 100 g posiekanej gorzkiej czekolady do kremu (nie dałam) oraz 100 g roztopionej czekolady do polania (też nie dałam)

Ciasto: żółtka zmiksować z wrzątkiem, dodać cukier i miksować jeszcze kilka minut. Białka ubić na sztywno ze szczyptą soli, wymieszać z masą żółtkową. Delikatnie wmieszać roztopioną czekoladę (masa będzie sprawiała wrażenie zwarzonej, ale nie należy się tym przejmować), a następnie kakao i oba rodzaje mąk, wymieszane z proszkiem do pieczenia. Formę wyłożyć papierem do pieczenia, wylać ciasto, wstawić je do piekarnika nagrzanego do 170 stopni (termoobieg) i piec ok. 20 minut, do suchego patyczka. Ciasto ostudzić i nasączyć wiśniówką. Krem: jajka ubić z cukrem na parze - masa musi mieć puszystą, gęstą konsystencję. Ubić śmietankę, czekolady roztopić. a żelatynę rozpuścić w gorącej wodzie. Do jajek dodać śmietankę, czekoladę oraz żelatynę i dobrze, lecz delikatnie wymieszać. Odstawić, by masa zaczęła odrobinę tężeć, wmieszać wiśnie i całość wyłożyć na ciasto. Wstawić do lodówki do stężenia, najlepiej na całą noc.

*jak robię wiśniówkę, to wiśnie po osączeniu zalewam lekkim syropem - mam w ten sposób fajne wiśnie jak z likieru, tylko lepsze