sobota, 24 czerwca 2017

marsz alergiczny


Alergia to taka zołza, że idzie z nami przez całe życie. Różnie się przy tym zachowuje, czasem zupełnie znika, czasem robi chujowe niespodzianki. To się fachowo nazywa marsz alergiczny. Jak już raz dochtory stwierdzą u nas alergię, to nie ma co liczyć, że nam minie. To nie katar. To znaczy katar też zazwyczaj, no ale wiecie, o co mi chodzi. Wszystko, co możemy zrobić, to tak postępować, by nasz marsz skończył się na katarze siennymi, a nie na przykład na astmie. Czasem się to udaje, czasem nie.
Dziecięciem byłam rumianym, co nawet dziwiło moich rodziców, że niemowlę po sepsie, a rozwija się jak, par excellence, malowane. Potem trochę zbladłam i zaczęłam chorować non stop. I non stop brać antybiotyki. Takie to były czasy, głębokie lata 70., kto tam wtedy się czymś takim jak alergia zajmował. Kaszel=antybiotyk. Jaka reakcja alergiczna? Infekcja przecież! Moja mamusia zrozumiała co się działo dopiero jak urodził się mój sporo młodszy brat. 10 lat w medycynie robi różnicę, oj robi. No, ale dla mnie i tak już było za późno. Wszystko mi się niby wyciszyło, ale na harcerskim rajdzie, podczas nocowania u chłopa na sianie ciężko się rozchorowałam, dusiłam się katarem i tak dalej. Nie muszę mówić, że jak tylko opuściłam gościnną stodołę, to natychmiast wyzdrowiałam? Potem znów było parę lat spokoju, do momentu, gdy w 17 wiośnie życia nażarłam się czereśni. I od tej pory już sobie czereśni, wisienek, jabłuszek, gruszeczek i innych brzoskwinek nie mogę pojeść, podobnie jak orzechów laskowych. Ale za to wokół 20 roku życia troszkę odpuściły mi pyłki - za to weszło uczulenie na psa. Dzięki ci za to, moja alergio! Choć wiem, że to nie koniec, bo jak pokazują ostatnie badania, wszystko jeszcze może się zdarzyć. Na przykład moja mam w 60. wiośnie życia uczuliła się na kota...
Syn mój był tak potwornie uczulony, że aby zapobiec astmie, latami ładowałam w niego antyhistaminy. Udało się, astma nie wystąpiła, skończyło się na katarze, a zmiany skórne wycofały się niemal do zera. I co? I okazało się ni w pięć, ni w dziewięć, że młody może się obżerać jajami i czekoladą, popijać to mlekiem i zagryzać orzeszkami ziemnymi, siedząc w nawet niezłym komforcie pod kwitnącą brzozą, ale mały orzeszek nerkowca może go zabić. A jabłka, marchew, seler i zielony groszek (surowe, oczywiście) powodują OAS. Ciekawe, co jeszcze okaże się alergenem. Ostatnio, jak był z klasą na zielonej szkole, zwiedzali hutę szkła. Jeremi stwierdził, że tak źle, jak w tej hucie to nie czuł się chyba nigdy. No dobra, za wyjątkiem pożarcia nerkowca. Co go tam uczulić mogło - nie wiem. Ale jak wypytam naszą alergolog, to zupdatuję niniejszy wpis.
Tyle wesołych historyjek. O tym, jak walczyć z marszem alergicznym musi ponformować was alergolog. Czasem, by marsz spowolnić wystarczy usunąć alergeny. Częściej nie jest to wystarczające i musimy się wspomagać farmakologią. Naprawdę uważam, że warto. Leki, które trzeba brać przy astmie to nic w porównaniu z łagodnymi antyhistaminkami. Do tego dieta, brud, częste podróże, trochę infekcji i będzie dobrze.
Mam też nadzieję, że te przysłowiowe już chyba 10 lat w medycynie do czegoś nas doprowadzi. Jak nie w przyszłej dziesięciolatce, to w następnych. Ja wiem, że różne są teorie spiskowe dotyczące koncernów farmaceutycznych, może nawet prawdziwe. Jednak póki co nie mamy wyboru, więc warto robić wszystko, co możemy, by nasz marsz posuwał się w żółwim tempie.

niedziela, 18 czerwca 2017

confitowany, orientalny kurczak z bok choyem


To było tak. Przyszedł do nas (w sensie że do firmy) catering z pokazem swoich możliwości. Udając osobę decyzyjną poszłam na degustację. Nakarmili przyzwoicie, ale szał nas ogarnął na punkcie jednego tylko dania. Były to czarne kawałki mięsa z pak choyem i jaśminowym ryżem. Ożesz, orgazm kulinarny. Sprytnie wzięłam kucharza na spytki i wypaplał. To znaczy z pewnością nie wypaplał wszystkiego, bo co to za kucharz, co zdradza wszystkie sekrety. Myślę, że zapomniał wspomnieć o szczypcie imbiru, na przykład. Ale co powiedział, to powiedział. A ja zrobiłam. Też poezja... Od razu wszystkich uczulonych na soję za niniejszy wpis bardzo przepraszam. To straszne, że nie możecie sobie takiego kurczaka zjeść, straszne...
Wzięłam więc, jak kucharz kazał:

500 g filetów z kurczaka
1/2 szklanki tłuszczu gęsiego i/lub kaczego*
niedużą czerwoną cebulę (nie miałam, to wzięłam zwykłą)
2-3 bok choye - małe
do duszenia kapustek - łyżkę masła klarowanego lub oleju
na marynatę:
1/3 szklanki ciemnego sos sojowego
1/2 łyżeczki ziaren pieprzu
2-3 całe ząbki czosnku
2 liście laurowe
2 ziela angielskie, cały czosnek - na 24 godziny
łyżeczkę cukru trzcinowego

Mięso umyć i pokroić na niezbyt małe kawałki. Składniki marynaty wymieszać, zalać nią mięso, przykryć i odstawić do lodówki na 24 godziny. Po tym czasie rozgrzać tłuszcz i wrzucić mięso wraz z marynatą. Gdy się obsmaży, zmniejszyć ogień i albo dusić po przykryciem na maleńkim ogniu, albo przełożyć do formy do zapiekania, przykryć i konfitować w 120 stopniach, aż mięso będzie miękkie. Pod koniec konfitowania dodać pokrojoną w pióra cebulę, natomiast wyjąć przyprawy. Pak choye umyć i pokroić na ćwiartki. Rozgrzać łyżkę masła klarowanego. Na rozgrzanym tłuszczu, na małym ogniu, blanszować kapustki, aż nieco zmiękną, a następnie posolić. Mięso podawać z pak choyem i ryżem jaśminowym posypane prażonym, pełnoziarnistym sezamem.

*od biedy można dać pół na pół olej i masło klarowane