piątek, 4 września 2015

sos do spaghetti napoletana


Kto jest równie wiekowy jak matka Smakołyk, ten zapewne pamięta imprezy zwane techno parties. Mniej lub bardziej legalne. Pamiętam, że impreza w Filtrach zaczynała się w piątek w nocy, a kończyła, jak Bóg dał. Potem chyba Filtry zamknęli, ale były inne klubiki. I w ogóle były różne techno hity (bardziej znane niż ich hardcorowe odpowiedniki) oraz klubowe gwiazdy, jak na ten przykład Daft Punk (boszszsz, co za rąbanka, a przecież 20 lat temu uwielbiałam!). Do Daft Punka mam szczególny sentyment i do dziś uwielbiam ich teledyski.
A sentyment mam dlatego, że nauczyli mnie... jak zrobić najzajebistszy, całkowicie naturalny sos napoletana. Robię go już od 20 lat (prawie, bo właśnie widzę, że nuta jest z 1997 roku) i zawsze wychodzi jak należy. Oczywiście z drobniutkimi zmianami: po pierwsze, papryczkę wyjmuję po kilku sekundach, żeby mi nie zgorzkniała, a po drugie, od czasu, gdy odkryłam podłużne, mięsiste pomidory, używam tylko takich właśnie. Oprócz tego, gdy się cebula zeszkli, chwilę przed dodaniem pomidorów, wrzucam przeciśnięty, świeży czosnek.
A! I jeszcze jedno: świeżej bazylii używam do posypania (jak ją mam), a duszę pomidory z odrobiną suszonej, wspomaganej oregano.
No to jak zrobić spaghetti napoli? Proszę bardzo, o tak (przy czym alergicy nie posypują sobie dania serem): 


PS: Ażem nostalgiczną łezkę uroniła oglądając... Ja też miałam bluzę od dresu adidasa, wygrzebaną w szmateksie, i srebrne szorty, te akuracik przywiezione z Paryża czy Londynu, to był szał...

środa, 2 września 2015

alergik w przedszkolu


Tego momentu matki alergików obawiają się przestraszliwie, prawda? A nie powinny. Wszystko da się ogarnąć, tylko trzeba się trochę przyłożyć. Pobyt w przedszkolu to nie tylko problem z wyżywieniem, ale też roztoczami, chemią i międzydziecięcą wymianą nie zawsze dozwolonych w diecie naszego uczuleniowca pyszności oraz bakterii i pasożytów. Te dwa ostatnie czynniki to akurat jeśli chodzi o alergię takie całkiem złe nie są i dają się leczyć. Jednak jakiś problem jest.
Jak sobie radzimy? Nina dostaje swoją wałówkę, nie ma alergii na roztocza, a przede wszystkim nie jest megaalergiczką, więc jest mi łatwiej niż w czasach, gdy do przedszkola chodził Jeremi. W pierwszym poście o przedszkolnych śniadaniach napisałam, jak sobie radzić w kwestii własnego prowiantu, więc nie będę się powtarzać. Skupmy się na innych kwestiach, np. roztoczy. Ja się w sprawie roztoczy dogadałam z paniami sprzątającymi. Raz w tygodniu, w piątek, gdy już wszystkie dzieci wyszły, pojawiałam się w przedszkolu z puszką preparatu antyroztoczowego. Spryskiwałam dywaniki i panie sprzątające zamykały salę. W poniedziałek rano, przed przyjściem dzieci, odkurzały dywaniki. Taka była instrukcja użycia tego konkretnego produktu, więc tak to się odbywało. No ale pojawił się inny problem - dłonie Jeremiego w zastraszającym tempie zamieniały się w skorupę. Ja mogę bez szkoły ubiegać się o etat detektywa, więc bardzo szybko rozkminiłam, że trzeba zmienić mydło w przedszkolnej łazience. Przedszkole było prywatne i drogie, więc szło się dogadać, ale jeśli w waszym przedszkolu takie ekscesy jak zmiana mydła na odpowiednie (choć wcale nie drogie) dla alergików nie wchodzi w grę, to musicie swojemu maleństwu zapewnić własne mydło. I liczyć się z tym, że będzie bardzo szybko "wychodzić"...
Jednak mydło i roztocza to pikuś przy chemii gospodarczej. Niestety, zasady są zasadami i nie jest łatwo z nimi walczyć. Jeremi często wracał z przedszkola ze zmianami w dziwnym miejscu, bo na spodzie rąk, od nadgarstków po łokcie. To znaczy wracał z takimi zmianami wtedy, gdy miał koszulkę z krótkim rękawem. Czy muszę tłumaczyć, że była to reakcja na coś, czym myte były blaty? No właśnie. Tu są dwie możliwości rozwiązania problemu - zaopatrujecie przedszkole w bezpieczne środki do mycia lub błagacie dyrekcję o zmianę chemii na polecane przez was, bezpieczne i wypróbowane. Obydwie możliwości są mocno dyskusyjne, dlatego polecam najłatwiejszy sposób - noszenie koszulek z długim rękawem - cieniuteńkich latem, rzecz jasna. I jeszcze jedno - jeśli dojrzycie w przedszkolu waszego dziecka odświeżacze powietrza, natychmiast zażądajcie ich usunięcia. Macie do tego prawo, odświeżacz nie jest obligiem. Przyjrzyjcie się też ścianom, czy nie ma zacieków, ukrywanego grzyba. Pociągnijcie noskami - czy nie ma dziwnego zapachu? Pleśniowego? Chemicznego? Spalenizny? Rozejrzyjcie się wokół przedszkola - nie ma fabryczki obuwia, warsztatu samochodowego, pralni i tym podobnych? No to spoko. Ideałem by było, gdyby przedszkole waszych dzieci miało wielki ogród wśród sosen. No ale co tu wybrzydzać, każde będzie dobre, o ile nie ma w nim brzóz.
Bakterie i pasożyty. Matka przedszkolaka co i raz dostaje zawiadomienie, że w przedszkolu są przypadki występowania różnych plag typu wszy, szkarlatyna, ospa i tym podobne. Nie mówi się o tym w zawiadomieniach, ale spodziewajcie się też owsików, lamblii i innych kolonizatorów. Dla alergika nie jest to znowu takie samo zło. Mała inwazja owsików czy zachorowanie na ospę obatoży chorą immunologię i właściwie można się spodziewać, że organizm wprowadzony na odpowiednie tory będzie sobie lepiej radził ze swoim chorym pędem do histaminowych wyrzutów. Jeśli jednak objawy alergii się zaostrzą lub pojawią się jakieś niepokojące sygnały, koniecznie zróbcie badania na pasożyty. A poza tym się nie martwcie - alergik w przedszkolu poradzi sobie koncertowo, spoko. Powodzenia!
PS. Jeśli macie jakieś pytania czy wątpliwości, zostawcie je w komentarzach.